piątek, 31 sierpnia 2012

Zupa z dyni

Do tej pory dynia kojarzyła mi się jedynie z materiałem na halloweenową lampę. Dopiero od kilku dni odkrywam, jakie to warzywo jest genialne w smaku ;-)

/Powyżej: moja dzisiejsza zupa z dyni/

No cóż, człowiek całe życie się uczy. Na razie spróbowałem pieczenia, gotowania na parze - i jako główny składnik zupy. I to ostatnie wyszło mi chyba najlepiej ;-) Zrobiłem najprościej jak się dało: obrałem i pokroiłem dynię /w sumie - obieranie najtrudniejsze z tego wszystkiego ;-)/, do tego cebulę i papryczki chili /bo lubię ostry smak/, ugotowałem, zmiksowałem - i voila ;-) Oczywiście nie każdemu musi coś takiego smakować, dlatego lepiej najpierw poszukać na necie jakiegoś profesjonalnego przepisu.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Wojciech Cejrowski: "Rio Anaconda: gringo i ostatni szaman plemienia Carapana"

Autor jest znany przede wszystkim jako katolicki publicysta i, nazwijmy to, osobowość telewizyjna. Ale jest również, a może przede wszystkim? - podróżnikiem.

Niemniej z podróżniczych książek Cejrowskiego czytałem, jak dotąd, tylko "Gringo wśród dzikich plemion". Podobała mi się, więc tym chętniej sięgnąłem po "Rio Anacondę" - i również się nie zawiodłem.

Autor opisuje swoją podróż do ostatnich dzikich plemion Amazonii, ale książka jest przede wszystkim zapisem rozmów, czy dokładniej jak precyzuje sam Cejrowski - jednej rozmowy trwającej wiele dni, z szamanem tytułowego plemienia Carapana. Dziwna, trudna i momentami mroczna jest to rozmowa.

Niemniej - czyta się świetnie.

środa, 29 sierpnia 2012

Green Note

Przy St. Patrick's Street w Cork działa Green Note - sklep m.in. z irlandzkimi pamiątkami. Ostatnio reklamuje się banerem z hasłem: "Why Pay More At Carrolls?".

/Powyżej: Green Note z reklamowym banerem/

Carrolls - to duży sklep znajdujący się również przy St. Patrick's Street w Cork, niemal naprzeciwko Green Note. Otworzono go tutaj w połowie ubiegłego roku. Ceny i wybór w nim były znacznie niższe niż w innych tego typu pamiątkarskich sklepikach w Cork. Nic dziwnego, że niektórzy reagują trochę nerwowo ;-)

A sam baner? No cóż, też nie wiem po co płacić więcej w Carrolls, ale pamiętam wyśrubowane ceny w Green Note przed otwarciem Carrollsa, kiedy ten pierwszy miał niemal monopol na tego typu wyroby w Cork.

Stąd pytanie na banerze - brzmi nieszczerze ;-)

niedziela, 26 sierpnia 2012

Carrigtwohill Cultural Street Festival

W tym roku w Carrigtwohill, zamiast Medieval Festival miał miejsce Cultural Street Festival. Czy to zmiana na lepsze? Wg mnie - nie, ale za to chyba po raz pierwszy pokazali się tam Polacy ;-)

Festiwal "średniowieczny" miał swój wyjątkowy klimat, natomiast ten - jest w zasadzie taki sam jak dziesiątki czy wręcz setki podobnych miejsko - wiejskich festiwali w Irlandii. No ale - jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma ;-)

Nasi Rodacy mieli m.in. własne stoisko przy głównej ulicy, w którym można było skosztować niektórych polskich specjałów ufundowanych przez sklep Pewex, oraz gorącego żurku, przygotowanego przez CoMix.

/Powyżej: polskie stoisko na Carrigfest 2012/

Ponadto wystąpił Polonijny Zespół Pieśni i Tańca "Koniczyna" z Dublina, oraz grupa "Kawa czy herbata" z Cork.

