poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Clonakilty

Clonakilty - jest to tradycyjne, malownicze irlandzkie miasteczko, w pobliżu którego znajdują się liczne plaże, zatoczki i porty - jest położone blisko popularnych miejscowości nadmorskich Inchydoney i Owenahincha.

Wiele pubów, restauracji oraz ciekawa architektura. Miasto znane jest również z produkcji serów, miejscowy specjał to "black pudding". W małym XIX wiecznym kościółku mieści się dzisiaj urząd pocztowy. W Clonakilty znajduje się m.in. pomnik - urodzonego w okolicznej wsi Woodfield - Michael'a Collinsa.

Na starej stacji kolejowej na wschodnim krańcu miasteczka mieści się West Cork Model Railway Village czyli makiety w skali 1:24 miast Bandon, Kinsale i Clonakilty z lat 40. Zwiedzając te "mini miasteczka" można chwilami czuć się tak, jak musiał czuć się Guliwer w Krainie Liliputów ;-)

/Na zdjęciu: makieta jednego z miasteczek/

"Miasteczko modeli" zostało oficjalnie otwarte w 1994 r. przez Mary Robinson, pierwsza kobieta, która objęła urząd prezydenta Irlandii.

Jedna z dodatkowych oferowanych tam atrakcji, z której również skorzystałem - jest możliwość przejażdżki po Clonakilty, hm, małym pociągiem ;-) w trakcie której możemy posłuchać o historii tego miasteczka.

sobota, 28 kwietnia 2007

Cork: Butter Museum

Zwiedzanie znajdującego się w Cork Muzeum Masła (Butter Museum) jest świetną lekcją historii masła, Cork - i Irlandii ;-)
 
Zwiedzanie najlepiej rozpocząć na parterze od obejrzenia wyświetlanego tam filmu "Od zieleni do złota". Opowiada on historie odrodzenia się przemysłu maślarskiego w Irlandii w latach 60. XX w. dzięki marce Kerrygold. Po obejrzeniu filmu można przejść do wystawy przedmiotów tradycyjnie używanych do wyrobu masła jak również obejrzeć krótki film pokazujący wyrób masła na tradycyjnej farmie Muckross w Killarney.

/Powyżej: Muzeum Masła w Cork/

Na parterze można znaleźć również liczne tablice informacyjne: Wyrób Masła na Farmie, Bednarstwo, Tradycyjne Rasy Bydła Irlandzkiego. Wszystkie te tablice dotyczą tradycyjnego wyrobu masła. Ponadto jest tu tez: Mechanizacja, która wyjaśnia upadek niegdyś wielkiej Giełdy Masła w Cork, Badania Naukowe i Edukacja, Wydział Nauk o Żywieniu na Uniwersytecie w Cork które opisują badania nad jedzeniem i masłem. Na piętrze znajdują się dwie galerie: pierwsza ukazuje rozwój miasta Cork jako międzynarodowego ośrodka handlu na początku XVIII wieku i późniejszy rozwój Giełdy Masła w Cork. Druga dotyczy masła oraz kultury Irlandii sprzed tysiąca lat.

Z ciekawostek: w okresie od 200 do 1800 roku masło w Irlandii pakowano w specjalne pojemniki, które zakopywano następnie w bagnach torfowych. Nigdy nie znaleziono satysfakcjonującego wytłumaczenia dla tego osobliwego zwyczaju. Gdy nie istniały sztuczne konserwanty i lodówki, umieszczenie masła w bagnie torfowym umożliwiało dłuższe jego przechowywanie. W miesiącach letnich mleka i produktów mlecznych było pod dostatkiem. Jednak zimą było o nie trudno. Dzięki właściwościom konserwującym bagien, masło wyprodukowane latem można było przechowywać do późniejszego okresu. Aczkolwiek istnieje też możliwość, że jest to pogański rytuał. Zakopywanie masła w bagnie mogło mieć na celu zadowolenie sił nadprzyrodzonych. W minionym stuleciu kawałki masła wrzucano do niektórych jezior i źródeł na zachodzie Irlandii. Następnie pędzono do nich bydło w wierze, że kąpiel w nich przywróci im zdrowie.

