czwartek, 25 maja 2006

II Wizyta w Polsce. Podraznij Polaka.

Pierwszy tydzien pobytu w Polsce - juz za mna... Odczucia? Jak zwykle - mieszane...

Zaczne od zmian na "moim" osiedlu. W Krakowie mieszkam w nowej czesci osiedla Ruczaj - jesli mozna to tak nazwac. Poprzednio, za siermieznej komuny, osiedla budowano tak, zeby oprocz blokow znalazlo sie w nich miejsce na plac zabaw dla dzieci, alejki i skwerki dla mieszkancow, nie wspominajac juz o tak oczywistych rzeczach jak przedszkole, szkola, poczta - i sklepy. Na obecnie budowanych osiedlach jest w zasadzie miejsce tylko dla tych ostatnich. Teraz bloki stawia sie gesto, jeden tuz obok drugiego, bo kazdy metr kwadratowy jest cenny - wiec nikt nie bedzie sobie zawracal glowy tworzeniem placu zabaw dla dzieci, itp. Tak tez sie dzieje w mojej nowej czesci osiedla: wyraznie "zagestnialo".

Za to pozamykaly sie osiedlowe sklepiki - chociaz prosta logika wskazywalaby, ze powinno byc odwrotnie. Pierwszy padl sklepik warzywniczy. Prowadzil go moj sasiad, wiec jestem w miare na biezaco.. Człowiek bardzo się starał: zrywal sie w srodku nocy i jechal na plac targowy gdzie rolnicy sprzedawali swoje plody rolne, dzieki czemu towar mial zawsze swiezy, etc, sam pracowal dodatkowo na etacie, dzieki czemu ZUS nie doil od niego tak wysokiego haraczu, itp. Ciagle wierzyl, ze sie uda. Przestal, kiedy go zwolnili z pracy, i trzeba bylo samemu ZUS placic, a tymczasem zyski ze sklepiku z trudem pokrywaly koszta czynszu za lokal. W koncu dal sobie spokoj - i wyjechal, gdzieś za Ocean...

Nastepnie zbankrutowala kwiaciarnia, co mnie zreszta wcale nie zdziwilo... W jej slady poszla pizzernia - i minimarket spozywczy. Ten ostatni zostal co prawda niedawno reanimowany (po raz trzeci zreszta). Podziala pewnie tak dlugo, jak dlugo kolejnemu wlascicielowi bedzie sie podobalo dokladanie do interesu. Dlaczego tak sie dzieje? Wg mnie po trosze dlatego, ze 3 przystanki autobusowe wczesniej - jest duze, calodobowe Tesco... Ale przede wszystkim dlatego, ze polscy drobni przedsiebiorcy oprocz hipermarketowej konkurencji - musza takze walczyc z wlasnymi urzedami, szkodliwymi przepisami i coraz wiekszymi haraczami nakladanymi im przez panstwo - ktore jednoczesnie stosuje wiele ulg podatkowych w stosunku do handlowych molochow...

Wybralem sie tez na spacer do centrum: czesc Rynku nadal jest placem budowy, "zabrano" sie rowniez za remont ulicy Florianskiej. Przy tejze najbardziej znanej, zabytkowej, itp, itd, dochodzacej do Rynku uliczce - przy ktorej swoj dom mial m.in. Jan Matejko - miesci sie McDonald. Swego czasu odbyla sie w prasie dyskusja, czy ten amerykanski fast-food powinien sie miescic przy tej ulicy, no ale, jak wiadomo - pieniadz otwiera kazde drzwi...

/Na zdjatku powyzej stoje na wpol zamknietym krakowskim Rynku. Miejmy nadzieje, ze wkrotce znikna z niego szpecace ogrodzenia a turysci beda mogli podziwiac go w calej jego okazalosci.../

Poniewaz bylo goraco, wstapilem tam po cos do picia, a przy okazji zajrzalem do toalety. I przy tej toalecie zobaczylem po raz pierwszy w McDonaldzie... babcie klozetowa :-) Powaznie.
- "Pan za zlotowke czy na paragon?" - zapytala
Jak widac, kierownictwo McDonald'a przy ulicy Florianskiej w Krakowie mialo dosc przechodniow siusiajacych za darmo w ich "restauracji" (cudzyslow jak najbardziej na miejscu, naprawde nie rozumiem dlaczego McDonald z uporem godnym lepszej sprawy nazywa swoje punkty w ktorych sprzedaje buly z miesem i frytkami: "restauracjami") - i wprowadzilo oplaty za korzystanie z toalety. Na szczescie: klient McDonalda przy ul. Florianskiej moze jeszcze korzystac z "restauracyjnej" toalety za darmo - oczywiscie pod warunkiem okazania waznego paragonu... Ciekawe: to pomysl akurat tej "restauracji" - czy to ogolnopolska akcja? Czy jest tak tez w innych krajach, czy to na razie polski eksperyment?

