piątek, 31 marca 2006

Crosshaven

Crosshaven jest spokojnym i malowniczym portowym miasteczkiem lezacym w miejscu gdzie Owenabue River wpada do Morza Celtyckiego. Miesci sie tutaj m.in. najstarszy na swiecie klub jachtowy (The Royal Cork Yacht Club) zalozony w 1720 r.

Warto tez obejrzec Crosshaven House - majestatyczny budynek z 1769 r., ktory przed 200 laty byl glownym punktem orientacyjnym w Crosshaven. Rownie warty obejrzenia jest m.in. pochodzacy z 1869 r. St Brigid's Church (kosciol sw. Brygidy). W ogole Crosshaven jest wymarzonym miejscem dla spacerowiczow, ktorzy moga poruszac sie m.in. po specjalnie wydzielonych szlakach dla turystow. Natomiast w zimie w okresie świątecznym koniecznie trzeba zobaczyć niesamowicie oświetlony dom ludzi, którzy w ten nietypowy sposób pozyskują datki na cele dobroczynne: LINK.

/Powyzej - widok na Crosshaven/

poniedziałek, 27 marca 2006

Pamiątki z Irlandii

Przyjeżdżając z Irlandii do Polski (i odwrotnie, rzecz jasna) należy przywieźć dla rodziny i znajomych pamiątki z tych krajów.


/Na zdjęciu obok: typowa figurka - pamiątka z Dublina ;-)/

Wraz z rozwojem znaczenia Irlandii, kraju, który w ciągu ostatniej dekady dzięki rozsądnej polityce i potężnemu dopływowi kapitału przeistoczył się z zapomnianej wyspy na końcu Europy w prężnie rozwijające się państwo, do którego "pielgrzymują" pracownicy z całego kontynentu - rozwinął się tez przemysł "pamiątkarski".

Co można przywieźć z Irlandii? No cóż, wybór mamy naprawdę szeroki i uzależniony praktycznie od głębokości naszej kieszeni. Zacznę od tych najbardziej "irlandzkich" :-) :

Symbole religijne
Irlandia słynie ze swoich celtyckich krzyży, których repliki możemy nabyć w wielu "pamiątkarskich" sklepach. Nie można tutaj nie wspomnieć o tzw. krzyżu św. Brygidy, patronki Irlandii, który wyplata się ze słomy lub sitowia. Do innych ciekawych materiałów, jakie używa się do produkcji m.in. symboli religijnych, należy m.in. irlandzki torf (sprasowany) i marmur z Connemary (kamień w kolorze głębokiej zieleni).

Swetry z wysp Aran
Wyspy Aran, to chyba najbardziej irlandzka część Irlandii, gdzie mieszkańcy ciągle jeszcze mówią po irlandzku. To właśnie stad pochodzą wspaniale swetry z owczej wełny, zwane aranami. Niestety, ponieważ sława tych swetrów rozniosła się po całym świecie, nagle okazało się, ze "arany" możemy kupić w wielu miejscach w Irlandii. Tyle tylko - ze są one produkowane maszynowo, a nie wyrabiane ręcznie. Toteż, jeżeli chcemy mieć pewność, ze nasz prezent będzie na pewno oryginalny, musimy nabyć go bezpośrednio od rzemieślników - na wyspie. Co się zresztą dobrze składa, bo przy okazji odwiedzimy to jedyne w swoim rodzaju miejsce :-)

Irlandzkie maskotki
To przede wszystkim Leprechaun (Leprikon) - czyli irlandzki, z reguły bardzo złośliwy, skrzat, oraz lalki ubrane w stroje regionalne

Kryształy
Najbardziej znane są te pochodzące z Waterford, jednakże wyroby z kryształu powstają tez w wielu innych irlandzkich miastach.

Alkohol
Nikt zapewne się nie obrazi :-) kiedy otrzyma w podarku butelkę znakomitej irlandzkiej whiskey. Pisownia jest prawidłowa, "e" w środku nazwy trunku ma odróżniać irlandzka whiskey od szkockiej whisky.

Biżuteria
Do wyboru i koloru. Z celtyckimi ornamentami, oczywiście :-)

Ponadto: obrazki z krajobrazami Irlandii (wykonane w rożnej technice) oraz wyroby koronkarskie, tkackie, garncarskie i z plecionej wikliny.

To tak tylko pokrótce. Ponadto mamy do wyboru wiele innych upominków w irlandzkimi akcentami: albumy, breloczki, zapalniczki, czekoladki - w koniczynki, itp. Co prawda sklepy pamiątkarskie zdzierają z turystów wysoka marże (ale wierzcie mi - jednak tu jest taniej niż w Polsce), ale kiedy się pochodzi tu i ówdzie, można nabyć równie interesujące upominki za naprawdę niewielkie kwoty.

Toteż - jeżeli jedziesz do Polski nie próbuj się wymigiwać brakiem choćby najskromniejszej pamiątki :-) A Wy, którzy czekacie na przyjazd z Irlandii bliskiej Wam osoby, nie wierzcie w zapewnienia, ze "wszystko tu jest drogie". Bo tak naprawdę - jest bardzo tanie, jeżeli tylko zadamy sobie trochę trudu i poszukamy...

niedziela, 19 marca 2006

Przyjazd "w ciemno"...

Dostaje coraz wiecej e-maili z pytaniami o "rynek pracy" w Cork. Kiedy odpisuje, ze jest po prostu zle i odradzam przyjazd tutaj "w ciemno", bez jezyka i z paroma euro w kieszeni, to z odpowiedzi jakie czasami dostaje wnioskuje, ze czesc z Czytelnikow uwaza ze cos ukrywam... "Napisz mi prosze - jak tu jest NAPRAWDE" - dostaje zwrotne odpowiedzi (o ile dostaje). Wiec - napisze.