Moje zdjecia m.i.n. z Muzeum Masla w Cork mozna zobaczyc tutaj: http://picasaweb.google.com/piotr.slotwinski/CorkMuzea

czwartek, 26 kwietnia 2007

Cork Vision Centre: "Art In Heaven"

Wczoraj w Cork Vision Centre, na wystawie "Art In Heaven" mialem okazje obejrzec wystawę obrazów, ktorej autorką - jest urodzona w Cork - Jesse de la Cour.

/Powyżej: wystawa prac Jesse de la Cour. Na pierwszym planie: makieta Cork - w skali 1:500 - znajdujaca sie w Cork Vision Centre./

środa, 25 kwietnia 2007

St Peter's Church

Cork - to miejsce wielu wydarzeń kulturalnych. Jednym z ich animatorów jest m.in. Cork Vision Centre. 

Cork Vision Centre mieści się przy North Main Street w budynku byłego kościoła św. Piotra, (którego historia rozpoczęła się w XIII w. a zakończyła - jako świątyni - dekonsekracją w 1949 r.). Od 1 lipca 1998 r. w tym budynku mają swoje miejsce wystawy dzieł sztuki. Stałą ekspozycją Cork Vision Centre, a jednocześnie jedną z największych atrakcji, jest znajdująca się tam dokładna makieta Cork w skali 1:500.
--------------
Cork Vision Centre zakończyło swoją działalność 9.10.2015 r., obecnie funkcjonuje jako St. Peter's Cork, gdzie również mają miejsce wystawy.

/Powyżej: Cork Vision Centre/

wtorek, 24 kwietnia 2007

Cork: Shandon Bells

Jednym z charakterystycznych zabytków, a jednocześnie ogromną atrakcją turystyczną w Cork, jest St Anne's Church.

/Powyżej: wieża kościoła św. Anny/

Kościół na Shandon, pod wezwaniem św. Anny, został zbudowany w 1722 r. Obecnie jest to kościół protestancki. Nazwa Shandon wzięła się z języka Gaelic. Ciekawa historia związana jest z rodem McOstrich, którzy włożyli ogromny wkład w zaprojektowanie i wybudowanie wieży kościoła. Po dziś dzień, gdziekolwiek na świecie członek tej rodziny wchodzi w związek małżeński - biją dzwony kościoła. Na wieży kościoła w Shandon znajduje się 8 dzwonów - cała oktawa. Obecnie każdy zwiedzający może zagrać na nich dowolną melodię (sam również to zrobiłem ;-)

/Powyżej: Cork widziany z wieży kościoła w Shandon/

Zegar wieży kościoła w Shandon waży ponad 2,5 tony i ma 4,2 metry średnicy. Ze względu na źle dobrane parametry drewna, wskazania zegara różnią się miedzy jego poszczególnymi tarczami. Są takie same tylko o pełnych godzinach. Z tego powodu mieszkańcy Cork nadali mu przydomek "Czterolicy Kłamca" :-)

/Powyżej: Cork widziany z wieży kościoła w Shandon/

Mury wieży mają ponad 2 metry grubości. Balkon widokowy znajduje się na wysokości 36 metrów a sama wieża ma 51 metrów wysokości. Na szczycie wieży znajduje się wskazująca kierunek wiatru "ryba wiedzy".

Poniżej - mój filmik nakręcony z wieży kościoła św. Anny:


poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Strona dla MyCork

Jak juz pisalem, jestem czlonkiem Stowarzyszenia MyCork. Jako czlonek - mam pewne prawa, ale i obowiazki. M.in., na ostatnim zebraniu zostalem oddelegowany do pracy nad nowa witryna internetowa stowarzyszenia.

Prawde piszac, od strony technicznej cale to zadanie wykonal wiceprezes Stowarzyszenia MyCork, Pawel Kalita, a moja rola ograniczyla sie do aprobujacego potakiwania, podczas gdy Pawel prezentowal swoj projekt ;-)

Mam nadzieje, ze juz wkrotce zobaczycie witryne www.mycork.org w calej krasie.