Pozniej poszedlem nad Wisle. Akurat trafilem na moment i miejsce z ktorego odplywal w godzinny rejs malenki "stateczek", wiec postanowilem skorzystac z tej atrakcji (za oplata, rzecz jasna). I na tym "stateczku" o wdziecznej nazwie "Piotrus Pan" :-) po raz pierwszy - w Polsce, oczywiscie - wykorzystalem moja bardzo jeszcze koslawa znajomosc j. angielskiego, ktora to jednak pozwolila mi wdac sie w konwersacje z dwiema niemieckimi turystkami. Na szczescie ich angielski byl chyba jeszcze gorszy niz moj, wiec mam nadzieje - ze wstydu Wam nie przynioslem :-)

A w domu - probowalem ogladac telewizje. "Probowalem" - to dobre slowo. Kolega ktory tuz przed moim wyjazdem wrocil z Ojczyzny co prawda ostrzegal mnie, zebym telewizor obchodzil raczej z daleka, bo moge niechcacy trafic na jedna z licznych politycznych debat, co moze zepsuc mi nastroj do konca pobytu... Jednak juz pobiezna lektura programu tv spowodowala, ze dalem sobie spokoj z wlaczaniem telewizora, coby nie obnizac swojego i tak niewysokich lotow potencjalu intelektualnego.

Siegnalem po gazete - poniedzialkowa "Wyborcza" wraz z dodatkiem "Praca" i "Duzy Format". Ogloszen o pracy sporo, ale szukaja przede wszystkim akwizytorow (poniewaz slowo "akwizytor" ma raczej negatywny wydzwiek, wiec teraz sie poszukuje "konsultantow ds. sprzedazy z oferowanym wynagrodzeniem prowizyjnym adekwatnym do osiagnietych wynikow"). A jesli nawet nie akwizytorow - to wymagania jakie potencjalny pracodawca stawia sa zupelnie nieadekwatne do stanowska, a i zapewne - placy. Zapewne - poniewaz o wysokosci placy z reguly nie ma ani slowa. Czyli - bez zmian. Nowoscia (dla mnie) jest rubryka: "praca za granica". Ofert sporo, glownie z Anglii, Holandii, Niemiec. Z Irlandii - prawie wcale. Nic dziwnego...

Zaglebiam sie w lekture "DF", no i od razu trafiam, a jakze, na reportaz o pracy w angielskim Tesco, ktorego autor opisuje swoje wlasne doswiadczenia. Zaczyna sie od opisu gry angielskich nastolatkow zwanej "Podraznij Polaka":
"Idz do Tesco, znajdz Polaka i mow bardzo szybko. Nie rozumie? Wolaj menedzera, rob awanture. Kto to widzial, zeby obsluga nie mowila po angielsku! O co chodzi? O gre. Graja w nia angielscy gowniarze. Nazywa sie "tease a Pole", czyli "podraznij Polaka". Jej przedmiotem jest Polak (punkt za wlasciwe wytypowanie), ktory pracuje w Tesco. Dlaczego?
Bo zabiera prace miejscowym.
Bo ma smieszny akcent i pochodzi z jakiegos pieprzonego, zacofanego kraju.
Bo pracuje za grosze.
Bo sie czerwieni, jak nie rozumie.
Kto zmusi menedzera, by przeprosil za polskiego pracownika - wygrywa. Menedzer bedzie sie wil jak piskorz. Ale w koncu przeprosi. Klient nasz pan."
(powyzszy fragment pochodzi z tekstu "Fajna masz, corcia, prace" autorstwa Witolda Szablowskiego, zamieszczonego w "DF" - dodatku do "Gazety Wyborczej" z 22 maja b.r.

No ale - bez obaw, powyzszy tekst w "Wyborczej" nikogo nie odstraszy od wyjazdu na obczyzne. Bo w koncu - co jest gorsze: ryzyko zostania ponizonym w obcym kraju, ktore to ryzyko jest jednak dosc dobrze oplacane, czy pewnosc zostania ponizonym - we wlasnej Ojczyznie? Bo wynagrodzenia i warunki pracy oferowane obecnie wiekszosci Polakom - w Polsce - sa, nie ukrywajmy, ponizajace...

Oczywiscie przy zalozeniu - ze sie w ogole dostanie prace...

sobota, 20 maja 2006

II Wizyta w Polsce. Strefa turbulencji.