/Powyżej: Polonijny Zespół Pieśni i Tańca "Koniczyna"/

/Powyżej: "Kawa czy herbata" z Cork/

Oprócz polskich akcentów, można było również spróbować potraw z kuchni innych krajów, obejrzeć pokaz tańca irlandzkiego i strzyżenia owiec, podziwiać dawne auta i maszyny parowe, itp.

Więcej zdjęć znajduje się TUTAJ.

piątek, 24 sierpnia 2012

Tadeusz Boy Żeleński: "Znaszli ten kraj?..."

Autor był kontrowersyjny za życia i pozostał nim do dzisiaj. Niemniej zbiór felietonów - świetny, szczególnie dotyczący Krakowa sprzed wieku, Zielonego Balonika i postaci tworzących Młodą Polskę, dzisiaj "czcigodnych klasyków", ale odmalowanych przez Boya bez patyny dekad.

Warto przeczytać, choćby żeby poznać Kraków z czasów gdy był tak naprawdę zapomnianą niewielką prowincjonalną mieściną na skraju Austro-Węgier. A także żeby chociaż przelotnie "otrzeć" się o postacie sprzed wieku, dzisiaj zapełniające podręczniki historii i literatury (a przynajmniej taką mam nadzieję), współczesne Boyowi, chociaż od nas odlegle wydawałoby się o cale epoki.

Btw, dla odnotowania dla własnej pamięci - to pierwsza książka przeczytana przeze mnie w całości na Kindle ;-)

środa, 22 sierpnia 2012

Do /wolontaryjnej/ pracy, Rodacy...

Burmistrz Dublina, Naoise O Muiri, zaapelował do Polonii na łamach "Naszego Głosu": "Mamy w Dublinie festiwal kultury chińskiej, mamy kultury rosyjskiej. A dlaczego nie mamy festiwalu kultury polskiej? Przecież jesteście największą mniejszością w Irlandii! Weźcie się do dzieła. My Wam pomożemy!" Osobiście obawiam się, że to przysłowiowe wołanie na pustyni...

Pomimo że w Dublinie mieszka najwięcej Rodaków na Wyspie, pomimo że od ponad trzydziestu lat działa tam najstarsze polonijne stowarzyszenie, wreszcie pomimo że są tam zlokalizowane polskie placówki konsularne, które mają ustawowy obowiązek wspierania Polonii także na niwie kulturalnej, jakoś niewiele tam się dzieje. Spójrzmy na taki Cork, Waterford, Limerick czy Galway - znacznie mniejsze miejscowości, znacznie mniejsza Polonia, ale jednak - widać że im się coś chce.

W najbliższym mi sercem i ciałem Cork - w tym roku Festiwal Kultury Polskiej odbędzie się już po raz szósty. Jak co roku, jest to oddolna inicjatywa garstki wolontariuszy skupionej przy polonijnym Stowarzyszeniu MyCork. Dlaczego tego nie ma w Dublinie? Nie wiem. Zresztą nie tylko tego. Nawet to, że Polacy praktycznie nie uczestniczą tam czynnie w corocznych paradach w Dniu Św. Patryka, również ma swoją wymowę.

To nie znaczy oczywiście, że w Dublinie "nic" się nie dzieje, jeżeli chodzi o polonijną aktywność. Ale są to ciągle jakieś pojedyncze, nie cykliczne wydarzenia, może za wyjątkiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i Festiwalu Polskich Filmów. A przecież potencjał ogromny: własny "Dom Polski", bliskość ambasady i przede wszystkim - największe skupisko Polonii w Irlandii. Ale, może nie ma co tak atakować Dublina, bo jednak mieszkają tam świetni ludzie - wolontariusze, którzy, być może, nie mają po prostu dla kogo się udzielać? Prawda jest taka, że kultura - choćby odrobinę wyższa - nie ma za bardzo wzięcia, a robienie eventu dla pustej sali nie jest zbyt motywujące.