Jak tutaj jest naprawde? Z miesiaca na miesiac - coraz gorzej. Zacznijmy od cen wynajmow: poszly znacznie do gory a mimo to - trudno wynajac jakies ladne i niezagrzybione mieszkanie. Zreszta: brzydkie i zagrzybione - tez. Powod jest oczywisty: popyt przewyzszyl podaz. Irlandczycy oczywiscie zdaja sobie z tego sprawe i wiedza - ze moga dyktowac warunki. Przede wszystkim: dokladnie sprawdzaja komu i ilu osobom wynajmuja swoje mieszkanie. Nasi Rodacy nauczyli ich juz, ze to, ze wynajmuje sie 3 pokojowe mieszkanie (+ livingroom, ale to jest oczywiste, wiec bede go pomijal) nie oznacza wcale, ze beda tam mieszkaly 3 osoby. To oznacza, ze moze tam mieszkac i 10 osob, z czego polowa nie ma pracy - i sa problemy z uzyskaniem zaplaty za czynsz, bo ta polowa ktora pracuje nie poczuwa sie przeciez do obowiazku placenia za swych bezrobotnych towarzyszy...

Dlatego ostatnio Ajrisze najchetniej zlecaja wyszukanie klientow agencjom nieruchomosci. Agencja bardzo dokladnie sprawdza, kto bedzie najemca mieszkania - i ile osob bedzie tam mieszkalo, czy potencjalni najemcy maja prace, itp., itd. Oczywiscie: wplacenie depozytu (w wysokosci 1-miesiecznego czynszu) jest regula. Ale na koncu - najczesciej juz po zalatwieniu wszystkich formalnosci i wplaceniu depozytu - decydujace zdanie ma jednak wlasciciel mieszkania. Pare dni temu wlasnie jeden z nich odrzucil moich dalekich znajomych, mimo ze spelniali wszystkie wysrubowane wymagania. Dwie pary chcialy wynajac domek z dwoma duzymi sypialniami, jednak wlasciciel stwierdzil, ze ten jego dom jest za maly dla 4 osob. To byl w zasadzie tylko pretekst, poniewaz wczesniej zaakceptowal ta ilosc. Po prostu - moze nie spodobal mu sie ich wyraz twarzy? Ma prawo - w koncu to jego dom, a chetni czekaja w kolejce. To tak ku przestrodze...

Co do pracy, to jest jeszcze gorzej. O ile mieszkanie (przy posiadaniu odpowiedniego zapasu gotowki) predzej czy pozniej sie znajdzie, o tyle z praca - jest niewesolo. Najgorzej jest oczywiscie w miesiacach letnich, kiedy przyjezdzaja tutaj studenci z calej Europy. Wtedy to w ogole najlepiej wyjechac z miasta - bo nawet na chodniku trudno sie przemieszczac... Co bardziej nerwowi wlasciciele pubow, fast-food'ow czy hoteli wywieszaja wowczas nawet kartki: "Przyjmujemy klientow, nie pracownikow". Autentycznie. Jak w Polsce...

Czy to znaczy ze odradzam przyjazd tutaj? Nie. To oznacza, ze odradzam przyjazd tutaj "w ciemno" i "na pale", bez znajomosci jezyka i bez pieniedzy. To sie ostatnio praktycznie zawsze zle konczy...

Zawsze mnie zastanawialo, o czym mysli taki mlody czlowiek, ktory wybiera sie w podroz przez pol Europy, a ktory spelnia "warunki" podane powyzej? Pamietam e-maila jakiego otrzymalem kiedys od takiego wlasnie mlodego czlowieka, ktory napisal mi, ze przylatuje do Cork z dziewczyna, jest praktycznie bez grosza, z jezykiem to tak sobie, niezazbytnio (ale mial w szkole, wiec wierzy, ze sie dogada) i nie wie, co zrobi po wyjsciu z samolotu. Po prostu nie wie. Ale bilet juz kupil, wiec cokolwiek bym mu nie napisal - to on i tak przyleci. No to co mam mu niby odpisac? I po co?

W ubieglym roku jeden z brukowcow ukazujacych sie w Polsce opublikowal slawny artykul, z ktorego wynikalo, ze w Irlandii pracodawcy czekaja na pracownikow juz na lotnisku, ba wrecz ich sobie z rak wyrywaja, ze jezyk nie jest potrzebny, bo i po co, itp, itd. Zamieszczono do tego "przewodnik" dla szukajacych pracy w Irlandii, i mnostwo osob uwierzyla tym bredniom. Przyjechali z gazeta w reku, sciskajac ja jak Biblie, a tymczasem - niespodzianka... I powrot do domu za ostatnie pieniadze... Ale o tym juz nikt nie pisal.

Moi drodzy, ja rozumiem desperacje osob, ktore chca wyjechac z Polski. Ale tak nie mozna... Wyjazd "w ciemno"? Zgoda, ale - jezeli znasz dobrze jezyk w ktorym sie w danym kraju mowi, no i masz odpowiedni zapas gotowki, ewentualnie jestes przygotowany(a) na to, ze ten wyjazd moze byc jedynie "wycieczka krajoznawcza". Bo prace mozesz znalezc po 2 - dniach, albo po 2 -miesiacach... Na co liczysz wyjezdzajac bez jezyka i pieniedzy, "w ciemno"? Na szczescie? A co bedzie, jak to szczescie Ci nie dopisze? Masz plan "B" (czyli chociaz - wykupiony bilet powrotny)? Z reguly ci, ktorzy wyjezdzaja w taki sposob, maja bilet tylko w jedna strone...

Co sie potem z nimi dzieje? Zalezy. Czesc wraca, korzystajac z pieniedzy przeslanych przez rodzine za pomoca np. Western Union. Czesc wraca - za pomoca irlandzkich instytucji rzadowych (bo polskie nie sa zainteresowane sciaganiem do kraju swoich obywateli, ktorym nie wyszlo).

Tak na marginesie: jakis czas temu byl glosny opisywany w tutejszej prasie przypadek Polki, ktora przyleciala do Dublina na zaproszenie swojego "narzeczonego" (Polaka oczywiscie, choc bardziej nalezaloby napisac: polaczka). Poza tym "narzeczonym" dziewczyna nie znala tutaj nikogo. Nie znala tez ani slowa po angielsku.