Wrocilem do Polski. Co prawda tylko na dwa tygodnie, ale zawsze :-)

Lecialem tak jak ostatnio, z przesiadka w Londynie, tyle ze tym razem na lotnisku Stansted. Z Cork do Londynu - Ryanair, z Londynu do Krakowa - Sky Europe. W samolocie z Irlandii do Anglii praktycznie nie bylo Polakow (Rodacy preferuja raczej bezposrednie polaczenia, np. z Cork do Warszawy lub z Dublina do Krakowa, nie ma jeszcze bezposredniego polaczenia z Cork do Krakowa).

/Na zdjęciu powyzej wlasnie wysiadlem z samolotu na lotnisku Stansted. Za cztery godziny wsiade w kolejny samolot - juz do Krakowa :-)/

Z Anglii do Polski - to juz co innego. W samolocie paru Brytyjczykow, ktorzy przylatuja do Polski chyba tylko po to, aby przepuscic troche funtow (bo przeciez nie po, zeby pracy szukac, czy nawet zabytki zwiedzac - skoro u siebie maja ich mnostwo), no a pozostali - to nasi :-)

Oczywiscie: nie obylo sie bez tumultu i zamieszania: kto pierwszy zdola wedrzec sie do samolotu i zajac najlepsze miejsca. Bez sensu - bo miejsca byly oznaczone na biletach, wiec kolejne zamieszanie i protesty - przy przesadzaniu... Jak widac, sklonnosc do szarzy mamy zakodowana genetycznie...

W noc przed wylotem (samolot mialem o 8 rano) malo co spalem (pakowanie sie, itp.), wiec usilowem nadrobic te zaleglosci podczas lotu. Z lekkiej drzemki tylko dwa razy wyrywal mnie glos stewardessy: pierwszym razem poinformowala nas, ze przelatujemy nad Niemcami, jestesmy na wysokosci 11 tysiecy metrow a na zewnatrz na tej wysokosci jest temperatura -59 st. C. Nie wiem, czy podawanie takich informacji w samolocie pelnym Polakow jest rozsadne: znajac nasza ulanska fantazje - jeszcze ktoremus przyjdzie do glowy chec wystawienia reki za okno samolotu aby sprawdzic czy faktycznie jest tak zimno :-(

Ze niemozliwe? No to nie znacie "pomyslowosci" naszych Rodakow. Jak podala niedawno Polska Agencja Prasowa: "Dla 37-letniego Szczepana D. ze Szprotawy (lubuskie) migracja zarobkowa rozpoczęła się od ... miesięcznego pobytu w więzieniu. Taką karę wymierzył mu sąd okręgowy w Ennis (hrabstwo Clare w zachodniej Irlandii) za awanturę w samolocie linii Centralwings w drodze z Polski do Irlandii. Dodatkowo Szczepan D., który wyruszył do Irlandii w nadziei znalezienia pracy w firmie budowlanej w Cork lub Tralee, mając przy sobie 150 euro, znalazł się w długach, ponieważ sąd wymierzył mu karę dodatkową - grzywnę w wysokości 500 euro. Do awantury w samolocie doszło 25 marca. Na postępowaniu przedprocesowym tego samego dnia sąd zalecił zatrzymanie Polaka w areszcie. Szczepan D. tłumaczył się, że nigdy w życiu nie leciał samolotem i że wszystkiemu winna wódka, z którą przesadził na pokładzie. Sąd nie uznał tego jednak za okoliczność, która usprawiedliwiałaby walenie pięściami w okno, posługiwanie się obelżywym, wulgarnym językiem wobec innych pasażerów i uciekanie się do rękoczynów."

Tyle polskie media. Irlandzkie byly mniej powsciagliwe i opisaly znacznie bardziej dokladnie ten incydent. Tak przy okazji: u nas ciagle jeszcze chroni sie roznych lobuzow, ukrywajac ich dane personalne. W Irlandii jest inaczej: prasa podaje ich imiona, nazwiska, adresy - oraz zamieszcza zdjatka. Nie inaczej bylo tez z p. Szczepanem... No i wg irlandzkiej prasy, p. Szczepan uparl sie, zeby otworzyc okno w samolocie - podczas lotu - rzecz jasna, i w tym celu nie tyle walil w nie piesciami - jak podal PAP - tylko kopal noga... Brawo, p. Szczepanie :-( Jest pan chyba pierwszym Polakiem, ktory stal sie znany w Irlandii jeszcze zanim zdazyl postawic stope na jej ziemi... Znanym takze z fizjonomii, poniewaz gazety zamiescily pana zdjatko z podbitym okiem...