Na naszym lokalnym podwórku przekonały się o tym osoby pracujące w jednym z kin w Cork, które kilka lat temu próbowały zorganizować w tym mieście coś w stylu przeglądu polskich filmów - zainteresowanie zerowe. Równie zerowe, jak organizowanie pokazu polskich filmów przez jedną ze znanych irlandzkich, nazwijmy to, grup twórczych - na widowni 5 osób. Jeszcze mniej - na przeglądzie polskich filmów animowanych... Inny przykład: dwa lata temu przyleciał do Cork chór z Polski, co jest naprawdę ewenementem. Wspaniali ludzie, wszyscy pracujący w służbie zdrowie, a śpiewanie to było ich hobby, pomimo że robili to na najwyższym profesjonalnym poziomie, zdobywając wszelkie możliwe nagrody. Na ich - szeroko reklamowane - koncerty przyszło ledwie kilku Rodaków. Dodam, że wstęp był oczywiście bezpłatny, chociaż z drugiej strony sam się zastanawiam skąd ta "oczywistość", w sytuacji gdy tutaj zwyczajowo za wstęp na takie koncerty się płaci i to często wcale nie mało. Jedyną w miarę rozsądną liczbowo publiczność udało się zapewnić organizując koncert w kościele, tuż po mszy św. Idąc dalej: miałem okazję poznać organizatorów różnego rodzaju bardziej ambitnych koncertów rockowych (chociaż "rock" traktuję tutaj mocno umownie, bardziej jako alternatywę do muzyki klasycznej). Efekty? Pusta sala i niepotrzebne frustracje. Przerzucili się na discopolo i - cała sala śpiewa z nami, że wszyscy Polacy to jedna rodzina oraz że jesteś szalona, mówię ci... Niektórzy brną więc w to dalej, inni na emigracji wybrali dodatkowo emigrację wewnętrzną. Po takich doświadczeniach wiadomo już, ze nie ma co się starać i poświęcać czas na organizowanie tego typu eventów, chyba że ma to być sztuka dla sztuki.

Wspomniany wcześniej kościół to zresztą odrębna, chociaż najczęściej przemilczana, sfera polonijnej działalności wolontaryjnej w Irlandii. To, co nie udaje się w różnego rodzaju ośrodkach czy instytucjach kulturalnych, często udaje się w budynku kościoła. Wróćmy choćby do przykładu filmów: te wyświetlane w przykościelnych salkach praktycznie zawsze gromadzą komplet publiczności. Oczywiście, są to z reguły filmy dokumentalne, pokazujące to, co się dzieje w Polsce. Bo nie ma co ukrywać, że po 10 kwietnia 2010 r. wielu ludzi zrozumiało, że chociaż nie interesowało się polityką w Polsce, to jednak polityka zainteresowała się nimi. Bo jeżeli, powtarzając za Ewangelistą, "z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?" Jeżeli można było tak potraktować śledztwo po katastrofie w której zginęło tylu wybitnych Polaków, to każdy obywatel RP, choćby na emigracji, ma teraz pełny obraz i jasność sytuacji, że jeżeli jemu się coś przytrafi, to poza ewentualnie najbliższą rodziną - nikt, w tym jego własne państwo, nie kiwnie palcem aby mu pomóc. Bo skoro z "zielonym drzewem to uczynili"... Dlatego Polacy zaczęli, również wolontaryjnie, organizować się w różnego rodzaju, jeszcze nie do końca sformalizowane, struktury patriotyczne.

Ale nie da się ukryć, że działalność wolontaryjna nie jest popularna wśród Rodaków na Wyspie. O ile taki stan rzeczy byłby zrozumiały w Polsce, gdzie wiele osób musi poświęcać swój czas na gonitwę za każdą złotówką, o tyle nieco dziwi w Irlandii, gdzie istnieje taka masa przeróżnych wolontaryjnych organizacji, w których udzielają się Irlandczycy. Niestety, nie bierzemy z nich przykładu. Dlaczego? Można by snuć teorie o skażeniu komuną i wstrętu do "czynów społecznych", w których wówczas każdy czy chciał - czy nie - musiał brać udział, gdyby nie to, że większość Rodaków mieszkających tutaj nie może pamiętać minionego ustroju i tychże "czynów", z prostego biologicznego powodu: albo nie było ich jeszcze na świecie, albo z tego ich "bycia" niewiele pamiętają.