Jak myslisz Czytelniku, co sie stalo? Czy spelnil sie "irlandzki sen", w ktorym to krolewicz na bialym koniu podjechal pod dublinskie lotnisko, zabral ukochana i zalatwil jej posade przy tasmie w fabryce, gdzie ona po 12 godzinach codziennej pracy (tak, Polacy tak pracuja - oczywiscie - nie musza, tylko chca, za to biora dobra kase, ale nie maja juz czasu na nic wiecej ) uczeszcza na intensywny kurs j. angielskiego, a nastepnie bedzie jak w wierszu Edwarda Stachury:

"Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę
Z oknem na rzekę lub też na park,
Z łożem szerokim, piecem wysokim, ściennym zegarem;
Schodzić będziemy codziennie w świat. "?

Nic z tego... Dlaczego? Ano dlatego, ze nie wypalila pierwsza zwrotka tego wiersza:

"Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć,
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwu planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam. "

Bo oto "narzeczony" nie przyszedl na lotnisko. Po prostu. Nie pamietam szczegolow, dlaczego tak sie stalo - jak sie stalo, w kazdym razie - sie stalo. Co zrobila ta "sprzedana narzeczona"? No coz, nie bedzie happy end-u jak w operze Bedricha Smetany o tym wlasnie tytule... W koncu - to polska historia z Irlandia w tle... Ta dziewczyna - zostawiona sama sobie - przez 3 tygodnie koczowala na dublinskim lotnisku. 3 tygodnie. Zywila sie resztkami jedzenia wyrzucanymi przez podroznych. Dopiero po 3 tygodniach zwrocila na siebie uwage odpowiednich sluzb.

Jak to mozliwe? A jednak. Tlumaczono, ze czasami z tego lotniska znikala na pare - parenascie godzin, wiec kto mogl przypuszczac. Ponadto - nie rzucala sie za bardzo w oczy. Zahukana dziewczyna, z wzrokiem wbitym w ziemie. Nie popelnila zadnego wykroczenia, itp, a to przeciez wolny kraj, wiec dlaczego miano by ja zaczepiac i wypytywac?

Dlaczego nie wrocila, nie zadzwonila do rodziny w Polsce, dlaczego nie poprosila kogokolwiek o pomoc? Nie wiem. Moze nie miala pieniedzy, moze sie wstydzila, moze ogolnie byla niezaradna, a na pewno - nie znala angielskiego... Dzieki pomocy Irlandczykow - dziewczyna wykapana i nakarmiona zostala odtransportowana do Polski.

Tak wlasnie czesto koncza sie historie, kiedy za bardzo polega sie na innych, zamiast na sobie. Widzialem juz wielu ludzi bezradnie krazacych wokol dworca autobusowego w Cork, ktorych widok i zachowanie jasno wskazywaly na to, ze to nasi Rodacy, ktorzy od dluzszego czasu oczekuja na swojego dobroczynce, ktory nie stawil sie w umowionym miejscu i czasie. Slyszalem o jeszcze wiecej mniej lub bardziej drastycznych przypadkach, kiedy to najlepsi koledzy wyrzucali na ulice swojego - do niedawna - dobrego towarzysza z ktorym przyjechali z Polski, a ktoremu to skoczyla sie praca - i pieniazki na wspolne mieszkanie. Nie masz kasy? Nie mieszkasz. Zasady sa proste... Pamietaj: gdy w gre wchodza pieniadze, konczy sie lojalnosc wielu "skladow"...

Pare dni temu w kafejce internetowej z ktorej z reguly korzystam (m.in. piszac tego bloga) spotkalem grupke b. mlodych Polakow. Okupowali jeden komputer w 5 czy 6-ciu, piszac cv i kolejno wysylajac sms-y do rodziny i znajomych. Zachowywali sie na tyle glosno, ze nie sposob bylo nie wiedziec, co i do kogo pisza, a takze poznac ich historie tutaj - i w Polsce. Co do cv, to byli zbyt mlodzi zeby miec jakiekolwiek wieksze doswiadczenie zawodowe, wiec falszowali je na potege.
- "Ale czy nikt tego nie sprawdzi?" - jeden z nich mial obawy
- "Cos ty, Ajrisze to glupki, wierza na slowo" - uspokajal go herszt grupy (ktory, z tego co sie zorientowalem, zostal przywodca z uwagi na znajomosc kilkudziesieciu slow po angielsku)

Pozniej przyszla pora na sms-y. Byly praktycznie tej samej tresci: "jest tu zaje...., robote juz prawie mamy, dajemy rade!". Potem, z tresci ich rozmowy dowiedzialem sie, ze koczuja gdzies w opuszczonym domu zywiac sie posilkami rozdawanymi bezplatnie przez dzialajace tutaj instytucje charytatywne. Pracy poki co - zaden z nich oczywiscie nie ma. Co zrobili z pieniedzmi przywiezionymi z Polski? Odpowiedz nadeszla nieco pozniej... Kiedy wracalem wieczorem do domu, natknalem sie na nich w jednej z uliczek niedaleko sklepu off licence (tutejsze sklepy spożywczo-monopolowe). Tarasowali caly chodnik, dzielnie dzierzac zgrzewke piwa. Dlaczego nie zabrali tego na swoja meline, tylko rozpoczeli spozycie niemal przy sklepie? Nie wiem. Pewnie spragnieni byli... A moze chcieli sie "znieczulic" przed kolejna noca w opuszczonej ruderze?

Tak wiec Drogi Rodzicu, ktory pozwalasz swemu dziecku (chociaz juz pelnoletniemu) wyjechac "w ciemno" do Irlandii, krainy miodem i piwem plynacej, ktory wierzysz ze Twoja latorosl, chociaz jezyka nie zna to i tak "da rade", bo przecie wszyscy jego koledzy z lawki pod blokiem wyjechali, i "daja rade", zastanow sie - czy informacje ktore dostajesz od niego w sms-ach wysylanych z internetu, faktycznie przedstawiaja prawdziwy obraz sytuacji... A moze tak pisze, bo nie chce przyznac sie przed Toba - i soba samym, ze zrobil glupote i nie ma sie jak wycofac? Bo skoro udalo sie 10 kumplom z osiedla (pytanie: czy faktycznie sie udalo?) - to i jemu musi sie udac? (wcale nie musi)...