No ale, wracajac do przerwanego watku - wiec pierwszym razem wyrwal mnie z drzemki glos stewardessy informujacy, ze jestesmy nad Niemcami oraz o temperaturze panujacej za samolotowym oknem na wysokosci 11 km. Drugi komunikat ktory przerwal mi drzemke (a w zasadzie kompletnie wybudzil ze snu :-( brzmial nastepujaco: "Prosze panstwa, wlecielismy na terytorium Polski. Kapitan prosi o zapiecie pasow poniewaz wchodzimy w strefe turbulencji"... Nie uwierzylbym, gdybym nie uslyszal na wlasne uszy :-) Polska - strefa turbulencji. W zasadzie nic dziwnego, ale my przeciez bylismy 11 km nad ziemia... Popatrzcie, jak to juz wysoko zaszlo :-)

Pozniej - juz normalnie. Ledwie kiedy samolot zatrzymal sie na pasie, Rodacy natychmiast rzucili sie do wyjscia (podobnie zreszta jak na lotnisku w Londynie "rzucali" sie do wejscia, co swiadczy chyba o naszej wybitnie stadnej naturze) - i stewardessy musialy parokrotnie prosic ich o powtorne zajecie miejsc, informujac - ze jeszcze nawet nie "podjechaly" schody, po ktorych pasazerowie moga wysiasc z samolotu. Na niewiele sie to zdalo, ale to juz inna historia. Pozniej stadny galop po torby (na ktore i tak trzeba bylo czekac), jeszcze kontrola paszportowa (czyli znowu: siedzacy w szklanych budkach - co podkresla dystans - umundurowani i uzbrojeni wasaci faceci o chmurnym spojrzeniu lustrujacy fizjonomie pasazerow).

Tak na marginesie, do przelozonych tychze funkcjonariuszy: skoro dajecie im pistolety, to dajcie im tez kamizelki kuoodporne. Bo zakladam, ze bron palna ma sluzyc przede wszystkim do obrony przed uzbrojonymi, bo ja wiem - przestepcami? a nie przed nieuzbrojnymi obywatelami? Chyba ze zakladacie, zreszta slusznie, ze raczej trudno przemycic np. w takiej Anglii bron palna na poklad samolotu, wiec kamizelki kuloodporne sa zbedne. Ale w takim razie - po co im te pistolety ostentacyjnie noszone przy paskach? Jesli juz musza miec bron (po co?), to niechze ja chociaz schowaja "za pazuche". Bo w ten sposob tylko strasza turystow i uswiadomiaja im juz na lotnisku, w jakim panstwie sie znalezli...

Po odprawie juz tylko pozostalo mi sie odpedzic od naganiaczy nagabujacych ludzi juz w hali lotniska: "Taksoweczke potrzeba? A moze euro, funty chce pan sprzedac?" - i moglem ruszyc do domu :-)

Chociaz - z drugiej strony - gdzie jest moj "dom"? Jeszcze tu - czy juz tam?...

czwartek, 11 maja 2006

Kupiłem aparat. Ale nie Zorke 5 :-)

Niedawno kupilem swój pierwszy fotograficzny aparat cyfrowy.

/Obok: trzymam moj pierwszy aparat cyfrowy :-) Poniewaz mentalnie jestem na etapie przejsciowym pomiedzy aparatem cyfrowym - a analogowym, wiec coby to przejscie bylo mniej bolesne - aparat nabylem razem z odpowiednia do niego drukarka ;-)/

Wracajac do aparatow cyfrowych: nie da sie ukryc, ze to przyszlosc i ze aparaty analogowe odchodza w niebyt. Posluguja sie nimi jeszcze profesjonalisci - i tradycjonalisci :-), jednak przecietny zjadacz chleba ktory chce sobie po prostu popstrykac zdjatka z wycieczki w Bieszczady czy tez nad Klify Moher - jednak siegnie po cyfrowke.

Cyfrowki sa proste i wygodne w uzyciu, daja zdjecia (przy amatorskiej fotografii) swietnej jakosci, ktore mozna obejrzec od razy po wykonaniu w wyswietlaczu aparatu - lub na ekranie np. telewizora, ktore mozna wydrukowac - lub zgrac na plyte cd-rom czy tez praktycznie od razu wyslac e-mailem na drugi koniec swiata... Ba, za pomoca aparatu cyfrowego - mozemy nawet nakrecic amatorski filmik video, ktorego dlugosc jest zalezna wylacznie od posiadanej karty pamieci. Ktory tradycyjny aparat analogowy ma takie mozliwosci? Zaden, niestety...