Zresztą, pal sześć niechęć do wolonatariatu, gorzej - że co niektórzy przenoszą to także na niechęć do wolontariuszy. Wprost nie do wiary, ilu jest sfrustrowanych fantastów żyjących w gastarbeiterskim trójkącie bermudzkim: dom-praca-tesco, spędzających wolny czas z puszką Karpackiego przed Cyfrą Plus, za to mających dużo do powiedzenia na temat polonijnych organizacji, imprez organizowanych przez polskich wolontariuszy, czy wręcz - samych wolontariuszy, których i tak jest w Irlandii garstka. Wolontariusz jest dla takiego gastarbeitera kimś z gruntu rzeczy podejrzanym, bo przecież jak można pracować za darmo? Nie, to na pewno jakiś kant, zakładają sobie te organizacje i tłuste pensje sobie płacą, ot co. Ręce opadają. Jak jest tak dobrze, to weźże sobie jeden z drugim załóż też taką organizację, organizuj eventy z darmowym wejściem i wypłacaj sobie tłustą pensję, zamiast co rano podbijać kartę gdzieś w fabryce szkła, plastiku czy papieru. Odpowiedź takiego "wszystkowiedzącego" oczywiście będzie typowa: nie da się, bo... - w miejsce kropek można wstawić dowolnie bzdurny argument.

Swoją drogą, przypomina mi się historia sprzed dobrych kilku lat, kiedy wraz z napływem Rodaków na Wyspie zaczęły otwierać się sklepy z polską żywnością, tyle że z rosyjskojęzycznymi właścicielami. Przez polonijne fora przewaliła się dyskusja, że Polak oczywiście nie ma szansy otworzyć tutaj własnego sklepu, bo wykończy go "ruska mafia" która ma monopol na takież sklepiki. Ba, znaleźli się nawet tacy, którzy święcie wierzyli w te bzdury. Tymczasem powstał pierwszy polski sklep z polskim właścicielem, za nim kolejne, polskie restauracje a nawet mini-księgarnie. Dało się? Dało. Ale "wszystkowiedzący" i tak wiedzą lepiej.

Miejmy nadzieję, że podobnie rozwiną się wolontaryjne organizacje polonijne w Irlandii, które, tak jak stowarzyszenia wszystkich mniejszości narodowych na całym świecie, będą promowały najlepsze tradycje ojczystego kraju. I że w końcu będziemy mogli wybrać się na Festiwal Kultury Polskiej w Dublinie.

Czego sobie i Państwu życzę...

wtorek, 21 sierpnia 2012

Danuta Kępa-Figura, Iwona Hofman: "Współczesne media - kryzys w mediach", tom 1

Nakładem wydawnictwa mojej macierzystej uczelni, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, ukazała się praca naukowa "Współczesne media - kryzys w mediach" Danuty Kępy-Figury i Iwony Hofman. Znalazł się w niej również cytat z mojego bloga ;-)

W pracy jest zawarty artykuł Tomasza Wybranowskiego "Polonijne media w Irlandii wobec kryzysu ekonomicznego. Ich nowa rola, posłannictwo i walka o przetrwanie na przykładzie tygodnika "Kurier Polski". W tym tekście autor omawia działalność praktycznie wszystkich polonijnych mediów w Irlandii, od 2004 do 2011 roku. Przewija się tam i moje nazwisko, a większy cytat znajduje się w przypisie na 256 stronie - treść poniżej:


niedziela, 19 sierpnia 2012

Plener portretowy MyCork Foto Klub

Dzisiaj, w ramach MyCork Foto Klub, miał miejsce plener portretowy. Plener, na terenie University College Cork, poprowadził Adam Deryng.