Wracajac jednak do dalszej czesci odpowiedzi na pytanie "co sie potem dzieje z tymi, ktorzy przyjechali "w ciemno" - i im nie wyszlo? Jezeli nie wroca (czy to z pomoca rodziny czy tez irlandzkich instytucji) - to zostaja. Jak sobie radza? Roznie. Czesc z nich żebrze. W Cork osobiscie znam trzech Polakow, ktorzy sie tylko z tego utrzymuja. Oczywiscie - jest ich znacznie wiecej... Zebrzacy Polacy roznia sie od zebrzacych Irlandczykow. Bo Ajrisze tez zebrza - a jakze. Ale oni zebrza, bo chca, a nie bo musza... Zacytuje tutaj samego siebie z notki pt.: "Bezdomni w Irlandii" z 1 sierpnia 2005 (jest na blogu):

"Nawet w tak bogatym kraju jak Irlandia - sa bezdomni... Z reguly sa to osoby z tzw. marginesu spolecznego, ktore po prostu chca tak zyc - to jest ich wybor. Irlandia otacza swoich obywateli wszechstronna opieka. Irlandzki bezrobotny moze liczyc nie tylko na cotygodniowy zasilek pieniezny, ale takze na pokrycie np. kosztow wynajmu mieszkania (w tym takze depozytu), itp. Czesc Irlandczykow korzysta z tego, pracujac jednoczesnie "na czarno".

Tyle cytat. Czesc irlandzkich meneli oprocz pobierania zailkow - takze zebrze. I to nie na jedzenie (bo to ma za darmo), ale na to - czego za darmo nie dostana, czyli na alkohol i narkotyki. Ale oni stawiaja sprawe jasno - zebrza na to, na co zebrza. Taki styl zycia sobie wybrali. I smialo patrza w oczy przechodniom, ktorzy zreszta nie skapia im datkow. W miedzyczasie rozmawiaja przez komorki ze znajomymi, popalaja papieroski, zartuja z przechodniami... Polacy zebrza inaczej. Spuszczona glowa, wbity wzrok w ziemie, tekturka z napisem w lamanej angielszczyznie, ze ten oto czlowiek nie ma na chleb. Od razu widac - ze to nie Ajrisz. Ajrisz na chleb ma. Zawsze...

Co robi reszta z tych "wyjazdowiczow w ciemno"? Niektorym w koncu uda sie znalezc prace. Z reguly - musza za to zaplacic ciezki haracz Polakowi, ktory im ta prace "zalatwia". Zalatwianie najczesciej polega na tym, ze "zalatwiacz" idzie z delikwentem do agencji pracy, tam rozpytuje sie o prace dla "kuzyna", ktory po angielsku nie rozumie, ale jest dobrym pracownikiem, i - czasami sie udaje. W koncu - Polacy sa cenieni przez irlandzkich boss-ow. Pracuja ciezko, szybko - i dobrze. Trzymaja sie pracy kurczowo, bo wiedza ze jak ja straca, to nastepnej moga sobie nie znalezc.

A pozostali? Mieszkaja po przytulkach i czekaja na lepsze jutro...

Zastanow sie, czy na pewno warto przyjezdzac "w ciemno". Przeciez masz wybor...

Pamietajmy, ze nawet najwieksza milosc do "Zielonej Wyspy" nie moze byc usprawiedliwieniem do podejmowania nieprzemyslanych decyzji o przyjezdzie tutaj - bez nalezytego przygotowania. Bo sama miloscia - nie napelnisz zoladka, a Irlandia, chociaz piekna - jest surowa...

środa, 15 marca 2006

Dzień Świętego Patryka

17 marca bedziemy mieli w Irlandii najwieksze swieto narodowe: Dzień Swiętego Patryka. Obchodzony jest przez Irlandczykow na całym swiecie, a w wielu państwach stał się trwałym elementem miejscowej kultury. Jest obchodzony takze w Polsce...

Dzień św. Patryka to prawdopodobnie jedyne irlandzkie święto narodowe obchodzone poza krajem pochodzenia. 17 marca, w święto patrona Irlandii, w wielu krajach odbywają się parady, nosi się zielone ubrania, podawane jest zielone piwo, a gdzieniegdzie farbuje się rzeki na zielono. Najbardziej uroczyście obchodzi się Dzień św. Patryka w Irlandii. Prawie wszystkie firmy, za wyjątkiem restauracji i pubów, tego dnia mają dzień wolny od pracy. Z uwagi na religijny charakter święta, przed właściwymi obchodami wielu ludzi uczestniczy we Mszy świętej, tradycyjnie ofiarowanej w intencji misjonarzy całego świata.

Kim byl sw. Patryk?

Święty Patryk nie pochodził z Irlandii, należy jednak do najwybitniejszych jej przedstawicieli; wyspa zawdzięcza mu chrześcijaństwo i nową kulturę. Urodził się około 385 r. w Bretanii lub Szkocji. Do Irlandii trafił w wieku 16 lat, uprowadzony przez piratów. Uciekł sześć lat później i schronił się w Galii. Mimo że udało mu się zbiec, Zielona Wyspa pozostawiła w jego myślach trwały ślad; wrócił tu w 432 roku, po studiach w Galii, przyjęciu święceń kapłańskich i pobycie w klasztorze w Italii. Został biskupem. Chociaż nie był pierwszym misjonarzem chrześcijańskim w Irlandii, to właśnie on spotkał się w Tarze z Druidami i zniósł ich pogańskie rytuały. Nawrócił wodzów i książęta chrzcząc ich wraz z tysiącami poddanych w świętych Studniach. Koniec życia spędził w klasztorze w Down, gdzie zmarł 17 marca 461 r.

Sw. Patryk, jak mało który święty jest bohaterem wielu legend. Niezwykłej mocy świętego przypisuje się wypędzenie z wyspy węży. To prawda, że w Irlandii nie znajdziemy tych gadów, całkiem możliwe jednak, że nigdy ich tam nie było od czasu gdy pod koniec okresu zlodowacenia wyspa oddzieliła się od kontynentu. A może jednak to święty strącił do morza wszystkie węże, których czczenie było pradawną pogańską praktyką?

Patrykowi zawdzięcza Irlandia swój nieoficjalny symbol: koniczynę, za pomocą której tłumaczył istnienie Trójcy Świętej.