I tylko - tak troche zal... Kiedys czlowiek robil fotki, oddawal film do wywolania - i z niecierpliwoscia czekal na odbior zdjec. Udaly sie? Wszystkie wyszly? Teraz tego nie ma. Pstryk - i widzisz. Podoba sie? Zostaje. Nie podoba sie? Kasujesz i robisz nastepne. Ale jak dla mnie - tak jest lepiej :-) Pewnie zreszta dlatego - ze fotografia jakos nigdy mnie specjalnie nie pociagala. Owszem, zawsze lubilem ogladac ladne zdjęcia, ale sam nigdy nie poczynilem zadnych krokow by samemu sprobowac zostac tworca fotograficznych arcydziel. Tutaj zawsze bede kibicem - a nie graczem.

Moze zrazilo mnie pierwsze fotograficzne niepowodzenie z dziecinstwa? Alebowiem moim pierwszym aparatem byl podarowany mi przez Dziadka wytwor prl-owskiej fotograficznej mysli technicznej - Ami66. Wszystko w nim bylo "mechaniczne", wiec obywal sie bez baterii. Dostalem go jako kilkuletni chlopak - i pelen zapalu przystapilem do utrwalania na fotograficznej kliszy otaczajacego mnie swiata i przyrody :-) Niestety - po wywolaniu pierwszego filmu okazalo sie, ze wszystkie zdjecia sa po prostu do ... hm, no wlasnie... Moj pierwotny zapal natychmiast wyparowal i pogodzilem sie z mysla, ze fotografikiem nie bede :-)

Pozniej, juz jako czlowiek zupelnie dorosly, jeszcze raz otarlem sie (w pewnym sensie) o sztuke fotografii, kiedy to podjalem na krotko prace w jednym z krakowskich wydawnictw, ktore specjalizowalo sie przede wszystkim w opracowywaniu katalogow przeroznych wystaw, w tym i wystaw fotograficznych. W pamieci utwilo mi jedno szczegolnie zabawne (dla mnie :-) wydarzenie: opracowywalismy katalog jednej z jakichs pionierskich wystaw, na ktorej to wystawie pozamieszczono zdjecia o przeroznej tematyce: od takiego, gdzie na lawce przy ogrodkach dzialkowych siedzi jakas babcia (jak zywo przypominalo mi ono moje pierwsze zamazane fotki wykonane Ami66 :-) po czysta abstrakcje, gdzie nie wiadomo bylo zupelnie, co na danym zdjeciu jest. No i kolega - niestety - wstawil do katalogu wystawy to zdjecie "do gory nogami" :-) Pomylke zauwazyl - juz po wydrukowaniu katalogow - dopiero sam autor zdjecia.
-"Alez to zdjecie jest odwrotnie!" - zwrocil sie do mojego kolegi odpowiedzialnego za ten projekt.
- "A jaka to roznica jest?" - spytal kolega patrzac na zdjecie pod roznym katami obrotu :-)
Autor sie nie awanturowal... Pewnie przywykl juz biedak do tego, ze jako tworca fotograficznych abstrakcji - jest przez ogol nie rozumiany... :-)

Wracajac do aparatow cyfrowych: jedyna ich wada wydaje sie byc cena. Ale - uwaga: cyfrowki sa drogie w Polsce. Natomiast np. w Irlandii cyfrowke z niskiej polki mozesz kupic w tanim sklepie juz za jedna dniowke. Dobrej klasy amatorski aparat cyfrowy kupisz tutaj za jedna tygodniowke. Totez jednym z pierwszych "powazniejszych" zakupow dokonywanych tutaj przez Rodakow - sa wlasnie aparaty cyfrowe.

Ja osobiscie mam nieco inne priorytety przy zakupach, no ale w koncu - uleglem :-)

środa, 3 maja 2006

Polak na emigracji

Dzisiaj jest rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Dodajmy - pierwszej w Europie. W Polsce swieto, tutaj oczywiscie - normalny dzien pracy. Regula wzajemnosci w tym wypadku nie obowiazuje: my, owszem, obchodzimy w Polsce irlandzki Dzien Swietego Patryka, co nie oznacza - ze oni obchodza nasz polski 3 Maja czy 11 Listopada.

Oczywiscie, nie mozna w zadnym wypadku miec o to pretensji do Irlandczykow - a jezeli juz - to do siebie tylko. Byc moze za czas jakis, kiedy "nowa emigracja" okrzepnie na tyle, ze zacznie sie dla niej liczyc cos wiecej, niz "trzepanie euro", zaczniemy i w Irlandii obchodzic wlasne, narodowe swieta - tak jak to robi np. Polonia w USA. Zaplecze juz mamy: ulice w irlandzkim Cork sa pelne Polakow. Mam juz powazne watpliwosci, kto jest najwieksza mniejszoscia narodowa w Cork: my - czy Irlandczycy?... I wychodzi mi na to, ze juz chyba Irlandczycy. W innych miastach wkrotce bedzie pewnie tak samo. To troche dziwnie byc mniejszoscia narodowa we wlasnym kraju, prawda?