/Powyżej: część uczestników pleneru/

Wbrew początkowym obawom, pogoda nam dopisała. Dzięki dużej dawce przekazanej wiedzy oraz odpowiedniemu wyborowi portretowanych osób, plener był bardzo udany a uczestnicy - zadowoleni.

/Powyżej: Agnieszka w trakcie plenerowej sesji/

Dziękuję Agnieszce Deryng z salonu SAI Hair & Beauty przy 10 Tuckey Street w Cork, za profesjonalne przygotowanie modelek do sesji.

Kolejne zajęcia - już za kilka tygodni. Tym razem skupimy się na fotografii analogowej.

sobota, 18 sierpnia 2012

Wieczór Autorski Tomasza Wybranowskiego

W sobotę, 18 sierpnia b.r. w sali na piętrze pubu The Franciscan Well w Cork udało mi się zorganizować /jako projekt Stowarzyszenia MyCork/ Wieczór Autorski Tomasza Wybranowskiego, dziennikarza i publicysty, radiowca, poety i pisarza. Właśnie ukazał się czwarty tomik jego wierszy pt.: "Nocne Czuwanie".

/Powyżej: Tomasz Wybranowski w Cork/

Jak napisał w swojej recenzji Juliusz Bolek: "IV zbiór wierszy Tomasza Wybranowskiego pozornie jest eklektyczny. Jednakże książka zawiera głównie utwory refleksyjne. Poezję cechuje erudycja. Jest w niej wiele odniesień do mitologii, Biblii, literatury. Wiersze stanowią element dialogu kulturowego i dysputy filozoficznej. To poezja bogata, przepojona tęsknotą i niespełnieniem. Autor posiada bogatą wyobraźnię i stwarzanymi przez siebie światami uwodzi czytelnika. Przychodzi mu to łatwością, gdyż posiada dużą wrażliwość emocjonalną i estetyczną."

W trakcie spotkania Tomasz Wybranowski opowiedział o sobie, swoich radiowych i muzycznych pasjach, ale przede wszystkim - o poezji z "Nocnego czuwania". Autor obiecał, że powróci jeszcze do Cork.

Tomasz Wybranowski - Roztoczanin z serca Zamojszczyzny. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko - medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” i redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet".

Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 - 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. Od roku 2008 nieprzerwanie redaktor naczelny magazynu „Kurier Polski”. W latach 2008 - 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 260 wydań) nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM.

Autor trzech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990, „Czekanie na świt” 1992 i „Biały” 1995). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). W bieżącym roku ukazał się tomik „Nocne Czuwanie” (wydawnictwo Kontury) a także e-book tegoż wydawnictwa.

piątek, 17 sierpnia 2012

Analogowe "pstrykanie" - c.d.

Jak już pisałem, zabrałem się za analogowe "pstrykanie" fotek. Pstrykanie fotek, a nie robienie zdjęć, bo trzeba znać swoje miejsce w szyku i w szeregu, tym bardziej że ja ciągle fotografuję raczej na chybił - trafił, niż świadomie.

Pocieszam się, że trening czyni mistrza, więc nie tracę nadziei że przez najbliższe ćwierć wieku do emerytury - nauczę się fotografować ;-) No właśnie, trening. Wczoraj miałem wypadek przy pracy, jak to kompletny laik który na razie ma tylko dobre chęci. Pomylilem przyciski i zamiast wyłączyć flash - zwinąłem dopiero w połowie wykorzystany film. Jeszcze jeden argument za w pełni mechanicznym aparatem, bez żadnej elektroniki ;-) Ale nie ma tego złego coby na dobre nie wyszlo, bo i tak chciałem już zobaczyć efekty. Film wywolali w labie (myślałem że w dobie "cyfrowek" te przybytki już zanikły, ale - nie ;-), a dodatkowo w postaci cyfrowej /chociaż w niskiej rozdzielczości/ dali też na płytce.

