sobota, 24 czerwca 2006

Ani Mru Mru w Cork

Wczoraj w Cork odbył się debiut kabaretu "Ani Mru Mru". Debiut - w Irlandii, oczywiście :-)

Bilety zostały sprzedane kilka tygodni przed występem. Nic dziwnego - w końcu po raz pierwszy gościliśmy w Cork polski kabaret, w dodatku - jeden z najlepszych. Sam występ również był świetny :-)

/Na zdjęciu: Marcin Wójcik z "Ani Mru-Mru" podpisuje dla mnie płytę kabaretu.)/

Ale zaczęło się nieciekawie. Gdy zobaczyłem polski tłumek krecacy się przed wejściem, zaczalem miec nienajlepsze przeczucia. Kiedy - po drobnym opoznieniu - rozpoczęto wpuszczanie szczesliwych posiadaczy biletow, doznałem uczucia deja vu: jakbym się cofnal w czasie do lat dzieciństwa i przepychanek w kolejkach mrocznego okresu stanu wojennego. Tłum zafalował - i ruszył do przodu niczym Rudy 102, nie bacząc na dzieci i kobiety w ciąży.

Swoja droga, to jest typowe i specyficzne dla naszej nacji: pchamy się przy wsiadaniu do autobusu czy tramwaju, próbujemy się wpychać w kolejkę do urzędowego okienka lub do lotniczej odprawy, itp, itd.

Niesiony przez tlum dostałem się do srodka, a nawet udalo mi się zająć miejsce siedzące - co wcale nie jest takie oczywiste, bowiem sprzedano więcej biletów - niz bylo tychże miejsc. Toteż ci co się zagapili - musieli stac, względnie zaanektowali podloge tuz przed scena.

Na szczescie na tym się skonczylo - za to zaczal się występ, w którym "Ani Mru Mru" po raz kolejny udowodniło, ze niebezpodstawnie jest uważane za jednych z najlepszych w swojej branży :-) Praktycznie od pierwszych slow rzuconych po spojrzeniu na gęsto wypełnioną salę - "proszę państwa, jeżeli wy w takim tempie będziecie opuszczali Polskę, to my za 2 miesiące będziemy mogli tam występować jedynie dla polskiego rządu" :-) - po ostatni bis, nie ustawały salwy śmiechu i gromkie brawa.

Przed - i po występie mozna bylo nabyć oficjalna plyte dvd kabaretu, a następnie ustawic się w kolejkę po autograf :-)

piątek, 23 czerwca 2006

Czy Polacy mogą wybić się na niepodleglość?

Polska jest pieknym krajem zamieszkanym przez wspanialy Narod. Polska jest wrednym panstwem zamieszkanym przez beznadziejne spoleczenstwo. Niestety, obydwa zdania sa prawdziwe...

Już Tadeusz Kościuszko w swej broszurze "Czy Polacy mogą wybić się na niepodległość?" przestrzegał, że powinniśmy liczyć tylko na siebie samych. Niestety, tak sie nam historia ulozyla, ze ciagle liczymy na innych. Od czasow Kosciuszki niewiele osiagnelismy wlasnymi silami, za to sporo potrafilismy popsuc. Co bylo do przegrania - przegralismy, chociaz jednoczesnie historia naszego kraju to najlepsze karty europejskiej historii.

Niestety, nawet wlasne panstwo odzyskalismy dzieki łasce i decyzji innych (chociaż nie bez wlasnych staran i ogromnej daniny krwi), zarowno w 1918 jak i w 1944 r. Jak stwierdzil znany historyk Norman Davies w wywiadzie dla "Odry" nr 6, z 06.2000: "walczę z opinią, że w listopadzie 1918 roku "Polacy sami wybili się na niepodległość". Jak mogli się wybić, kiedy jedyne wojska polskie znajdowały się w obozie internowania? Legionów przecież już wtedy nie było, nie istniały polskie siły wojskowe. Polacy byli bezbronni. Niepodległa Polska powstała z woli wielkich mocarstw, m.in. Niemców. Niemcy uwolnili Piłsudskiego, żeby on "złapał" tę Polskę, zanim zrobią to przeciwnicy Niemiec. Przecież to powołana przez Niemców Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu, celowo zwolnionemu wcześniej z więzienia w Magdeburgu. Chodziło o to, żeby ograniczyć wpływ proalianckich sił Romana Dmowskiego. Ale jeszcze do czerwca 1918 roku Wielka Brytania nie zgadzała się na powstanie państwa polskiego; Francja chciała tego nawet wcześniej, w 1917 roku, jednak dopóki Rosja była członkiem sojuszu, o niepodległej Polsce nie mogło być mowy. Przed 1917 rokiem, przed rewolucją lutową w Rosji, nie było szans na niepodległość. Największe znaczenie miało, oczywiście, poparcie Stanów Zjednoczonych. Prezydent USA, Woodrow Wilson, został przekonany przez Ignacego Paderewskiego, że Polska powinna być niepodległa, co zawarł w trzynastym ze swoich słynnych czternastu punktów, dotyczących przyszłego urządzenia świata.(..)"

A w 1944 r. - wiadomo. Tym, ktorzy "Czterech pancernych i psa" wzglednie "Stawke wieksza niz zycie" traktuja jako wiarygodna lekcje historii przypomne, ze my w 1939 r. przegralismy wojne w niecaly miesiac /inna rzecz, ze gdyby nie "cios w plecy" Armii Czerwonej i zdrada naszych "sojuszników", losy wojny moglyby byc zupelnie inne/, a "wolnosc" przyniosla nam dopiero na swoich bagnetach Armia Czerwona. Przy okazji niejako, bo lezelismy im na drodze do Berlina. Troche im pomagalismy, ale soldaci i bez nas daliby sobie rade. A czy my dalibysmy sobie rade bez nich? Niestety, nie... W 1939 r. nasze sojusznicze mocarstwa wypiely sie na nas, a w Jalcie w 1945r. sprzedaly nas bez mrugniecia okiem.

Zreszta - czy czerwonoarmisci przyniesli nam wolnosc? Nie, jaka wolnosc? Znalezlismy sie pod nastepna okupacja, zakonczona dopiero w 1989 r. Zakonczona? Niech sie nikomu nie wydaje, ze jak mozna sobie wywiesic bialo - czerwona flage z okna, ewentualnie wystroic sie w koszulke z orlem na klacie (lub napisem: „nie cierpie ruskich ... pierogow” – bo jednak asekuracja być musi) i wgrac sobie do komorki polski hymn - jako dzwonek, to znaczy, ze mieszka sie w niepodleglym kraju... Ale - nawet jezeli Polska i jest niepodlegla (chociaz ja w to nie wierze), to czy niepodlegli sa Polacy? Nie, bo Polacy sa trzymani krotko przez swoj wlasny rzad, ktory dziala na szkode swoich obywateli...