Pomimo ze Dzień Swiętego Patryka przypada w okresie Wielkiego Postu, w ten jeden jedyny dzien praktykujacy chrzescijanie moga bez skrepowania wypic "ku czci" swietego jedno czy dwa znakomite irlandzkie piwa. Inna rzecza jest, ze praktycznie nikt na tych jednych czy dwoch nie poprzestaje... Na ulicach mozemy spotkac bawiacych sie ludzi, z twarzami wymalowanymi w barwy narodowe Irlandii, czy tez z farbowanymi na zielono wlosami.

środa, 8 marca 2006

To my, Polacy...

Jacy sa Polacy w irlandzkim Cork? Zaczne od tego, ze jest nas tutaj naprawde duzo. Z kazdym dniem - coraz wiecej. Wiecej. Jeszcze wiecej.

Ale i tak najwiecej bedzie nas dopiero w wakacje. Tlumy mlodych ludzi z CV w rekach beda sie z trudem mijaly na ulicach. Przynajmniej tak bylo w ciagu 2 ostanich lat, wiec podejrzewam, ze nie inaczej bedzie i teraz. Ale ja nie o tym, chcialem :-) Od razu uprzedze: nie mam najmniejszego zamiaru odwodzic nikogo od przyjazdu tutaj. Bron Panie Boze. Swoje zdanie juz wyrazilem co najmniej pare razy na tym blogu. Powtarzac sie nie ma sensu...

Ilu nas tutaj juz jest? Podejrzewam, ze nikt dokladnie nie wie. Rozne zrodla roznie podaja. Wszystkie jednak podaja, ze stanowimy bezwzglednie druga - po Irlandczykach - grupe narodowa. Sa co prawda tacy, ktorzy twierdza ze to Ajrisze sa juz w mniejszosci, ale to nieprawda :-) Jeszcze nie...

Jak zyje przecietny Polak w Cork? Normalnie. Jak Polak za granica. Czyli: 2-osobowe mieszkanie wynajmuje sie w 10 osob. Ajrisze juz opowiadaja sobie o nas dowcipy, np.: "Ilu Polakow zmiesci sie w 1-osobowym pokoju?", albo "Zginelo 8 Polakow. Zawalilo sie lozko pietrowe..." Taaak. Smiech to zdrowie...

Polak sie tym nie przejmuje, i robi swoje. Tak jest taniej. Dzieki temu tydzien mieszkania kosztuje go raptem 2 godziny pracy. I cieplej - dzieki czemu zaoszczedza sie na ogrzewaniu. Bo prad tu "drogi". Tak z pol dniowki na 2 miesiace. Zreszta, wszystko tu jest drogie. Papierosy? Az 24,0 zl! Piwo? 4-6 zl - w sklepie. W pubie jeszcze drozej, dlatego normalny Polak do pubu nie pojdzie, taki glupi przeciez nie jest. Dlaczego ceny sa w zl? Nie sa. Sa w euro. Ale przecietny Polak ma zakodowany taki przelicznik: cena x 4 zl.

Dlatego przecietny Polak robi wszystko, zeby sie nie dac Ajriszowi wykorzystywac finansowo. Po co placic tyle za papierosy, jak rodzina moze je w paczce przeslac? No to co, ze nie wolno, ze wbrew przepisom? Podobnie z jedzeniem. Znalem jednego mlodego czlowieka, ktory przez 2 miesiace pobytu tutaj nic sobie do jedzenia nie kupil. Caly czas ciagnal na chinskich zupkach i konserwach przywiezionych z Polski. Polak potrafi :-) No, ale ten to byl rekordzista. Inni to przynajmniej do tesco po chleb wstepuja. Ten za 35 centow. I psiocza, ze na tej ch... Wyspie nawet chleba dobrego nie ma. Nie ma? Jest. Mowilem, tlumaczylem, ba - jednemu wrecz palcem pokazalem. O, tutaj mozesz kupic bardzo dobry chleb - mowie - tyle, ze nie za 35 centow, ale za np. 2,5 - 3 euro. A to nie, to dziekuje... - slysze w odpowiedzi. No tak, 10 zl na chleb wydac? Paranoja...

Przecietny Polak lubi zywic sie odpowiednio. Pracujac tutaj w dwoch miejscach, gdzie byly pracownicze stolowki z prawdziwego zdarzenia (tych w barakowozach na budowach oczywiscie nie licze) zauwazylem, ze przecietny Polak stara sie z nich nie korzystac. Ciagnie na wlasnych kanapkach. Wiadomo, lepszy tescowy chlebus za 35 centow (caly, rzecz jasna) z tescowym serkiem za 55 centow (za 10 plasterkow), we wlasnorecznie zrobionych kanapkach, niz jakies tam stolowkowe zarcie. Kto ich tam wie, tych Ajriszy, moze oni pluja do zupy? Totez kiedy traficie na taka stolowke i jestescie spragnieni sasiedztwa Rodakow - rozejrzyjcie sie: ci z kanapkami to nasi. Po kanapkach ich poznacie. Jeszcze nigdy sie nie pomylilem ;-)

Przecietny Polak zyje stadnie. Mieszka stadnie, pracuje stadnie, porusza sie stadnie. Jak zobaczysz na ulicy 4-5 osobowa grupke ludzi, to na 90% Polacy. A nawet jak zobaczysz pojedynczego Polaka, to i tak na te 90% odgadniesz, ze to Polak. I to nie tylko po rzucanych k..., ch..., itp. Jest w nas jakas narodowa intuicja, ktora pozwoli nam rozpoznac swojego Rodaka z daleka. I to nie tylko po wasach i plecaczkach. Ale po twarzy. W koncu bezmyslny wyraz twarzy zadowolonego z zycia Ajrisza w sposob zdecydowany rozni sie od naszych buntowniczych facjat: czyli tych, ktorzy "przyjechali rzucic Irlandie na kolana" :-)

Ech, coraz czesciej jednak jest tak, ze to Irlandia rzuca na kolana tychze smialkow, no i trzeba slac alarmujacy monit do rodziny, zeby przez western union przeslala rente babci na bilet auobusowy do Polski. A pisalem (i nie tylko ja) zeby nie przyjezdzac w ciemno. Gdzie tam. W koncu nie ma to jak ulanska fantazja chocby z "Pana Tadeusza":

"Szabel nam nie zabraknie, szlachta na kon wsiedzie,
Ja z synowcem na czele, i - jakos to bedzie!"