Przykładowy efekt - poniżej, ale podkreślam, na razie fotografuję amatorską "małpką" na amatorskim filmie:
/Powyżej - widok z mojego okna, skan/

Umieszczam to zdjęcie tylko dlatego, że to moja pierwsza, po dobrych kilku latach, fota zrobiona na filmie. Za to teraz zalożyłem film czarno-biały, przeznaczony do wywołania ręcznego. Nie mogę się doczekać efektow ;-)

środa, 15 sierpnia 2012

Deszczowo w Cork

I tak cały dzień, i na zmianę. Albo pada, albo właśnie padało, albo zaraz zacznie padać. Nie można się nudzić ;-)

/Powyżej: zza szyby autobusu/

wtorek, 14 sierpnia 2012

Analogowe "pstrykanie"

Jednym z tematów zajęć MyCork Foto Klub będzie fotografia analogowa. A przynajmniej - taki mamy plan. Czas więc żeby sobie przypomnieć, jak to jeszcze nie tak dawno bywało. W tym celu wygrzebałem gdzieś z dna szafy zapomniany już analogowy amatorski aparacik, kupiłem równie amatorski kolorowy film - i wyszedłem "na miasto", coby zrobić kilka zdjęć.

/Powyżej - mój stary analogowy kompaktowy aparacik, ponownie w użyciu ;-)/

Od razu zaznaczę po raz kolejny, że w dziedzinie fotografii jestem kompletnym amatorem i kompletnym amatorem pozostanę. Zdjęcia zawsze robiłem mniej lub bardziej zaawansowanymi "małpkami", a najchętniej - komórką. Natomiast bardzo lubię oglądać zdjęcia innych, szczególnie te sprzed co najmniej kilkudziesięciu lat. Dodatkowo - od jakiegoś czasu jestem pod ogromnym wrażeniem fotografii otworkowej i mam nadzieję że wkrótce sam odważę się na takie eksperymenty. No i - ten urok stuletnich aparatów :-)

Moje obecne analogowe pstrykanie to oczywiście tylko w celu odświeżenia pamięci i przypomnienia sobie "jak to się robi", bo w ramach MFK zdjęcia będziemy robili czarno-białe i w dodatku spróbujemy sami je wywołać. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A wrażenia po ponad 6-cio letniej przerwie w robieniu zdjęć na filmie? Ha, to zupełnie inna filozofia. Ograniczona ilość klatek i brak możliwości sprawdzenia na wyświetlaczu "jak wyszło", zmusza do myślenia przed naciśnięciem migawki. No i - ten element niepewności ;-)

Przydałby się też jakiś inny aparat, stary, prosty, bez żadnych dodatkowych funkcji i jak najbardziej mechaniczny. Myślę o Ami 66, polskim aparacie który miałem jako kilkuletni chłopak. Jeżeli pomyślnie przejdę przez zajęcia z fotografią analogową, nauczę się samemu "wołać" filmy - to pewnie do niego wrócę.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Tour de Munster 2012

Od 9 do 12 sierpnia b.r. w Irlandii miał miejsce Tour de Munster 2012, charytatywny 4-dniowy maraton rowerowy przez sześć hrabstw Munster, w trakcie którego zbierano pieniądze na pomoc osobom z zespołem Downa.

W tym maratonie wziął udział m.in. Sean Kelly, były irlandzki kolarz szosowy, jeden z najbardziej utytułowanych kolarzy lat 80-tych ub.w. A także - 150 innych rowerzystów.

/Powyżej: Tour de Munster 2012 - zakończenie w Cork/

środa, 8 sierpnia 2012

Witajcie w nowych czasach, czyli krótkie oświadczenie...

Drodzy Czytelnicy,

od kilku miesięcy pewna persona, zresztą niestety mi znana chociaż zupełnie przelotnie, usiłuje wprowadzić w błąd niezorientowane osoby, podszywając się pode mnie.