I nawet to, ze przyjeto nas do UE i mnostwo Polakow czym predzej dala noge ze swojej Ojczyzny - bynajmniej "elytom" nic do myslenia nie dalo. Mozliwosc wyjazdu za granice nie swiadczy tez wcale o naszej "niepodleglosci" - a wprost przeciwnie: dzisiaj juz nie podbija sie innych krajow militarnie, dzisiaj podbija sie je ekonomicznie. Nawet wojna w Iraku miala scisle ekonomiczne podloze: gdyby nie bylo tam zloz ropy, nikt by sobie tym kraikiem nie zawracal glowy... W Afganistanie co prawda ropy nie bylo, no ale gdzies w koncu trzeba przetestowac na wieksza skale nowe rodzaje broni - przed powazniejsza rozroba. A kazdy pretekst jest dobry...

Wracajac do "dawania nogi": teraz np. rozpoczal sie kolejny wakacyjny najazd studentow (aktualnych i przyszlych) na Irlandie. Motyw jakim sie kieruja jest u kazdego ten sam: "chca zarobic na studia". Kiedy to slysze - mam naprawde mieszane uczucia...

Dlaczego? Z kilku powodow:

1. Myli sie ktos, kto sadzi - ze jezeli nie moze w Polsce zarobic na studia, to bedzie mogl w niej zarobic po studiach. Tym samym studiowanie w Polsce jest po prostu zbedne (nie dla wszystkich, ale przyjmujac regule Pareto - dla 80%). Co najmniej... Czy nie lepiej podjac studia od razu za granica?

2. Co zrobi taki mlody czlowiek po studiach (oplaconych z zagranicznych saksow)? Wyjedzie za granice, bo praca na kasie w tesco za 600 zl miesiecznie nie bedzie pewnie dla niego satysfakcjonujaca, a to jedyne zajecie na jakie wiekszosc swiezo upieczonych magistrow moze w Polsce liczyc. Tymaczasem ktos, kto zasmakowal już warunkow placy i pracy za granica – po prostu się na to nie zgodzi... Po co bylo w takim razie tracic czas i pieniadze na studiowanie w Polsce - oplacajac tym samym bande pseudoakademickich nauczycieli w pseudoakademickich szkolach? (przez "pseudo" - rozumiem tzw. kadre naukowa w wiekszosci tzw. wyzszych uczelni, przy czym "tzw." jest bardzo na miejscu... Poniewaz prywatne wyzsze uczelnie powyrastaly jak grzyby po deszczu - i kolejne "akademie" otwieraja sie w byle Pcimiu (pozdrawiam mieszkancow Pcimia :-) - sila rzeczy poziom "kadry naukowej" w takich "akademiach" jest smiechu warty, dyplom takiej "uczelni" dla powaznej firmy ma wartosc jedynie papieru na jakim zostal wydrukowany, a na tego typu "edukacji" korzystaja jedynie zerujacy na studentach "pedagodzy"...

Z drugiej strony: wiekszosc tych "studentow" doskonale sobie z tego zdaje sprawe, jednak ukonczenie normalnej, znanej od dawna uczelni z dobra kadra naukowa - jest po prostu ponad ich intelektualne mozliwosci, wiec oplacaja sobie swiety spokoj. W koncu: magister to magister... O tempora, o mores...

3. Nie jest rowniez tak do konca prawda, ze wiekszosc z nich "zarabia na studia". Blizsze prawdy jest stwierdzenie, ze wiekszosc z nich zarabia na barwne studenckie zycie, cos w stylu: sex, drinks and rock'n'roll, chociaz obecnie jest to pewnie sex, drugs and hip-hop, przy czym patrzac na pryszczate buzki co niektorych studencikow - to mam watpliwosci co do sexu.

No dobra, czepiam sie :-) Moze... Z drugiej strony: ja sam studiowalem, ale jednoczesnie takze pracowalem piszac teksty do jakis gazetek, a wkrotce pozniej zalozylem ze wspolnikiem moja pierwsza firemke. Nikomu nie odbieralem pracy w Polsce (bo wiekszosc czasu prowadzilem wlasna D.G. - zatrudniajac innych, wzglednie wykonywalem taka prace, ktorej i tak nikt nie chcial), nikomu tez nie odbieralem pracy tutaj (bo przyjechalem 2 lata temu, kiedy praca byla praktycznie dla kazdego). Totez szlag mnie trafia, kiedy slysze rozmowe jakis dwoch studencikow ktorzy licytuja sie miedzy soba, za ile mniej kazdy z nich moze pracowac - zjechali cos do 4 euro na godzine. Dwa razy ponizej placy minimalnej w Irlandii.

Nie rozumie taki jeden z drugim, ze robi przyslowiowy chlew i siare swoim Rodakom, ktorzy tutaj zostaja. To juz nawet 50-letni wasacze po zawodowkach tak sie nie ponizaja – jak ochoczo robi to czesc studentow, czyli przyszla intelektualna elita kraju... Droga mlodziezy, co sie z Wami dzieje?

Pomijam fakt, ze np. Irlandczycy doskonale sobie zdaja sprawe z tego, ze zarabiamy w ich kraju, ale wydajemy przede wszystkim w Polsce. Lubic nas za to nie musza. Oczywistym jest, ze dla gospodarki kazdego kraju jest lepiej, kiedy się w nim zarabia – i wydaje, a nie tylko zarabia... Tym samym dzialamy na wlasna szkode. Dlaczego? Bo oprocz ww. opinii, kupujac towary i uslugi w Polsce za pieniadze, ktore nie zostaly w Polsce zarobione (ale podatki od tych towarow i uslug placimy w Polsce), sila rzeczy podtrzymujemy panujacy obecnie w Ojczyznie ustroj - pompujac tam pieniadze. Jaki to ustroj? Nie mam pojecia jak go okreslic jednym slowem, ale jest to cos w rodzaju usankcjonowanego prawem zlodziejstwa, gdzie najwiekszym wrogiem dla obywatela jest jego wlasne panstwo.