Tiaaa, jakos?

Przecietny Polak w Cork korzysta z uslug. Z reguly: miedzysasiedzkich, ewentualnie: innych Polakow. Potrzeba taksoweczke? Nie ma problemu, jest. Polski kierowca z polskim samochodem na polskich numerach. Jak w domu :-) Fryzjer? Ups, z tym gorzej. Plec meska ma lepiej, kupuje maszynke do wlosow za 15 euro - i jedzie na glace. Tak zreszta - jak ja :-) Tyle tylko, ze ja tak sie strzyge praktycznie cale zycie... O, przepraszam, jak mialem lat ok. 20 - stu, to na chwile zapuscilem troche dluzsze wlosy. Normalnie do ramion. No ale, to bylo tak dawno, ze niemal nie pamietam, wiec sie nie wstydze ;-)

Wracajac jednak do uslug fryzjerskich: plec meska ma, jak to sie rzeklo, lepiej (w ogole plec meska ma lepiej w wielu rzeczach ;-) czyli gorzej ma plec niemeska. Do plci niemeskiej zaliczamy: 1. kobiety; 2. innych osobnikow nie korzystajacych z maszynek do strzyzenia wlosow. Ta niemeska plec musi chodzic do fryzjera. Jak tu jednak pokazac na migi fryzjerowi, o jaka fryzure sie rozchodzi? (bo z jezykiem, to wicie, rozumicie, ten teges, niezazbytnio)... Ale, Polak potrafi :-)

W koncu przyjechalo tutaj sporo dziewczat - fryzjerek, ktore na razie musza zarabiac na zycie w inny sposob, bo Irlandkom bardzo opornie idzie nauka j. polskiego :-) i ciezko sie z nimi dogadac i zrozumiec o co im chodzi: trwala? balejaz? a moze to o tipsy chodzi? Jednak nasze polskie fryzjerki nie proznuja i w miedzyczasie (zanim te oporne Irlandki naucza sie j. polskiego) swiadcza uslugi w prywatnych domach, pozyskujac klientow poprzez reklame poczta pantoflowa lub na tablicy ogloszen w tesco...

Co robi przecietny Polak w wolnym czasie? Z tego co czasami slysze, np. w kafejkach internetowych, Polacy w Cork przede wszystkim uprawiaja sporty :-) Prym wiedzie podnoszenie ciezarow (trzeba umiec klasycznie dzwignac te 100 g wodki, albo i pol szklanki na raz, a to przeciez 40 volt! :-) a nastepnie slalom. Slalom jest bezposrednim nastepstwem zbyt dlugiego podnoszenia ciezarow. Najgorzej, ze czesto mozna zaobserwowac zawodnikow tej dyscypliny nawet w bialy dzien. Ach, i zapomnialbym o boksie! To tez bardzo wazny sport :-)

Tak na powaznie: w bialy dzien na ulicy w Cork widzialem tylko trzy bijatyki: raz sie bily murzynki (odstawiwszy wczesniej wozki z dziecmi), no i dwa razy: nasi Rodacy. To w bialy dzien, kolo poludnia. Bo tego co mozna zobaczyc wieczorowa pora, to lepiej nie komentowac, tylko szybko sp..., hm, spadac do domu, ze sie tak wyraze... Bo kiedy tlukly sie murzynki, to gapie mialy niezly powod do smiechu, ba, zgromadzony tlumek wrecz protestowal kiedy Garda (irlandzka policja) poczela rozdzielac sila krewkie panie. Ale kiedy nasi Rodacy dali pokaz, to ho, ho, nikomu do smiechu nie bylo - i nagle kazdy z przechodniow przypominal sobie, ze zelazko wlaczone w domu zostawil... Tak, bo "gdy widzisz Polakow w amoku, to sie lepiej uspokoj, stan z boku, nie prowokuj" - jak radzi pewien polski mlodziezowy wokalista.

Przecietny Polak jak tylko pomieszka jakis czas i podlapie troche jezyka - to przestaje byc Polakiem. Tym bardziej - przecietnym. Za to bardzo chce byc Ajriszem, i jak tylko moze, tepi "polska stonke" ktora tu tlumnie zjezdza i odbiera prace. Zapytany o droge - pokaze ta w przeciwnym kierunku. W koncu trzeba "polaczkom" pokazac, gdzie ich miejsce, a tym samym wyleczyc wlasne polaczkowate kompleksy.

Najbardziej ten syndrom dotyka tych, ktorzy sa tutaj pare lat (ale nie tylko: widzialem juz tutaj takich, ktorzy po 2 tygodniach byli bardziej "irlandzcy" od samych Irlandczykow, ktorzy zreszta mieli z nich niezly ubaw - tak to jest kiedy ktos stroi sie w cudze piorka...). Z reguly rzadko kto jest w Irlandii powyzej 5 - 6 lat, bo to od tego czasu mniej wiecej Ajrisze zaczeli nas do siebie sciagac. Przyjechalo troche wiary, glownie do strzyzenia trawy, bo to byla jedna z niewielu robot ktora sie dalo na migi wytlumaczyc. Robili wszystko dokladnie tak samo jak robia to ci, ktorzy przyjezdzaja teraz (czyli mieszkali, pracowali i poruszali sie stadnie golac lby maszynkami i wcinajac najtansze zarcie z lidla), jednak sila rzeczy po paru latach zgromadzili troche euro na koncie (wszystkiego sie przepic nie dalo) i lizneli troche jezyka. I kiedy mysleli ze zlapali juz Pana Boga za nogi i teraz beda juz Ajriszami, ktorzy dwa razy do roku zjada na swoja wioske pokazac sie ziomalom, no to masz ci los... Polska weszla do UE. I sie zaczelo. I juz nie mozna przebierac i wybrzydzac, tylko trzeba brac robote jaka jest. Aj, ja, jaj...