To jest szereg działań: od założenia na jednym z "lokalnych" forów nicka identycznego z tym od lat używanym przeze mnie, po wypowiedzi, również pod innymi nickami, sugerujące, że mogę być ich autorem. Mało tego, podszywa się niejako podwójnie - najpierw "anonimowo" atakując mnie, później w odpowiedzi "atakując" samego siebie z podaniem swoich własnych danych osobowych, sugerując tym samym, że jest to "odwet" z mojej strony. Ponadto - kopiuje bez mojej zgody zdjęcia i teksty, których jestem autorem. Pomijam dodatkowo przeróżne pomówienia.

Ta persona podszywa się także pod inne, bliskie lub znane mi osoby.

Linków podawał nie będę, bo uważam, że nie ma sensu poświęcać temu człowiekowi za dużo uwagi. Chciałbym jedynie prosić o ostrożność. Jedyne forum dyskusyjne na którym się obecnie udzielam, to forum.mycork.org. Na innych, w szczególności powstałych w ostatnich miesiącach, nie piszę, i póki co - nie mam zamiaru. Jedyny blog który obecnie prowadzę - to właśnie ten. Szkoda mi też czasu na jakieś podjazdowe internetowe wojenki, bo jedynie ten, kto nie ma własnego życia - zajmuje się życiem innych.

Jeżeli macie jakieś wątpliwości - proszę o kontakt e-mailowy lub przez fb. Jeżeli coś się zmieni - poinformuję o tym w tym miejscu.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek dojdzie do tego, że będę musiał coś takiego napisać. Prowadzę tego bloga od ośmiu lat. Spotykałem się już z wulgarnymi komentarzami, kradzieżą zdjęć i tekstów, pomówieniami, ba - groźbami nawet. Próba kradzieży tożsamości - to jednak dla mnie coś nowego.  W dodatku przez kogoś, kogo, jak napisałem, znam zupełnie przelotnie i - nigdy tej osobie nic złego nie zrobiłem.

No cóż, witajcie w nowych czasach...

Kupić dwie dostać jeden wolny...

Właściciel sklepu w Waterford miał dobre chęci, ale chyba za bardzo zaufał słownikowi ;-)

/Powyżej: witryna jednego ze sklepów przy Michael Street w Waterford/

Btw, napis został już poprawiony ;-)

wtorek, 7 sierpnia 2012

W "Kolejce" z przyjaciółmi ;-)

Jak już pisałem, weekend spędziłem w Waterford, gdzie byłem na Spraoi International Street Art Festival. Zatrzymałem się u przyjaciół - Iwy i Krzysztofa Wiśniewskich, fantastycznych ludzi i animatorów wielu polonijnych wydarzeń w tym mieście.

Iwy i Krzysztofa przedstawiać nie trzeba - jeżeli coś interesującego i wartościowego dla Polonii dzieje się w Waterford, to oni na pewno "maczają" w tym palce. W największym skrócie: Krzysztof jest m.in. twórcą, administratorem i dziennikarzem portalu Waterpol.org, a Iwa jest obecnie m.in. przewodniczącą Klubu Gazety Polskiej w Waterford. Oprócz tego: pomagają, doradzają, udzielają się wolontaryjnie w wielu miejscach. Prywatnie można Ich poznać również poprzez bloga: futraki.blogspot.com.

/Powyżej: gra planszowa "Kolejka" wydana przez IPN/

Wieczorami, oprócz "nocnych Polaków rozmów", rozegraliśmy też kilka partii różnych gier planszowych. I, chociaż ja specjalnie nigdy fanem "planszówek" nie byłem, muszę przyznać że bawiłem się świetnie. M.in. graliśmy w "Kolejkę", grę wydana przez IPN, która naśladowała realia życia w PRL. Trzeba było kupić pewną ilość towarów, problem w tym, że półki w sklepach były puste, nigdy nie wiadomo do ktorego przyjdzie dostawa, kolejkowicze się przepychali lub "załatwiali" towar spod lady, itd. Istniała co prawda namiastka wolnego rynku w postaci bazaru, ale trapiły go ciągłe obławy na spekulantów.