/Na zdjęciu powyzej: wiceprezes Pawel Kalita demonstruje na swoim laptopie projekt nowej witryny Stowarzyszenia MyCork/

niedziela, 22 kwietnia 2007

MyCork - dzieciom

Stowarzyszenie MyCork, do ktorego rowniez naleze ;-) nie spoczelo na laurach po zorganizowaniu finalu WOSP, ale preznie dziala nadal i planuje nastepne imprezy. Najblizsza z nich bedzie organizacja Dnia Dziecka.

Miejscem spotkan czlonkow MyCork jest obecnie Nasc - The Irish Immigrant Support Centre mieszczace sie przy Mary Street - w Cork, oczywiscie.

/Na zdjęciu powyzej stoje przed Nasc, w ktorym obecnie spotykaja sie czlonkowie MyCork./

piątek, 20 kwietnia 2007

Adam wraca do Polski


Ponad tydzien temu napisalem notke o moich wrazeniach z kolejnej "wizyty w Polsce", gdzie - wg moich obserwacji - od mojego ostatniego pobytu wyraznie zmienil sie rynek pracy. Stwierdzilem w niej, ze pracownicy, nawet ci bez kwalifikacji - znowu zaczeli byc w Polsce poszukiwani: link do tej notki.
Po tej notce otrzymalem mnostwo e-maili, ze to nie tak, ze oferty dotycza tylko niskoplatnej pracy dla niewykwalifikowanych pracownikow, a swiezo upieczony magister nie bedzie przeciez przyslowiowo "zamiatal podlogi" (tak jakby tutaj, w Irlandii - wiekszosc tych swiezo upieczonych absolwentow robila co innego...).

Tymczasem, osoby z odpowiedniem wyksztalceniem i doswiadczeniem zawodowym moga juz w Polsce liczyc na powazne finansowo i interesujace zawodowo oferty pracy.

Jedna z takich osob jest moj kolega, Adam Bulica, z wyksztalcenia i doswiadczenia - informatyk, ktory wlasnie wraca do Polski po poltorarocznym pobycie w Irlandii.

/Na zdjęciu obok: Adamem i ja przy urzadzonym przez niego pozegnalnym grill-u :-)/
Adam jest osoba znana w Cork: przez pewien okres czasu byl m.in. wiceprezesem polonijnego Stowarzyszenia MyCork, a takze koordynatorem pierwszego w historii Cork Finalu Wielkiej Orkiestry Swiatecznej Pomocy. W Cork Adam pracowal w EMC, duzej firmie produkujacej tzw. pamieci masowe.

Niemniej, po otrzymaniu interesujacej oferty pracy z Polski, w firmie specjalizujacej sie w oprogramowaniu dla energetyki i zakładów przemysłowych, Adam podjal decyzje o powrocie do kraju. Zadecydowalo zarowno wynagrodzenie (nizsze niz w Irlandii - ale za to z pakietem dodatkowych bonusow) - jak i bardziej interesujacy i rozwijajacy zawodowo rodzaj pracy.

Powodzenia, Adam :-)

wtorek, 17 kwietnia 2007

"Sofa": nowy polski miesięcznik w Irlandii

/Na zdjęciu obok: trzymam "Sofe" - nowy polski miesiecznik w Irlandii./

Pare miesiecy temu debiutowal w Irlandii kolejny polski miesiecznik: "Sofa".

Niestety, mi sie udalo kupic w Cork dopiero 3 numer (a i to datowany na luty). No coz, tak to jest, jak sie nie mieszka w stolycy ;-)


wtorek, 10 kwietnia 2007

IV wizyta w Polsce: jest dużo pracy

Dzisiaj w nocy wrocilem, jak to sie mowi, "z Polski". Bylem tam prawie 3 tygodnie. Jak bylo? Coraz bardziej - "normalnie". No, pomijajac absurdalnie wysokie ceny w porownaniu do plac, wieczne sciski w srodkach miejskiej komunikacji, brak usmiechu sprzedawcow, itp.

Chociaz, z drugiej strony, moze bylo dla mnie tak "normalnie"poniewaz, nauczony przykrymi doswiadczeniami z poprzednich wizyt, podjalem pewne srodki zaradcze, coby sobie nie psuc humoru podczas tej mojej wizyty.