Przecietny Polak w Cork korzysta z polskiej "infrastruktury" - cokolwiek by przez to rozumiec. Mamy tutaj 2 organizacje polonijne (chodza sluchy, ze ma powstac trzecia :-), kilka polskich sklepow (chociaz tak naprawde - sa one "ruskie", a polskimi je nazywamy z racji sprzedawanych przez nie polskich produktow), mielismy polski pub (wlasciwie: polsko - irlandzki, niestety, juz go nie mamy, wiec czekamy na nastepny), polski kosciol (i znowu: kosciol jest co prawda irlandzki, ale w niedziele msze sa celebrowane takze po polsku), polskie gazety (tzn. drukowane w Polsce, faktycznie ich wlascicielami sa obcokrajowcy, podobnie jak wiekszosci co bardziej wartosciowych rzeczy w Polsce), itp, itd.

Ogolnie rzecz biorac - fajnie jest :-) Z robota co prawda coraz bardziej krucho, ale przecietny Polak ktory sie tutaj wybiera (oczywiscie: "w ciemno") kiedy o tym slyszy odpowiada krotko: "Ch... na to klade, bo i tak - damy rade! Z lojalnym skladem - damy rade! Wszyscy tu - damy rade!"

E... tak.... No coz, czesto dopiero za granica mozna sie przekonac o "lojalnosci" roznych "skladow", i o tym, czy sie "daje rade", czy wprost przeciwnie... Ale to juz jest temat na zupelnie inna notke :-)

P.S. Powyzszy tekst jest nieco zlosliwo - zartobliwy. Jednak - czy na pewno?

wtorek, 7 marca 2006

Youghal

Youghal jest jednym z piekniejszych irlandzkich miasteczek. Lezy dokladnie na granicy hrabstwa Cork i Waterford, tuz nad Morzem Celtyckim. Od sredniowiecza az do XVII w. byl tu jeden z najwazniejszych portow w Irlandii. Mimo pozniejszego upadku, w nadmorskim Youghal do dzisiaj widac slady dawnej swietnosci.

Z zabytkow znajdujacych sie w Youghal najbardziej godna uwagi jest, wg mnie, Collegiate Church of Mary's (kolegiata NMP), pochodzaca z XIII wieku - i - jako jeden z niewielu tak wiekowych kosciolow w Irlandii - ciagle otwarta dla wiernych. Nieopodal kolegiaty wznosi sie zamek Tynte'a, XV wieczna ufortyfikowana rezydencja. Spacerujac po Youghal warto tez zwrocic uwage na pochodzacy z 1710 r. Red House i bedaca wizytowka Youghal stojaca na glownej ulicy wieze zegarowa. Wieza zostala wybudowana w 1771 r., byla wykorzystywana jako wiezienie, a pozniej - jako muzeum. Obecnie jest, niestety, zamknieta.

/Powyzej: plaza w Youghal, po lewej stronie widac latarnie morska./

Youghal najlepiej odwiedzic latem, poniewaz z uwagi na sezon turystyczny mozemy zobaczyc i zwiedzic wiecej, niz w pozostalym okresie (czesc obiektow jest zamknieta poza okresem letnim).

Jednak to, co najbardziej przyciaga turystow do Youghal, to fantastyczna plaza. Mamy do wyboru zarowno usiana kolorowymi muszelkami plaze piaszczysta, jak i kamienista.

czwartek, 2 marca 2006

Podatki

Poniewaz dostaje coraz wiecej e-maili od Was z pytaniami o rozliczenia podatkowe Polakow pracujacych w Irlandii, wiec dzisiaj bedzie wyjatkowo nudno, bo o tychze podatkach wlasnie :-( Chociaz, czy to nudne? Nie :-) Mysle, ze po dobrnieciu do konca tej przydlugiej notki co niektorym Czytelnikom szybciej zabija serca, a jeszcze inni poczuja jak im rosna piesci...


Zaczne od tego, ze zburze spokoj wiekszosci z nas, ktora zyje w blogim przekonaniu, ze skoro wyjechali z Polski, pracuja w Irlandii i tutaj placa podatki, to polski urzad skarbowy - zgodnie z zasada zabraniajaca podwojnego opodatkowania - nic do nich nie ma. Nic bardziej blednego, moi drodzy... Skoro mamy polskie obywatelstwo, to znaczy ze jestesmy obywatelami III RP (III czy IV? bo ostanio sie gubie w rachubach...), czyli kraju w ktorym panuje ustroj fiskalno - skarbowy :-( Z tego wynika, ze polski obywatel moze sobie pracowac gdzie mu sie podoba (najlepiej wlasnie: za granica, bo wtedy nie obciaza systemu socjalnego w Polsce, zwalnia miejsce pracy dla kolejnego bezrobotnego, wysyla rodzinie pieniadze ktore nie zostaly w Polsce wypracowane, ale zostana w Polsce wydane na zakup roznych towarow, z reguly zreszta importowanych), ale podatki ma placic... w Polsce oczywiscie. Podatki od dochodow osiagnietych za granica...

Pierwsi bolesnie przekonali sie o tym ci, ktorzy podjeli prace w Irlandii Polnocnej, ktora administracyjnie wchodzi w sklad Wielkiej Brytanii. Jak sie okazalo, dla wiekszosci naszych Rodakow pracujacych w Wielkiej Brytanii kompletnym zaskoczeniem byl fakt, ze od swoich dochodow osiagnietych wlasnie tam, musza podatki placic... w Polsce. A dochody te, po przeliczeniu na zlotowki, z nedzarzy jakimi zostali uznani w Wielkiej Brytanii (dzieki czemu brytyjski fiskus praktycznie zaniechal poboru od nich podatku) - w Polsce czynia ich krezusami. Coby nie przedluzac: okazalo sie, ze ci ktorzy pracuja na terenie Wielkiej Brytanii (czyli takze w Irlandii Polnocnej) - musza polskiemu fiskusowi oddac cos ze 40% swoich dochodow. Obecnie przez wszystkie fora dyskusyjne poswiecone pracy w Wielkiej Brytanii przewijaja sie dyskusje na ten temat, w ktorych dominuje placz i zgrzytanie zebami, polaczone z pomstowaniem na swoj Kraj Ojczysty...