"Polska jest najlepszym krajem na swiecie, ale jest parszywym panstwem. Wspolczesną Polska rzadza glupcy i cynicy, którym nie zalezy na dobru wspolnym, prawo mamy zdegenerowane a ustroj beznadziejny" - napisal jeden z internautow i mi nie pozostaje nic innego jak podpisac sie pod tym obiema rekami.

Jaki jest sens nadal wspierac istniejacy ustroj? Przeciez nasi zdegenerowani politycy sami niczego nie zmienia, bo to mogloby im ograniczyc dostep do koryta. Przeciez od 15 lat rzadzi ta sama sitwa z drobnymi przetasowaniami. Juz po trzy razy byli w rzadzie - i po tyle samo w opozycji. I za kazdym razem fatalne zaniedbania zwalaja na poprzednikow. Oni sie nie zmienia. Nawet jak wymra w cholere - bo juz szykuja sobie nastepcow: toczka w toczke jak oni sami. To my musimy ich zmienic. I to jest podstawowe zadanie dla mlodych ludzi, poki jeszcze im sie chce i w cos wierza...

Jak to zrobic? Niestety, u nas sie tego nie da zrobic za pomoca kartki wyborczej. Na przeszkodzie stoi nasza mentalnosc... Wiec mam inna propozycje: wyjezdzajcie wszyscy za granice. Ale nie po to, by sie "odkuc" i wrocic, bo to bez sensu, bo w ten sposob wspieracie ten polski system ktory Was predzej czy pozniej zgnoi, w ten sposób dzialacie na szkode swoja – i swoich wspolobywateli. Wyjezdzajcie za granice - i nie wracajcie. Nie wysylajcie kasy swoim bliskim - tylko sciagajcie rodziny. Kupujcie domy na kredyt za granica, a nie w Polsce. Za granica - a nie w Polsce - posylajcie dzieci do szkoly. Za granica, a nie w Polsce - zapisujcie sie na studia (i tak jest taniej).

Niech w Polsce zostanie sama budzetowka, oraz emeryci i rencisci. No – i mundurowi... Wtedy moze do pustych czerepow naszych decydentow dotrze fakt, ze najwieksza wartoscia panstwa sa jego obywatele - a nie odwrotnie. Wtedy moze w koncu to panstwo zbankrutuje. Piszac "to panstwo" - nie mam na mysli Polski, bo tej juz nie ma, jak pisal Koterski - "w sercach Polakow" - choc mam nadzieje ze bedzie znowu. Piszac "to panstwo" - mam na mysli panstwowa organizacje polityczna wroga swoim obywatelom, opanowana przez dorobkiewiczow, karierowiczow i mafinych urzedasow w bialych kolnierzykach.

Co po panstwowym bankructwie? Nowy rzad, nowy ustroj, nowe porzadki. Najbardziej na przeszkodzie bedzie nam stala nasza mentalnosc i sklonnosc do wziecia za pysk i dokrecenia sruby wlasnym Rodakom (co obecnie obserwujemy np. w przeroznych urzedach, ktore zamiast pomoc obywatelowi ktory ich utrzymuje z wlasnych podatkow - traktuja go jak smiecia i potencjalnego oszusta i zlodzieja).

Na czele nowego rzadu powinna stanac ekipa sprawnych menedzerow, ktorzy wykorzystujac swoje umiejetnosci i doswiadczenie podjeliby sie budowy od podstaw nowego panstwa. Oczywiscie: ich wynagrodzenie byloby uzaleznione od osiagnietych wynikow :-) Najpierw ekonomia. Powtorze: NAJPIERW EKONOMIA!

Pozniej proba zmiany mentalnosci Narodu. To drugie jest trudniejsze od pierwszego, co nie znaczy - ze niemozliwe. Decydujaca w tym role powinni odegrac powracajacy zza granicy, ktorych panstwo powinno do tego zachecic - w odpowiedni sposob, rzecz jasna... Dlaczego ich rola bedzie decydujaca? Bo kazdy z nich, ktory spedzil za granica odpowiednia ilosc czasu, chcac nie chcac zmienil swoja mentalnosc. Ponadto - podroze ksztalca, to raz, a dwa - bedziemy Narodem poliglotow :-) To wlasnie re-emigranci maja szanse stac się katalizatorem zmieniajacym polska mentalnosc i wymuszajacym nowe podejcie w stosunkach obywatel - panstwo (a nie odwrotnie). Natomiast tej szansy praktycznie sa pozbawieni Rodacy którzy zostana w Kraju...

Ups, zapomnialem - powyzsze nie dotyczy tych, ktorzy swoj pobyt za granica spedzili zamknieci w polskich gettach, bowiem ci nie tylko ze nie zmienili swojej polskiej mentalnosci, to jeszcze uwypuklili jej najgorsze cechy... Co to jest polskie getto? To nie jest – jakby to chcieli widziec niektorzy – dzialalnosc na rzecz polskiej spolecznosci za granica, ale to jest np. mieszkanie w 15 osob w 3-pokojowym mieszkaniu, praca wylacznie z Polakami gdzie szef wydaje polecenia przez tlumacza - lub na migi :-), po powrocie z pracy - relaks przy "lidlowskim" piffku i sprowadzonej z Polski Cyfrze +. Tym panstwu - dziekujemy...

Czy zeby zmienic ustroj naszej Ojczyzny musimy najpierw zburzyc ten istniejacy? Niestety - tak. W naszym przypadku to chyba musi byc rewolucja, a nie ewolucja. Nie ma sensu remontowac domu o przegnilych scianach - trzeba go zburzyc i postawic nowy. Ale tez nasza rewolucja nie moze byc militarna, tylko ekonomiczna.

Najpierw zakrecmy kurek z pieniedzmi dla naszych decydentow. Odlaczmy ta kroplowke od chorego panstwowego tworu, ktory jest sztucznie podtrzymywany przy zyciu za coraz wieksza cene placona przez jego obywateli. Ostatnio takze przez tych obywateli - ktorzy znalezli sie poza granicami RP, ale zostawili w niej swoich bliskich...

Dopiero wtedy bedziemy mogli zaczac od nowa...

poniedziałek, 19 czerwca 2006

Polacy w procesji

Wczoraj, w niedziele (czyli nieco inaczej jak jest to w Polsce) ulicami Cork przeszła procesja z okazji swieta Bozego Ciala. W procesji braly udzial poszczegolne parafie z Cork - w tym i polska.
/Na zdjęciu obok: transparent z napisem: "Polish Community Cork" (Polska Spolecznosc Cork) niesiony przez polską grupę biorącą udział w procesji/

To juz druga taka procesja z zaznaczonym udzialem Polakow (pierwsza miala miejsce przed rokiem: zobacz moja notka na tym blogu z 29 maja 2005 r.)