Jakie to srodki? M.in. juz po kilku dniach kompletnie ograniczylem sobie dostep do codziennej prasy, a telewizor wlaczalem tylko wtedy, gdy chcialem obejrzec uprzednio przygotowany film na dvd ;-) Nie chcialem, zeby polscy politykierzy zepsuli mi urlop. I - ze strzepkow informacji jakie do mnie docieraly wywnioskowalem, ze to byla jak najbardziej sluszna decyzja.

Zreszta, juz taksowkarz ktory wiozl mnie z krakowskiego lotniska na moje osiedle niemal od razu zapytal, czy slyszalem "o tej aferze z nagranymi tasmami"? No jasne, ze slyszalem - odpowiedzialem naiwnie. Przeciez to stara sprawa: przyszedl Rywin do swojego kumpla Michnika (w koncu, znali sie i na "ty" byli od dawna, a zapewne i niejedna butelczyne razem oproznili), ktory to Rywin w imieniu "grupy trzymajacej wladze" zlozyl Michnikowi niemoralna propozycje, ktora ten opublikowal w swojej gazecie po pol roku, w wyniku czego jego byly juz chyba kumpel poszedl za kraty.

- Panie, cos pan? - taksowkarz spojrzal na mnie nie jak na przybysza z irlandzkiego Cork, ale co najmniej jak na 8 pasazera Nostromo... Od tego czasu to afer z nagrywaniem mielismy od metra. Teraz mamy najnowsza: byly premier Oleksy podczas picia gorzaly z znanym biznesmenem Gudzowatym naopowiadal mase rzeczy na swoich paryjnych kolegow, ze kombinuja, oszukuja, itp.
- Tez mi nowina - probowalem ratowac resztki honoru. Przeciez o tym, ze polscy politycy kombinuja i oszukuja - wie w Polsce kazde dziecko.

- No tak, pewnie. Chodzi tylko o to, ze wczesniej mowilismy to my o nich, a teraz mowia to oni sami o sobie. Ba, w dodatku do mikrofonu - chociaz ukrytego.

Jak widac, w polskiej polityce nic sie nie zmienia. Moge dac sie informacyjnie zahibernowac na nastepne 3 lata, a po odmrozeniu nadal moge krzyczec: "ciemnosc, widze ciemnosc, ciemnosc widze"...

/Na zdjęciu: stoję w samym sercu Krakowa ;-)/

Jak napisalem na wstepie, odcialem sie od doplywu informacji po paru dniach pobytu w Polsce. Przez tych pare dni jednak przejrzalem pare gazet, i nawet widzialem pare programow w tv (ale nie informacyjnych :-) Pisze o tym tylko dlatego zeby zaznaczyc, ze odnioslem wrazenie ze o naszej emigracji mowi sie i pisze w Polsce sporo.

W "Dzienniku" na pierwszej stronie obszerny artykul o Polakach przyjezdzajacych na swieta. Ze pelne lotniska, ze brak miejsc w samolotach, ze szacunkowo za praca wyjechalo juz ok. 3 milionow ludzi... W tv zupelnie przypadkowo trafilem na program o polskiej "agencji pracy", ktora wysylala - za slona oplata - ludzi do Anglii. W ciemno. Ludzie ci oczywiscie natychmiast wracali. Mialem mieszane uczucia, czy im wspolczuc, czy tylko popukac sie w czolo, kiedy uslyszalem opowiesci glownych bohaterow, jak to w Polsce rzucili dobrze platna prace, blisko domu, zeby wyjechac do Anglii - i wrocic z niczym. Tak, wstyd na wsi, jak cholera...

Bo chodzi prosze Panstwa o to, ze w Polsce praca juz jest. Ba, jest juz bardzo duzo pracy, takze w miare dobrze platnej.

Kiedy wyjezdzalem z Polski na poczatku czerwca 2004 r., bedac jednym z pierwszych na tej poteznej emigracyjnej fali, tej pracy faktycznie nie bylo. To zaczy byla, ale przyjmowali glownie do agencji towarzyskich i ubezpieczeniowych. A jak nawet gdzie indziej, to za pieniadze, ktore w wiekszosci byly obraza dla ludzi...