Teoretycznie, jest wyjscie z sytuacji: nalezy uzyskac tzw. status rezydenta podatkowego (wystarczy w danym kraju mieszkac i pracowac ponad pol roku), ale uwaga: dodatkowo polski fiskus wymaga, aby delikwent przeniosl swoj "osrodek zyciowy" do danego kraju. Co to oznacza w praktyce? No coz, jak wiadomo, w Polsce kazdy z urzedow skarbowych dokonuje wlasnej interpretacji obowiazujacych przepisow. Jednak w ogolnym skrocie: jezeli masz w Polsce najblizsza rodzine, a juz nie daj Panie Boze np. wlasne mieszkanie, to znaczy ze Twoj "osrodek interesow zyciowych" nadal jest w Polsce. Koniec i kropka.

I nie pomoze Ci wymeldowanie, bo to nic nie zmienia. Zreszta, jak sie wymeldujesz, to i tak zgodnie z obowiazujacymi przepisami musisz w ciagu najpozniej 30 dni poinformowac polski urzad skarbowy wlasciwy dla Twojego miejsca zamieszkania o zmianie miejsca pobytu. Rowniez - jezeli wyjezdzasz za granice, masz obowiazek podac swoj zagraniczny adres. Polski fiskus musi wiedziec, gdzie ma Cie szukac. Jezeli nie dopelnisz tego obowiazku, stajesz sie przestepca skarbowym, a na to juz sa paragrafy...

Tak czy owak, cala rzesza naszych Rodakow pracujaca w ciagu ubieglych lat w Wielkiej Brytanii, ktora nie rozliczyla w Polsce swojego brytyjskiego dochodu, wpadla w powazne tarapaty, czesto nawet jeszcze o tym nie wiedzac. No coz, polski fiskus nie jest moze rychliwy, ale... ma na to co najmniej 5 lat. A ostatnio slyszalem, ze teraz nawet 10... Dojda jeszcze kary i odsetki...

No ale, wrocmy do naszej Irlandii. Tej irlandzkiej, a nie brytyjskiej :-) My tu - z uwagi na odmienne uregulowania prawne - mamy troche lepiej niz nasi Rodacy pracujacy na terytorium Wielkiej Brytanii. Ale tez nie jest wcale rozowo.

Jezeli, dajmy na to, czesc roku przepracowalismy w Polsce, a czesc w Irlandii, to jestesmy zobowiazani do wykazania tych "irlandzkich" dochodow w Polsce, podczas skladania rocznego zeznania podatkowego. Co prawda, od dochodow osiagnietych w Irlandii nie placicmy w Polsce dodatkowego podatku, jednakze ten "irlandzki dochod" podwyzsza podstawe opodatkowania polskiego dochodu. Czyli moze sie okazac, ze zamiast oczekiwanego zwrotu - bedziemy musieli polskiemu fiskusowi sporo doplacic...

Zeby rozliczyc podatek w Polsce, oprocz wlasciwego polskiego PIT-u musimy miec irlandzki druk P60 (ewentualnie payslipy), oraz... kursy wymiany walut obowiazujace w dniach poszczegolnych wyplat :-( Tak, dokladnie. W koncu wyplate dostawalismy co tydzien, prawda? Musimy jej wartosc przeliczyc na zlotowki, a poniewaz kurs euro nie stal w miejscu, wiec... No coz, to naprawde nie ja wymyslilem.

A co w przypadku jezeli caly rok przepracowalismy wylacznie w Irlandii? Tylko wtedy mozemy nie zawracac sobie glowy polskim fiskusem, ale - uwaga - jezeli wczesniej poinformowalismy go o wyjezdzie. Inaczej rzecz biorac: po wyjezdzie z Polski mamy 30 dni na to, aby na formularzu NIP-3 zglosic polskiemu urzedowi skarbowemu, ze mamy irlandzki adres, no i musimy podac uzyskany tutaj PPSn (czyli odpowiednik naszego NIP-u). Dzieki znajomosci naszego numeru PPS, polski urzad skarbowy bedzie mogl nas latwo zlokalizowac, i w przypadku gdy zmieni sie interpretacja przepisow podatkowych, sciagnac od nas podatkowy haracz, pdobnie jak to teraz robi naszym kolezankom i kolegom pracujacym na terenie Wielkiej Brytanii.

A co w przypadku jezeli nie wyslalismy do polskiego urzedu skarbowego tego nieszczesnego druku NIP-3 z naszym irlandzkim adresem i numerem PPS? Wtedy polski fiskus, zgodnie z obowiazujacymi przepisami - nadal bedzie nas traktowal jako platnikow podatku w Polsce, i w takiej sytuacji jestemy zobowiazani do zlozenia w Polsce rozliczenia rocznego, nawet jezeli przez caly rok nas w Polsce nie bylo i nie osiagnelismy w tym czasie zadnych dochodow na terenie naszej Ojczyzny... Jezeli tego obowiazku nie dopelnimy, stajemy sie - jak to juz sie rzeklo - przestepcami podatkowymi... A za to sa grzywny, kary, konfiskaty...

I tak na zakonczenie: Prosze Panstwa! Prosze w zadnym wypadku nie traktowac tego mojego powyzszego popisu grafomanii jako obowiazujacej wykladni przepisow skarbowych! Ta notka miala tylko i wylacznie na celu zwrocenie uwagi na pare faktow, z ktorych czesc z nas (a szczegolnie - mlodych ludzi) sobie w ogole nie zdaje sprawy, a ktorych zaniedbanie moze byc bardzo kosztowne, lacznie z konfiskata mienia. a w poszczegolnych przypadkach, kto wie? Moze nawet utrata wolnosci?

Po wlasciwa interpretacje przepisow podatkowych prosze sie zwrocic na pismie do wlasciwego dla Waszego miejsca zamieszkania urzedu skarbowego w Polsce. Pamietajmy tez, ze co urzad - to inna interpretacja, a dla Was jest wiazaca tylko i wylacznie ta interpretacja, ktorej udzieli wlasciwy dla Was urzad skarbowy. Bo to on bedzie Was pozniej rozliczal, a kto wie - byc moze i scigal...

Niestety, za dume z posiadania polskiego obywatelstwa trzeba polskiemu fiskusowi placic solidna danine...