Niewielu Polakow - w porownaniu do liczby naszych Rodakow mieszkajacych obecnie w Cork - wzielo udzial w samej procesji. Z pewnoscia mniej niz 1 %. Znacznie wiecej stalo wsrod tlumu gapiow. Byc moze wychodza z zalozenia, ze to nie wstyd byc Polakiem, ale tez i chwalic sie nie ma czym? A moze na naszych oczach wlasnie upada mit Polaka - katolika? Nie mam pojecia...

W centrum miasta prowadzacy uroczystosc przywital wszystkich: good afternoon! czen dobly! :-)) Tym samym bylismy jedyna grupa narodowa, ktora zostala przywitana w swoim wlasnym (choc lamanym :-) narodowym jezyku.

Jedyna, poniewaz Anglikow tam nie widzialem ;-)

środa, 14 czerwca 2006

Irish Examiner pisze o Polakach

Jeden z najwiekszych irlandzkich dziennikow "Irish Examiner" rozpoczal na swoich lamach cykl artykulow o Polakach. Artykuly sa w jezyku angielskim - i polskim.

/Na zdjęciu obok trzymam wczorajszy (tj. z 13 b.m.) "Irish Examiner", gdzie na pierwszej stronie widzimy duza polska flage nad wstepniakiem inaugurujacym ww. cykl artykulow. /

Na pierwszej stronie, w tekscie podzielonym na dwie kolumny - angielska i polska - czytamy:

"Nowi Irlandczycy ze Wschodu

Co miesiac przyjezdzaja do Irlandii w tysiacach, ale kim tak naprawde sa ci wszyscy obywatele polscy, ktorzy wybieraja Irlandie jako swoj nowy dom? Dlaczego tu przyjezdzaja i zostawiaja swoje ukochane osoby z wizja niepewnej przyszlosci?

Poczawszy od dzisiaj, w serii dwujezycznych, odkrywczych artykulow, Irish Examiner podrozuje po calej Polsce, aby opowiedziec Wam historie o tych, ktorzy wyjezdzaja. Dzisiaj, w pierwszym z trzech wnikliwych artykulow opublikowanych w jezyku polskim i angielskim, mozna przeczytac nieopowiedziane historie tych, ktorzy znajduja sie w samym srodku najwiekszej fali emigracji, naplywajacej z jednego tylo kraju, jakiej kiedykolwiek doswiadczyla Irlandia.

Jutro, w obliczu rosnacego problemu wyzysku pracownikow, pokazemy, jak latwo pracodawcy moga wyzyskiwac tych bezbronnych pracownikow.
Nasze sledztwo specjalne demaskuje agencje posrednictwa pracy, w tym jedna z najbardziej szanowanych agencji na swiecie, ktore sa gotowe zaoferowac personelowi zatrudnionemu przez irlandzkich pracodawcow jedynie polowe obowiazujacej stawki minimalnej.

Natomiast w ostatniej czesci naszej serii, wkraczamy do slynnej stoczni gdanskiej, gdzie ci, ktorzy wyjezdzaja za granice, sa zastepowani przez robotnikow z Ukrainy i Korei Polnocnej, ktorzy pracuja na "niewolniczych" zasadach.
Tylko w Irish Examiner w tym tygodniu."

Uaktualnienie notki (15.b.m.)

Ponizej zamieszczam streszczenia ww. artykulow. Wszelkie podkreslenia w tekscie pochodza ode mnie.

----------------------------------
cytaty za: Michael O'Farrel: "Wylot Polakow", Irish Examiner, nr 57,202 z dn. 13.06.b.r., str. 11)

I. Dzien pierwszy, (13. b.m.)
Tytul: Wylot Polakow

"Korespondent polityczny Michael O'Farrel zapytuje Polakow dlaczego tylu z nich tak bardzo chce wyjechac do Irlandii

(...)Polsce, ktora jest o wiele wiekszym i niezwykle dumnym narodem, zalezy na tym, aby nie naglasniac negatywnej przeslanki, jaka odlatujacy samolot czy autobus wypelniony imigrantami moze miec dla jej wlasnej gospodarki. A zatem kiedy polski Minister Pracy i Polityki Spolecznej Krzysztof Michalkiewicz, zabiera glos na konferencji, doklada wszelkich staran aby wyjasnic, ze emigracja z Polski "nie jest bynajmniej zjawiskiem masowym"(...) Sean Murray, pierwszy oficer w irlandzkim Ministerstwie Handlu i Przedsiebiorczosci, ma inna opinie na ten temat.(...)

Smutnym zjawiskiem jest fakt, ze ludzie dobrze wyksztalceni wyjezdzaja do pracy i obsadzaja stanowiska ponizej ich kwalifikacji i przez to czuja sie niedocenieni. Ludzie nawet nie staraja sie poszukac pracy tutaj, od razy wyjezdzaja. Mimo ze polska gospodarka ciagnie korzysci z pieniedzy przychodzacych z Irlandii, ale pada rowniez ofiara rosnacego zjawiska odplywu ludzi wyksztalconych. Wielu pracodawcow juz teraz narzeka, ze nie moga znalezc wykwalifikowanych pracownikow, poniewaz wszyscy wyemigrowali".

Ponadto, w olbrzymim skrocie: autor opisuje bar "Wenus" w Lebie, gdzie to przy dzwiekach U2 i Pidzamy Porno "miejscowe kobiety pija piwo przez slomke, a chlopaki graja w pilkarzyki i strzalki" - popijajac oczywiscie "tania czysta wodke", oraz fakt - ze gdzie sie nie ruszyli, to napotkani Polacy. dowiadujac sie ze sa z Irlandii, nagabywali ich prosbami o zalatwienie pracy: "I na terenie calej Polski to przeslanie rozbrzmiewa jasno i przejrzyscie. "Irlandia, chce zeby moj syn tam pojechal i znalazl prace. Czy Panowie mu pomoga?" - nastepnego dnia zapytuje nas starsza kobieta, ktora dzieli z nami przedzial w pociagu. (...) Od jednego konca Polski po drugi, ma sie wrazenie, ze wiele osob zna kogos w Irlandii lub same chca tam pracowac."