Prawde piszac - obawiam sie tego... Nie, nie chodzi mi o "konkurencje na rynku pracy". Kazda konkurencja - o ile jest uczciwa - jest zdrowa. Obawiam sie zmiany metod "zarzadzania zasobami ludzkimi" (kto wymyslil taki termin?!). Dopoki my, Polacy, pracujemy fizycznie na budowach, w fabrykach, przy myciu garow, itp. - jest dobrze. Obawiam sie tylko chwili - kiedy zaczniemy awansowac na wyzsze stanowiska...

Dlaczego? Bo mozemy miec powtorke historii z naszego wlasnego Kraju: kiedy na poczatku lat 90-tych ub. stulecia (jak to brzmi :-) do Polski zaczely wchodzic olbrzymie sieci handlowe tudziez inni swiatowi giganci, poczatkowo zaszczepiali na naszym skazonym komunistycznym gruncie swoje wlasne - cywilizowane - metody pracy. Poniewaz kazdy Polak mowiacy po angielsku (co bylo niezbedne do werbalnego kontaktu z kierownictwem) byl wtedy na wage zlota, wiec jezyk i tylko jezyk byl kryterium awansu. Kierownikami poczyniono mlodych ludzi, bez zadnego doswiadczenia zawodowego - za to ze znajomoscia jezyka. Wydawalo sie to idealnym rozwiazaniem: mlody Polak, z jezykiem, swiezo po szkole - czyli nieskazony komunistycznymi metodami pracy - odpowiednio przeszkolony, powinien byc swietnym przelozonym. Tymczasem - wyszla nasza narodowa mentalnosc: zaczelismy dokrecac sruby sami sobie. Bo nieprawda jest, ze "za pysk" wzieli nas zagraniczni pracodawcy - mysmy to zrobili wlasnymi rekami... Po co? Po to, zeby sie wykazac przed zagranicznym boss-em... I teraz mamy w Polsce to, co mamy...

Mialem ta watpliwa przyjemnosc pracowac przez 3 miesiace w krakowskiej centrali jednej z duzych niemieckich sieci handlowych. Pod wzgledem samopoczucia w pracy - wspominam te 3 miesiace najgorzej z calej mojej dotychczasowej zawodowej kariery... Teoretycznie, pelna kultura: do pracy pod krawatem, praca przy komputerku, klimatyzacja, drzwi otwierane karta magnetyczna, darmowa kawka i herbatka. W praktyce: w dziale pracowalo nas 10 osob, w tym dwoch Niemcow. I, paradoksalnie, to ci Niemcy byli najbardziej w porzadku. Polacy jawnie podkladali sobie swinie, a przewodzil im w tym jakis studencina z Kielc. Szczeka mi opadla, kiedy to zobaczylem... Dlaczego tak robili? Z tych samych powodow: zeby sie przypodobac tym potomkom Krzyzakow :-) ... Na szczescie - nie przedluzyli mi umowy (zastepowalem po prostu pania, ktora w trakcie mojej tam pracy - urodzila dziecko, i do pracy wracala). I dzieki Bogu :-)

Czy ta chec "wykazania sie przed boss-em" i "wziecie za pysk" wlasnych Rodakow bedzie miala powtorke w Irlandii? Pozyjemy, zobaczymy. Na razie ciagle jeszcze zajmujemy podrzedne stanowiska, choc rosnaca w postepie arytmetycznym liczba naszych Rodakow pozwala sadzic - ze wkrotce przejdziemy do tego etapu...

Kim jest nowa "sol tej ziemi"? Nie ma co ukrywac, ze przekroj polskiego spoleczenstwa na emigracji (chocby i zarobkowej) - nie odpowiada tak dokladnie obrazowi spoleczenstwa w Polsce. Mamy tutaj wyrazna nadreprezentacje mieszkancow wsi (niczego nie ujmujac mieszkancom wsi) i mieszkancow ponurych wielkomiejskich blokowisk. Mamy tez nadreprezentacje swiezo upieczonych magistrow i maturzystow - bez zadnego doswiadczenia, za to czesto przekonanych, ze: "im sie nalezy".

Tak na marginesie: zawsze ciekawilo mnie, skad sie bierze tak czesta postawa roszczeniowa wsrod bardzo mlodych ludzi? Przeciez komuny nie pamietaja? Z domu to wynosza, czy jak?