Świetna lekcja wcale nie tak odległej codziennej historii życia milionów Polaków...

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Spraoi International Street Art Festival w Waterford

W miniony weekend byłem w Waterford, gdzie od piątku do niedzieli (3-5 b.m.) miał miejsce XX Międzynarodowy Festiwal Sztuki Ulicznej "Spraoi".

Historia festiwalu sięga 1993 roku, wszystko zaczęło się od jednodniowej imprezy. Dzisiaj festiwal jest jednym z najbardziej znanych w Irlandii, co roku przyciąga tysiące turystów którzy podziwiają artystów z całego świata.

W tym roku atrakcji było tak wiele, że chyba nie sposób było obejrzeć wszystkich. Koncerty, występy teatrów ulicznych, pokazy żonglerów, parada, luminarium Amococo, itd., itp. i na koniec - rewelacyjny pokaz sztucznych ogni. Było w czym wybierać ;-)

Poniżej - kilka moich zdjęć z festiwalu:

/Powyżej: jeden z koncertów/

/Powyżej: uliczna parada/

 
/Powyżej: pokaz żonglerki/

/Powyżej: uliczny teatr jednego aktora ;-)/

/Powyżej: koncert na ulicy/
 
/Powyżej: jestem w luminarium Amococo/

/Powyżej: pokaz sztucznych ogni/

niedziela, 5 sierpnia 2012

Polski kościół w Waterford

Niedziela w Waterford, więc "polska" Msza Św. w St. John's przy Parnell Street.

W Waterford są dwa kościoły w których odbywają się Msze w języku polskim: rano (10.00) właśnie w kościele St. John's przy Parnell Street i wieczorem (19.00) w kościele St. Patrick's przy Jenkin's Lane. Duszpasterzem Polonii w Waterford jest ks. Emil Adler.

/Powyżej: stoję przed w St. John's w Waterford/

Polska parafia ma własną stronę www i profil na fb. Działa również prowadzona przez wolontariuszy parafialna polska biblioteka, w której oprócz książek można wypożyczyć także multimedia.

/Powyżej: St. Patrick's Church w Waterford/

środa, 1 sierpnia 2012

Tomasz Wybranowski: "Nocne Czuwanie"

Dzisiaj dostałem pocztą jeszcze ciepły najnowszy tomik wierszy Tomasza Wybranowskiego "Nocne Czuwanie". Przeczytałem go od razu "od deski do deski", ale wiem, że będę do niego wracał wielokrotnie.

Z Tomkiem miałem zaszczyt współpracować w redagowanej przez niego "Wyspie" i "Kurierze Polskim". Serce nas obu zostało na Zamojszczyźnie, gdzie się wychowaliśmy i w Lublinie, gdzie obydwaj studiowaliśmy, ale poznaliśmy się dopiero w Irlandii. Do tej pory znałem Go głównie jako świetnego dziennikarza radiowego i prasowego, jako poetę - poznaję Go dopiero teraz. I - jestem pod ogromnym wrażeniem. "Nocne Czuwanie" - po prostu rzuca na kolana.

Tematyka "Nocnego Czuwania" obejmuje, dosłownie, cały wszechświat. Są tam pytania i odpowiedzi na najbardziej fundamentalne a nawet eschatologiczne pytania, które stawia sobie każdy z nas. Ale nie mogłoby zabraknąć także głosu o nas, Polakach w Irlandii:


Dublin nocą

Wiśniówka z colą
niewinny drobiazg
potrafi zaszumieć
albo malinowy cider ze Szwecji…

w sercu celtyckiego Dublina Polacy
ich fobie i sny o potędze,
smutek i euforia,
żal za grzechy swoje i cudze
(jak to w naszej naturze)
i nietzscheanizm w najczystszej
bo spirytusowej formie

i jeszcze deszcz
– prawda wieczna w tym kraju