A na pytanie, dlaczego Polacy chca wyjechac, zawsze padala ta sama odpowiedz. Znacie ja :-)
----------------------------------

cytaty za: Michael O'Farrel: "Polacy w poszukiwaniu raju", Irish Examiner, nr 57,204 z dn. 14.06.b.r., str. 13)

II. Dzien drugi, (14. b.m.)
Tytul: "Polacy w poszukiwniu raju"

"Irlandia to ziemia obiecana dla wielu Polakow, ktorzy przyjezdzaja tytaj w poszukiwaniu pracy za uczciwe pieniadze, ale czasami trudno o uczciwosc, pisze korespondent polityczny Michael O'Farrel.

(...) Sprawdzajac liste 26 licencjonowanych agencji, ktora zamieszczona jest na stronie internetowej Ambasady Polskiej w Dublinie, znajdujemy 7 agencji, ktore sa w stanie zaoferowac pracownikom mniejsza stawke niz ta obowiazujaca. To prawie jedna trzecia wszystkich wymienionych agencji. W internecie znajdujemy kolejne dwie agencje, ktore z checia znajda nam pracownikow ponizej placy minimalnej."

Tak sobie mysle, ze chyba za malo szukali...

Nastepnie czytamy, jak to przedstawiciele "Irish Examiner" podszywajac sie pod fikcyjna firme budowlana, zwrocili sie do polskich agencji z prosba o wyszukanie odpowiednich pracownikow, jednoczesnie oferujac place mniejsza od minimalnej okreslonej w odpowiednich przepisach dla danej branzy. Dodam, ze np. minimalna placa w budownictwie jest inna niz "ogolna" placa minimalna, ponadto w Irlandii wynagrodzenie moze byc zroznicowane ze wzgledu na wiek, itp. - ale o takich rzeczach pracownicy polskich agencji ktore wysylaja ludzi do Irlandii - wiedziec musza. To w koncu ich chleb codzienny - no i zyjemy w epoce internetu. Dodatkowo przedstawiciele tejze fikcyjnej irlandzkiej firmy budowlanej zazyczyli sobie, ze beda potracac z pensji za zakwaterowanie, ze wymagaja 60 godzinowego tygodnia pracy (nie wspominajac nic o placeniu nadgodzin), itp, itd - czyli postawili szereg warunkow ktore nie powinny miec miejsca. Jak bylo do przewidzenia, zadna z agencji nie oponowala, a zatrudnieni w niej Polacy wrecz przyklaskiwali kolejnym pomyslom "dokrecenia sruby" potencjalnym pracownikom...

Irish Examiner wymienia w swoim tekscie agencje, ktore wg. autora - Michael'a O'Farrel - sa gotowe wyslac pracownikow do Irlandii do pracy na budowie, oferujac im place ponizej placy minimalnej w budownictwie, a czesto - w ogole ponizej placy minimalnej.

Sa to znane, licencjonowane agencje. Az strach pomyslec, co sie dzieje w tych mniejszych...

Na szczescie, irlandzki dziennik podkresla, ze wiekszosc polskich agencji przestrzega jednak obowiazujacych w Irlandii przepisow placowych. Totez polecam - przed skorzystaniem z uslug jakiejkolwiek agencji - sprawdzenie, czy dana firma posredniczaca, oprocz tego ze ma licencje, oferuje pracownikom wysylanym za granice co najmniej minimalna kwote obowiazujaca w danym kraju... A ww. agencje - do czasu wiarygodnego wyjasnienia przez nie zaistnialej sytuacji - polecam omijac szerokim lukiem...

Irish Examiner zamiescil rowniez imiona i pelne nazwiska osob - Polakow zatrudnionych w ww. agencjach, z ktorymi rozmawial i ktorzy to zaproponowali podstawionym irlandzkim dziennikarzom - polskich pracownikow, ktorym chcieli zaoferowac stawki ponizej obowiazujacych w Irlandii przepisow.


------------------------------------

cytaty za: Michael O'Farrel: "W obliczu nowej walki", Irish Examiner, nr 57,205 z dn. 15.06.b.r., str. 11)

III. Dzien trzeci, (15. b.m.)
Tytul: "W obliczu nowej walki"

"Ze Stoczni Gdanskiej, kolebki zwiazku zawodowego Solidarnosc, wyemigrowalo wielu pracownikow i zostalo zastapionych przez nowa fale emigrantow pisze korespondent polityczny Michael O'Farrel.

Gdansk to miasto pelne przejmujacej symboliki - od rdzewiejacych dzwigow, ktore wypelniaja horyzont nad slynna Stocznia Gdanska, do zdezelowanego transportera z czasow sowieckich, stojacego jako pomnik upamietniajacy walke u glownej bramy stoczni.

Ale oto widzimy napis na prostej czarnej koszulce - jednej z wielu sprzedawanych przez ulicznego sprzedawce naprzeciwko dworca kolejowego - ktory najlepiej podsumowuje walke dnia dzisiejszego jaka toczy to miasta. "Szukam pracy" - mozna z latwoscia przeczytac haslo bedace podsumowaniem sytuacji zyciowej 20% obywateli Polski.

(...) Jakze gorzka jest ironia losu, skoro wielu z tych robotnikow, ktorzy byli swiadkami poczatku kapitulacji Zwiazku Radzieckiego pod wplywem zadan Solidarnosci wlasnie w tym miejscu w 1980 roku, teraz postanawiaja wyemigrowac. To lepsze zycie, o ktore walczyli, nigdy sie tak naprawde nie ziscilo.(..) Ci, ktorzy moga, wyjezdzaja do Norwegii, Szwecji, Anglii czy Irlandii - jakze czesto aby pasc ofiara wyzysku na kiepsko oplacanych stanowiskach.
"To jedynie odzwierciedla smutna rzeczywistosc Polski i ciezka sytuacje naszej gospodarki - naszym celem byloby zatrzymanie tych ludzi w kraju" - mowi Andrzej Matla, miedzynarodowy koordynator Solidarnosci. Siedzac w swoim gdanskim biurze, wymienia szokujace przypadki, kiedy to ciala polskich emigrantow byly przemycane do kraju w celu pochowku, gdyz ich zagraniczni pracodawcy chcieli uniknac koniecznosci wyplacenia zasilku posmiertnego.