Czasami prowadzi to do oplakanych skutkow: pracowalem swego czasu na budowie m.in. razem z duetem: ojciec i syn. Ojciec byl stolarzem, ale jezyka nie znal (albo rybki - albo akwarium :-). Syn (maturzysta) jezyk znal, ale o stolarstwie pojecia najmniejszego nie mial. Mimo to rowniez byl zatrudniony jako stolarz :-) - ze znacznie wyzsza stawka niz przecietny robotnik niewykwalifikowany (jakim na przyklad bylem ja). Jakos sobie dawali rade, do momentu kiedy to akurat w danym dniu nie bylo na tej budowie pracy dla nich - jako stolarzy, wiec kierownik skierowal ich do innej, nie wymagajacej kwalifikacji pracy (noszenie desek, czy cos :-) - oczywiscie placac im stawke jak dla stolarzy, a nie dla niewykwalifikowanych robotnikow. Ojcu to nie przeszkadzalo, ale maturzyscie jakos to w niesmak bylo (pewnie dlatego, ze noszenie desek jest ciezsza praca niz podawanie ojcu gwozdzi - i od czasu do czasu koslawe tlumaczenie slow kierownika), totez otworzyl paszcze i zazadal skierowania ich do pracy dla stolarzy, a jak nie - to puszczenia do domu i zaliczeniu dniowki, "bo to przeciez nie ich wina, ze nie ma dzisiaj pracy dla stolarzy" (pomijam juz fakt, ze z maturzysty byl - jak wspomnialem - taki stolarz, jak ze mnie miss mokrego podkoszulka :-) Kierownik zrobil to - co zrobic powinien: podziekowal im za dotychczasowa prace i zadzwonil do agencji ktora ich przyslala, ze za tych - juz dziekuje i prosi o nastepnych... Gdzies po miesiacu spotkalem ich na miescie: pracy przez ten czas nie znalezli, oszczednosci przejedli - i szykowali sie do wylotu do Polski. Z niczym...

To tylko jedna z wielu niemal identycznych historii jakie widzialem...

Wracajac jednak do tegoz emigracyjnego przekroju spoleczenstwa: jako sie napisalo powyzej - w porownaniu ze spoleczenstwem w Polsce mamy tutaj przede wszystkim nadreprezentacje sredniego wieku mieszkancow wsi - i mlodziezy z wielkomiejskich blokowisk, maturzystow i studentow bez doswiadczenia, ludzi majacych problemy ze swoim zyciem (i np. z organami scigania), ktorzy uciekaja przed tymi problemami za granice... Nic smiesznego...

Nabijamy tez tutaj statystyki spozycia czystego alkoholu na glowe: nie ma co ukrywac, ze za granice wyjezdzaja przede wszystkim mezczyzni, ktorzy tesknote za krajem i rodzina rozladowuja w alkoholu. Bo inaczej nie potrafia, a nieznajomosc jezyka i niechec do sie go uczenia blokuje dostep nawet do tak bezmyslnego spedzania czasu jak gapienie sie w tv. Sprzyja temu tez stadny zwyczaj zamieszkiwania domow czy mieszkan: niewielu jest Polakow ktorzy samodzielnie czy tez w parze wynajmuja mieszkanie, regula jest wynajmowanie mieszkania czy domow "do spolki" z innymi - bo taniej, podobno... Tak... Czy taniej? Mowily jaskolki, ze niedobre sa spolki - to raz, dwa: jezeli ktos nie pijacy prawie, trafi na towarzystwo ktore za kolnierz nie wylewa (a wiadomo - my, Polacy z reguly wypic lubimy :-), no to wkrotce przestanie sie od nich wyrozniac, a trzy: wspolne mieszkanie potrafi zszarpac nerwy i poczatkowa sielanka przeradza sie w pieklo - wie o tym kazdy, kto mieszkal stadnie. W takim razie - czy naprawde warto?

Wiec: kim jest i jak wyglada statystyczny Polak w Cork?

Z mojej "obserwacji uczestniczacej" wynika, ze jest to jednak przede wszystkim czlowiek mlody. Czesto - bardzo mlody, gdzie praca za granica jest jednoczesnie jego pierwsza praca w zyciu. Swiadczy to o glupocie naszych decydentow: z kraju wyjezdzaja swiezo upieczni absolwenci szkol. Szkol utrzymywanych przede wszystkim z pieniedzy podatnikow. I nie ma sie co ludzic, ze ten mlody, wyksztalcony czlowiek ktorego pierwsza praca jest praca za granica za normalne pieniadze, po powrocie do Polski do nastepnej pracy wniesie kapital w postaci polskiego wyksztalcenia - i zagranicznego doswiadczenia. Ten mlody czlowiek, jesli bedzie mial tylko choc troche oleju w glowie - to po przepracowaniu w Polsce jednego miesiaca wsiadzie w samolot lecacy w kierunku zachodzacego slonca...