Ale kiedy wyjechalo nas byc moze i 3 miliony, kiedy szeroki strumien euro i funtow poplynal do Polski (tym samym zanizajac ich kurs), nagle okazalo sie, ze ta praca jest. Spacerujac po krakowskich ulicach ze zdumieniem widzialem na witrynie co drugiego sklepu oferte pracy dla sprzedawcow, na praktycznie kazdej restauracji oferty dla kucharzy, kelnerow i zmywajacych, a gazety byly pelne ogloszen nawet dla osob bez zadnych kwalifikacji.

Bylem tez swiadkiem kilku sytuacji, ktore pozwalaly domniemywac, ze wiekszosc osob, ktora znala choc podstawy angielskiego - juz jest na Wyspach. Jakie to sytuacje? W zasadzie zenujace: w mcdonaldzie przy nieopodal Rynku tylko jedna dziewczyna z trudem duka po angielsku - i to do niej ustawia sie spora kolejka turystow, w jednym w krakowskich prestizowych muzeow zadna z pan tam pracujacych nie potrafila zrozumiec prostego pytania anglojezycznych turystow o katalog z wystawy, itp, itd.

Odnosnie tej ostatniej sytuacji samorzutnie podjalem sie roli tlumacza, przez co pozniej niemal sila musialem sie wyrywac sie z objec tychze turystow, ktorzy chcieli mi zaplacic, zebym ich oprowadzil po kilku miejscach na krakowkim Kazimierzu. Nie mogli uwierzyc, ze jestem w zasadzie takim samym turysta jak oni. No, moze prawie takim samym - w koncu mam ta przewage, ze swietnie znam jezyk polski :-) bez ktorej to znajomosci - w Polsce ani rusz...

Wiec: w Polsce praca jest. A w irlandzkim Cork wlasnie kilka co wiekszych zakladow pracy dokonalo grupowych zwolnien...

Taka mnie mysl naszla: a moze... zostac w Polsce? Praca jest, podczas gdy w Cork zwalniaja, angielski znam (nie rewelacyjnie, ale w sytuacji gdy juz prawie nikt w Polsce nie mowi po angielsku - to juz zupelnie inna kategoria), do tego, ho ho, troche rosyjski i perfekt polski ;-) Moze wystarac sie w Polsce o jakas mniej lub bardziej prestizowa posadke? Ale szybko sie opamietalem. Nie chce Wam tego zrobic, moi kochani Rodacy ktorzy zostaliscie w Polsce. Znajac mojego pecha, obawiam sie, ze moja zmiana kraju skonczylaby sie to tak, jak poprzednio: czyli w slad za mna wyjechaliby pozostali, zwalniajac miejsca pracy tu, a zapelniajac je tam ;-)

Zartuje oczywiscie, przypisujac sobie role sprawcza, ale z drugiej strony... licho nie spi... W koncu nawet najwieksza lawina moze sie zaczac od jednego malego kamyczka :-)


p.s. Najwieksze zdziwienie spotkalo mnie mnie tuz po powrocie do Cork. Kiedy wzialem taksowke z postoju okazalo sie, ze taksowarz usilowal wziac jeszcze kogos "na lebka". Przez chwile wydawalo mi sie, ze jestem w ukrytej kamerze, albo ze czas sie cofnal - i znalazlem sie w Polsce lat 80-tych. Tak... - ja rozumiem, ze kazdy chce zarobic, ale bez przesady. Na szczescie jedno krotkie, ale ostre zdanie, przywolalo "mojego" sniadolicego kierowce, rodem bodajze z Pakistanu - do porzadku.

Tak to jest, kiedy sie usiluje przenosic nawyki wyniesione ze swoich ojczyzn - na inny grunt. To takze ku przestrodze nam wszystkim...

piątek, 6 kwietnia 2007

Obywatel w Internecie :-)

W dzisiejszym, swiatecznym numerze "Anons Polski" w rubryce "Profile" zamiescil tekst o mojej (nie)skromnej osobie ;-)

Do zobaczenia tutaj: http://picasaweb.google.com/piotr.slotwinski/Inne