Na jego biurku lezy egzemplarz najwiekszej norweskiej gazety ekonomicznej Dagens Naeringsliv z 26 marca. W srodku wiele stron jest poswieconych zjawisku polskiej emigracji do Irlandii. Jaki widzimy naglowek? POLISH INVASION - POLSKA INWAZJA. Ale Andrzej w dyplomatyczny sposob wypowiada sie na temat niepokojow Irlandczykow co do przesuniec stanowisk pracy z powodu wzrostu liczby emigrantow szukajacych zatrudnienia.
- "Nie chcemy pomniejszac wagi tego, co osiagnely irlandzkie zwiazki zawodowe, a po drugie to nie chcemy aby nasi obywatele sprzedawali swoja prace za pol ceny" - wypowiada sie. Ale juz nastepnego dnia staje sie jasne, ze niektorzy chca "sie sprzedac" nawet za mniej niz pol ceny.(...) Kiedy juz zbieramy sie do wyjscia, podchodzi do nas grupa trzech robotnikow. Przysluchiwali sie z oddali i omylkowo mysleli, ze szukamy pracownikow do irlandzkiej firmy. Wszyscy trzej chca wyjechac i zaczynaja targowac sie z naszym tlumaczem, ktory postanowia troche poudawac. Po 10 minutach sa zdecydowani przyjac oferte 7 euro za godzine (czyli ponizej placy minimalnej w Irlandii jak rowniez znacznie ponizej placy w tej branzy - dop. moj P.S.)

(...) Gdyby nie historyczne znaczenie tego miejsca, to prawdopodobnie juz dawno bym sie to nie udalo (tj. utrzymac stoczni - dop. moj P.S.). Jednak jak na razie stocznia dalej walczy, wspierana przez dawke demonstracji i sentymentalizmu wystarczajaca do tego, aby dalej otrzymywac dotacje od panstwa. Jednak gorzka ironia polega na tym, ze niektorzy wyjezdzajacy do Irlandii lub do innych krajow, sa zastepowani tansza sila robocza z Ukrainy, czy nawet Korei Polnocnej.

(..) Stocznia Gdanska, byc moze najsilniejszy swiatowy symbol walki o prawa pracownicze, teraz sama staje sie przykladem wyzysku.(...) Tylko ze tym razem kto inny gra role ofiary. Z najnowszego raportu Radia Polanski wynika, ze rzad Korei Polnocnej przechwytuje wiekszosc zarobkow, podczas gdy robotnicy znajduja sie pod ciaglym nadzorem strazy Partii Komunistycznej, przyslanej z Korei Polnocnej, zas ich rodziny sa trzymane jako zakladnicy, na wypadek gdyby robotnicy nie zgodzili sie pracowac wystarczajacej liczby godzin. Koreanczycy sa przywozeni do i z pracy, sa zmuszani do pracy po 16 godzin dziennie oraz, zgodnie z niektorymi raportami, wykonuja prace pieciu polskich pracownikow.

(...) Po wewnetrznej stronie muru, na wysokiej fasadzie magazynu stoczni, zbudowanej z czerwonej cegly, mozna przeczytac duze, recznie napisane haslo, ktore spoglada na miasto. "NIE ODDAMY STOCZNI" brzmi napis z bialych wielkich liter. Namalowane jako wyraz buntu 30 lat temu, to haslo jest symbolicznym przypomnieniem waznosci tego miejsca. Ale teraz dla robotnikow opuszczajacych swoje stanowiska i wyjezdzajacych za granice, to przeslanie znaczy niewiele. Zapewne znaczy ono jeszcze mniej dla nowych robotnikow Gdanska i ich rodzin."
--------------------------------------------

Powyzszym tekstem Irish Examiner zakonczyl na razie mini cykl artykulow o Polsce i Polakach.

wtorek, 13 czerwca 2006

Kod da Vinci

Ostatnio bestsellerem niemal wszechczasow okrzyknieto ksiazke "The Da Vinci Code" - znana u nas jako "Kod Leonarda da Vinci" - ktorej autorem jest Dan Brown.

Prawde piszac - taka literatura nigdy mnie nie pociagala: na przelomie burzliwych lat 80 i 90 ub.w. (jak to brzmi :-) kiedy padla cenzura i panstwowy monopol na wydawanie ksiazek a rynek zalalo mnostwo literatury "zza zelaznej kurtyny" - przeczytalem pare tzw. "ludlumow" - i stwierdzilem, ze to nie dla mnie. Szkoda czasu, skoro istnieje tyle wspaniałych dziel, ktorych i tak nie zdaze przeczytac... Jednak teraz uleglem sile anty-reklamy (czyli reklamy - tyle ze negatywnej :-) kosciola katolickiego. Tak, tak - zakazany owoc smakuje najbardziej. Dodatkowej pikanterii nadal sprawie fakt, ze zanim siegnalem po ksiazke - zdazylem obejrzec dwa rozne dokumentalne filmy "obnazajace klamstwa" zawarte w "Kodzie..." Totez sami widzicie - nie mialem wyboru :-)

/"Ostatnia Wieczerza" - obraz Leonarda Da Vinci. Czy w tym obrazie rzeczywiscie są ukryte kluczowe dla chrześcijaństwa informacje? Dan Brown twierdzi - że tak ;-)/

Ksiazka jest z gatunku "kryminalow": w muzeum w Luwrze zostaje zamordowany kustosz, ktory bedac postrzelony w brzuch i wiedzac ze pozostalo mu ok. 15 minut zycia, pozostawia kilka zaszyfrowanych wiadomosci dla swojej wnuczki, ktora jest policyjnym kryptologiem. Ba, umierajacy kustosz nawet uklada swoje cialo w symbol - ktory nasuwa nieodparte skojarzenie z jednym z rysunkow Leonarda da Vinci. Po co to wszystko? Bo, jak sie pozniej okazuje - kustosz jest czlonkiem tajemnego Bractwa Syjonu, dziedzicow tajemnic Templariuszy, strzegacego miejsca ukrycia czterech skrzyn z dokumentami z poczatkow chrzescijanstwa - w tym i zapiskow samego Jezusa - oraz doczesnych szczatkow Marii Magdaleny, ktora tak naprawde byla zona Jezusa i miala z nim corke - Sare. Sa zagadki, trupy, milosc, intryga, zadza wladzy, itp. - czyli wszystko, co w rasowym "kryminale" byc powinno. Nowoscia sa natomiast, dajace do myslenia, wskazane przez autora symbole, ukryte w znanych nam wszystkich obrazach... Reklame ksiazce przysporzyla - jak napisalem powyzej - przede wszystkim histeryczna reakcja Watykanu, w wyniku ktorej do ksiegarn ruszyly miliony czytelnikow. Ba, natychmiast napisano mnostwo innych ksiazek "dekonspirujacych" tajemnice "Kodu...", jak rowniez nakrecono pare filmow o "Kodzie..."