Mozna by rzec, jest tutaj sprzedaz wiazana: z jednej strony panstwo polskie pozbywa sie absolwentow, ale z drugiej strony rowniez wszelkiego rodzaju meneli z osiedlowych lawek miejskich osiedli. Mysle jednak - ze ci ostani predzej czy pozniej - wroca...

Jednak jest to obraz mocno uproszczony: poniewaz nalezy do niego dolozyc takze duza liczbe osob dobrze wyksztalconych - i doswiadczonych. Z Polski masowo wyjezdzaja rowniez specjalisci: od informatykow poprzez lekarzy (mamy juz w Cork polskich lekarzy - a jakze...) po doswiadczonych murarzy i hydraulikow.

Czyli ta emigracyjna rzeka ma dwa doplywy: glowny - to mlodziez bez kwalifikacji, ten mniejszy: to fachowcy.

Latwiej jest opisac, jak wyglada statystyczny Polak w Cork :-) Ale tego czynil dzisiaj nie bede, zreszta, juz pisalem o tym na blogu :-) Tak czy owak: kazdy jest inny, chociaz jest jedna cecha jednoczaca prawie wszystkich (prawie...) Polakow: ta cecha jest posiadanie plecaka. Plecak jest traktowany przez Polakow jak czesc garderoby, takiej jak buty czy spodnie - nie sposob bez niego wyjsc. Plecak zaklada sie idac na rozmowe w sprawie pracy - i do tesco na zakupy. Na niedzielny spacer - i do kosciola.

Ktos mi kiedys perswadowal, ze plecak nie jest wcale domena Polakow - tylko po prostu ludzi mlodych. E, tam... :-) Polacy w Cork spaceruja z plecakami bez wzgledu na przedzial wiekowy: od 18 - letniego mlodzienca, po 60 - latka. Natomiast nie zauwazylem, zeby tak spacerowali rodowici Irlandczycy. Podobnie jak kolejna - po nas - grupa etniczna: rodowici Afrykanczycy, ktorych rowniez jest tu sporo.

Plecak - prosze Panstwa - urasta tu do rangi naszego symbolu narodowego...

poniedziałek, 1 maja 2006

Hotel i B&B

Po przyjedzie do Irlandii Polacy z reguly zatrzymuja sie w hostelach, lub (rzadziej) w B&B. Jest to idealne rozwiazanie w pierwszym okresie pobytu, pozniej szuka sie samodzielnego mieszkania do wynajecia.

Hostel - to cos w rodzaju, bo ja wiem, schroniska mlodziezowego - co wcale nie oznacza, ze nocuje w nim tylko mlodziez :-) Pokoje sa z reguly wieloosobowe (od 2 do nawet 8-10 osob), czesto nie stosuje sie podzialu na plec (czyli w jednym pokoju spia zarowno kobiety - jak i mezczyzni :-) lozka czesto bywaja pietrowe, kuchnia w ktorej mozna sobie samodzielnie przyrzadzic posilek jest wspoldzielona z innymi goscmi, lazienka i wc sa wspolne dla calego "pietra" - lub wrecz hostelu, itp. Te niedogodnosci rekompensuje z kolei niska cena: juz od ok. 12 - 15 euro za dobe od osoby.

B&B (bed and breakfast - czyli: lozko i sniadanie) - to z kolei dobre rozwiazanie dla tych, dla ktorych wygoda i poczucie prywatnosci jest wazniejsza od zaoszczedzenia troche euro. Z drugiej strony: roznica przy wynajmie np. 2-osobowego pokoju w B&B a oplaceniu noclegu dla 2 osob w hostelu jest naprawde minimalna, a komfort zamieszkania w B&;B w porownaniu z hostelem - o niebo lepszy :-)
/Na zdjęciu powyzej jestem w typowym pokoju w jednym z B&B w Cork. Jak widac jest prosto, ale wystarczajaco: lozko, fotel, szafka, tv :-) - nieco wczesniej jest niewidoczna na zdjeciu lazienka z wc./

B&B - to cos w rodzaju malych rodzinnych hotelikow. Standardowo w pokoju mamy telewizor, duze lozko, szafke na ubrania i lazienke z wc - tylko dla siebie :-) Dodatkowo w cene jest wliczone obfite tzw. "irlandzkie sniadanie", na ktore mozemy zejsc co rano do "jadalni" :-) Oczywiscie na zyczenie mozemy otrzymac wegetarianska wersje tegoz "pelnego irlandzkiego sniadania" :-) Ceny rozpoczynaja sie od ok. 30 euro za dobe za pokoj jednoosobowy.

W trakcie okresu wakacyjnego o miejsca w hostelach (a czesto i B&B) - bywa bardzo trudno, dlatego wtedy najlepiej rezerwowac je z wyprzedzeniem, czesto dosc sporym...