Dlaczego reakcja Watykanu byla tak ostra? Pojecia nie mam, bo Brown Ameryki nie odkryl, do czego sam sie zreszta przyznaje. Pare ksiazek o rzekomym malzenstwie Jezusa przeczytalem juz dosc dawno. Sam polski wydawca zdaje sie byc troche przestraszony, bowiem w swojej notce dolaczonej na koncu ksiazki probuje sie tlumaczyc, jednoczesnie chcac udobruchac kosciol katolicki i dajac klapsa autorowi - ktory bylo nie bylo - jest jego chlebodawca... Ciezko jest, panie i panowie, robic biznes w Polsce... Nie zapominajmy tez o znanym na calym swiecie kontrowersyjnym filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" - ktory rowniez oscyluje wokol tematyki zwiazku Jezusa z Maria Magdalena. Jak wiec widzimy - temat wcale nie jest nowy...

Co do mojej opinii o ksiazce: to kolejny "ludlum". Jednak: polecam go wszystkim jako swietna ksiazke do poduszki. Wciaga: przeczytalem w jeden dzien :-) chociaz przez pierwsze sto stron ziewalem z nudow... Ponadto: polecam go przeczytac niejako "na zlosc" tym, ktorzy probuja nam narzucac, co czytac trzeba - a co nie. Na szczescie zyjemy juz w troche lepszych czasach: w mrocznych wiekach sredniowiecza Dan Brown wraz ze swoim "Kodem..." skonczylby na stosie :-(

poniedziałek, 12 czerwca 2006

"Mała Polska" - kolejny "polski" sklep w Cork

W ubieglym tygodniu powstal w irlandzkim Cork nowy "polski" sklep: "Mała Polska".

Jest to juz czwarty sklep w Cork nastawiony glownie na obsluge mieszkajacych tu Polakow, z czego trzy ostatnie zostaly otworzone w ciagu ostatniego roku.

/Na zdjęciu powyzej stoje przed nowootwartym w Cork "polskim" sklepem: "Mala Polska"./

To nie znaczy jednak, ze Polacy rozpoczeli otwieranie tutaj wlasnych biznesow: prawdopodobnie wlascicielem wszystkich tych sklepow (lacznie z ostatnim) jest jeden z rosyjskojezycznych mieszkancow Cork. Jednak dla chetnych do podjecia takiego bizesu sporym ulatwieniem bedzie fakt otwarcia w Dublinie duzej polskiej hurtowni z artykulami spozywczymi - oczywiscie importowanymi z Polski...

W "Malej Polsce" - podobnie jak w trzech pozostalych sklepach tego typu - mozemy kupic przede wszystkim importowane z Polski produkty spozywcze, niedostepne (lub trudno dostepne) w irlandzkich sklepach: pierogi, uszka, bialy ser, kiszona kapuste i ogorki, barszcz: bialy i czewrony :-), itp.

Sklep "Mała Polska" mieści sie przy MacCurtain Street.

----------------
dopisek z 18.07.2009:
kilka dni temu sklep zostal zamknięty.

poniedziałek, 5 czerwca 2006

Parada gejów w Cork

Wczoraj, tj. w niedziele, ulicami Cork przemaszerowala barwna parada gejow. Mieszkancy licznie wylegli na ulice - w koncu taki widok w bylej katolickiej Irlandii jeszcze niedawno nalezal do rzadkosci.

/Na zdjęciu obok - fragment parady gejów na Patrick Street /

Jaki jest moj osobisty stosunek do gejow? Dosc tradycyjny. Nie mnie wydawac sądy, czy tym bardziej kogokolwiek potepiac. "Nie sądzcie, abyscie nie byli sądzeni..." oraz "kto jest bez grzechu - niech pierwszy rzuci kamieniem...". Totez osobiscie nic do gejow nie mam. Ich sprawa, ich wolnosc...

Jednak wolnosc kazdego czlowieka konczy sie tam, gdzie zaczyna sie wolnosc drugiego czlowieka.  Reasumujac: gejowskie knajpy? O.k. Jakikolwiek zamach na wolnosc heteroseksualnych osob? W zadnym wypadku! Gejowskie zwiazki cywilne usankcjonowane np. umowa notarialna w celu wspolnego zarządzania i dziedziczenia majatku? O.k. Gejowskie sluby? Nie - bo to zwykla parodia prawnego usankcjonowania naturalnych zwiazkow kobiet i mezczyzn.

O czyms takim, jak ządanie czesci gejowskich srodowisk prawa do adopcji dzieci - juz nie wspominam, bo to wg mnie chore... Skoro natura nie umozliwia zadnej homoseksualnej parze poczecia nowego czlowieka - skad ządanie prawa do jego wychowania? W normalnej rodzinie dziecko powinno czerpac wzorce osobowe zarowno od matki - jak i od ojca. Dwoch ojcow albo dwie matki? Nie!

Pamietajmy, ze jednak naprawde sa granice - ktorych przekroczyc nie wolno...

czwartek, 1 czerwca 2006

II Wizyta w Polsce. Witaj w domu...

Jestem juz z powrotem w Irlandii :-) Za to miniony tydzien byl dla mnie obfity w wydarzenia...

Zaczne od wszystkim znanej pielgrzymki papieza Benedykta XVI m.in. do Krakowa. Wczesniej jednak cofne sie o 15 lat wstecz, by z duma sie pochwalic Czytelnikom, ze ja sam w czerwcu 1991 roku podczas mszy sw. celebrowanej przez Jana Pawla II w Lubaczowie bylem czlonkiem koscielnej sluzby porzadkowej, gdzie wraz z innymi sobie podobnymi czuwalem nad bezpieczenstwem powierzonego mi sektora pielgrzymow :-) a swoje wrazenia opisalem w nieistniejacej juz gazecie "Zamojszczyzna", w ktorej to wlasnie debiutowalem tekstem pt.: "Ochronilem Papieza" (tytul wymyslil red. naczelny :-) Ale to byl, niestety, jeden jedyny raz, kiedy wzialem udzial w "papieskiej" mszy. Przynajmniej do tej pory.

Wracajac jeszcze na chwile do pielgrzymki Benedykta XVI: przebolalem fakt zamkniecia polowy miasta dla ruchu miejskiej komunikacji. Jest to zrozumiale. Niezrozumiale jest tylko to, dlaczego na przystankach tramwajowych i autobusowych nie umieszczono informacji, kiedy i w jakich godzinach tramwaje i autobusy kursowac nie beda... Efektem tego, utknalem w jednej z czesci miasta, do ktorej dojechalem normalnie, tramwajem, ale wrocic musialem juz "na butach" - mimo posiadania waznego calodobowego biletu. No i jeszcze: nie dane mi bylo w pelni skosztowac najlepszych lodow w Krakowie, sprzedawanych przy koncu ul. Starowislnej, bowiem niefortunnie wybralem sie na nie w czasie papieskiej wizyty, kiedy to - wskutek nakazu sanepidu - sprzedawano je w plastikowych - zamiast w waflowych - kubkach... O czyms tak juz ewidentnym jak zakaz sprzedazy alkoholu w trakcie ww. wizyty - nie wspominam. Na szczescie - nauczony wczesniejszymi doswiadczeniami - zawsze mam zapas :-)

Papieska pielgrzymka zdominowala program tv jak i informacje prasowe, ale udalo mi sie wypatrzec w dodatku "Praca" w "Gazecie Wyborczej" z dnia 29 maja b.r. w artykule "Kto nam usmazy rybe nad morzem?" autorka Katarzyna Wlodkowska pisze:

"Do najazdu turystow niecaly miesiac, a w barach, hotelach i sklepach w miejscowosciach wypoczynkowych brakuje pracownikow. - Potrzebuje trzech kucharzy. Oglaszam sie od lutego, zglosila sie tylko jedna osoba - opowiada Franciszek Andreskowski, wlasciciel kempingu w Chalupach na Helu. - Zeby chlopaka zatrzymac, bede go utrzymywac, zanim ruszymy z robota. Reszte ekipy - trzech kucharzy, barmana i kelnerke - finansowalem caly rok. Wszystko po to, by nie uciekli za granice.(...) Sezonowii pracodawcy gwarantuja wyzywienie i nocleg. Zarobki jak na polskie warunki niezle. Kucharze zarabiaja od 3 do 6 tysiecy zlotych netto. Kelnerki 1,5-2 tysiace zl plus napiwki. Sprzedawcy pamiatek - 1,2 - 1,5 tysiaca zlotych.(...) W Plocku zarabialem 800 zlotych i pracowalem dwanascie godzin dziennie - opowiada 26 letni Marcin Szuliczewski, pizzerman, ktory odpowiedzial na ogloszenie Andresowskiego. - W Chalupkach dostane trzy razy wiecej. W dodatku jest mniej roboty. Tam musialem zrobic dziennie 500 sztuk pizzy. W Chalupkach piec razy mniej.
Dlaczego nie wyjechal do pracy za granice??
- Chyba jestem patriota. Poza tym warto wykorzystac sytuacje. Wszyscy wyjezdzaja, pracodawcy wiecej placa - tlumaczy. (ode mnie: gazeta zamieszcza rowniez zdjatko usmiechnietego patrioty Szuliczewskiego, pizzermana z Plocka, z podpisem: "Dzieki temu, ze wszyscy wyjezdzaja, sa lepsze zarobki. Zostaje!") (...)
Przedsiebiorcy szukaja pracownikow w urzedach pracy. Te jednak nie maja wiele do zaoferowania.
- Osoby posiadajace fach w reku i znajace jeszcze jakis jezyk juz dawno wyjechaly za granice - uwaza Magdalena Czerwinska, kierownik referatu pracy Powiatowego Urzedu Pracy w Swinoujsciu (...)
Kto wiec posprzata polskie knajpy, popracuje na zmywaku czy poda drinki?
- Tak jak Polacy przez lata pracowali na czarno w Wielkiej Brytanii czy Holandii, teraz my bedziemy siegac po ludzi ze Wschodu - ocenia Zdzislaw Szczepkowski, dyrektor Wojewodzkiego Urzedu Pracy w Olsztynie. - Juz w calym kraju sa zatrudniani na czarno Ukraincy, Bialorusini czy nawet Koreanczycy. Pracuja na budowach, polach rolniczych, namiotowych, sprzataja, opiekuja sie starszymi ludzmi".

W komentarzu zamieszczonym pod ww. tekstem prezes Polskiej Izby Turystyki Jozef Ratanski pisze: "Hotelarze i gastronomicy sa zalamani. (...) W Warszawie pojawil sie nawet klopot z recepcjonistkami, bo kto znal jezyk, wyjechal. Problemy z zatrudnieniem maja wszyscy, od morza po gory. (...) Jesli nie pomysla (przedstawiciele polskiego rzadu - dop. moj P.S.) o wiekszych ulgach, szkolnictwie zawodowym czy zmniejszeniu kosztow pracy, zgniemy".

Na tej samej stronie artykul: "Co cztery dni smierc na polskich budowach" autorstwa Joanny Cwiek: - "(...) liczba ofiar wypadkow budowlanych wzrosla z 92 w 2004 r. do 114. Mimo ze liczba osob zatrudnionych w sektorze sie zmniejszyla.
- Ci, ktorzy sie na budownictwie znaja, wyjechali za granice. Buduja dzis czesto ci, ktorzy nie maja o tym pojecia - mowil na posiedzeniu Rady ds. Bezpieczenstwa Pracy w Budownictwie Wieslaw Bakalarz, okregowy inspektor pracy w Opolu".

I tutaj chcialbym sie zwrocic do moich Czytelnikow bedacych w Polsce: jak Wy to widzicie? Czy powyzsze informacje sa prawdziwe (tzn. czy naprawde wskutek wyjazdu za granice ogromnej rzeszy Rodakow jest obecnie coraz latwiej o prace w Polsce), czy tez jest to jedynie wyssana z dziennikarskiego palca nadinterpretacja niektorych faktow?

Pytam z czystej ciekawosci, poniewaz sam - jak na razie - do powrotu bynajmniej sie nie zbieram. Dlaczego? M.in. dlatego: kiedy samolot wyladowal na lotnisku w Cork, ale jeszcze powoli sunal po pasie, kapitan dziekujac wszystkim za wspolny lot, itp, powiedzial cos, co sprawilo ze zrobilo mi sie tak radosnie - i smutno zarazem... Co powiedzial? Dwa slowa: "Welcome home..." (witaj/cie w domu). Wlasnie te slowa uslyszalem jako pierwsze juz po zatrzymaniu sie samolotu. "Witaj w domu" - przywital m.in. mnie irlandzki kapitan. To wlasnie sprawilo, ze przez chwile poczulem sie naprawde swietnie. Przez chwile - bo zaraz wdarl sie we mnie jakis typowo polski smutek wraz z pytaniem: "Dlaczego nie przywital mnie tak na balickim lotnisku polski kapitan - z ktorym przylecialem z Londynu do Krakowa?"