piątek, 31 lipca 2015

Restauracje i bary w Cork: Imbir

Od dwóch tygodni przy 11 Kyle Street działa "Imbir" - prowadzony przez naszych Rodaków takeaway. Domowa kuchnia, przystępne ceny.

/Powyżej: Imbir przy Kyle Street/

wtorek, 28 lipca 2015

Historia III Rzeszy

Niemiecki dokument z 2010 r. Pomimo że niemiecki, jednak oddaje sporą część historycznej prawdy o niemieckich zbrodniach i narodzie który uwierzył że jest "rasą panów".

Dokument składa się z 4 części po ok. 50 minut każda: 1. Początki Trzeciej Rzeszy, 2. Rzesza rośnie w siłę, 3. Lata wojenne i 4. Upadek Trzeciej Rzeszy. Sporo dobrej jakości archiwalnych filmów, w tym kolorowych. Streszczać nie ma potrzeby, tytuły odcinków mówią same za siebie.

Interesujące jest to, że w dokumencie sami Niemcy wyraźnie przyznają że są odpowiedzialni za zbrodnie wojenne, obozy zagłady i niewyobrażalny rabunek w okupowanych krajach, nie ma za to bajania o jakimś narodzie "nazistów" który pojawił się nie wiadomo skąd w 1933 roku i rozpłynął się we mgle w 1945, a wcześniej jeszcze zdążył okupować miłujący pokój naród niemiecki. Przy okazji przypomina się też entuzjazm Austriaków, którzy bezwarunkowo popierali Hitlera /a po wojnie zrobili z siebie ofiarę "nazistów"/.

W tym dokumencie Niemcy uderzają się w pierś. Nie tak mocno jak na to zasługują, ale dobre i to.

piątek, 24 lipca 2015

Jeremiah O’ Donovan Rossa Torchlit Parade. "Wolność dla Polski" - w blasku pochodni

W tym roku minęła setna rocznica śmierci Jeremiaha O'Donovan Rossa, irlandzkiego patrioty i działacza niepodległościowego. Z tej okazji w Skibbereen złożono mu niezwykły hołd, inscenizując pochód z pochodniami, który został przez niego zorganizowany 5 marca 1863 roku - dla poparcia polskiego Powstania Styczniowego.

/Powyżej: uczestnicy marszu z transparentami, kadr z filmiku/

Wówczas, pomimo formalnego zakazu, wzięło w nim udział ponad 6 tysięcy osób, które niosły polskie flagi i transparenty popierające polskie dążenia do niepodległości, a sam Jeremiah O'Donovan Rossa wygłosił płomienne przemówienie do zgromadzonych na rzecz wolności wszystkich narodów.

Oczywiście nie należy mieć złudzeń: ówcześni Irlandczycy zapewne wiedzieli tyle samo o Polsce, co współcześnie żyjący nasi Rodacy w swojej zdecydowanej większości wiedzieli o Irlandii nieco ponad dekadę temu, zanim ta otworzyła dla nas swój rynek pracy: czyli praktycznie nic. Więcej o Polsce słyszeli współcześnie żyjący rodowici mieszkańcy Zielonej Wyspy: bo Papież /zresztą jedyny który odwiedził ich kraj/, bo Solidarność, bo Lech Wałęsa który "przeskoczył płot i obalił komunę", sam, w pojedynkę, "tymi ręcami" - ale to już inna historia. Niemniej część z nich myślała że Polska leży gdzieś w Rosji, po ulicach chodzą u nas białe niedźwiedzie i byli zdziwieni że potrafimy włączyć mikrofalówkę. Na szczęście spora grupa z nich skuszona tanimi lotami i jeszcze tańszym piwem odwiedziła nasz kRAJ, co spowodowało źle maskowany opad szczęki i jednoznacznie położyło kres głupim dowcipom. My też zrozumieliśmy ze Irlandia i Islandia to dwa różne kraje, chociaż większość z nas mieszkająca tutaj od lat do tej pory nie zna irlandzkiego hymnu.

Niemniej, ponad półtora stulecia temu to Irlandczycy upomnieli się o "wolność dla Polski", chociaż zapewne był to tylko i wyłącznie pretekst by upomnieć się o wolność swoją, czego nie mogli wyartykułować wprost. Demonstrując w obronie Polski - sprzeciwiali się "tyranii niszczącej małe państwa". Jakiekolwiek były ich rzeczywiste intencje - panowie, czapki z głów...

W tym roku mieszkańcy Skibbereen również stanęli na wysokości zadania: całe miasteczko dzięki starannym dekoracjom dosłownie cofnęło się o ponad wiek a demonstranci przebrani w stroje z epoki, tak jak 152 lata temu ponownie ruszyli ulicami miasta domagając się... wolności dla Polski! Warto dodać, że tym razem wraz z Irlandczykami szła również grupa naszych Rodaków z Cork. Wrażenie niesamowite. Tym bardziej gdy sobie uświadomimy, że hasła skandowane ponad półtora wieku temu - niestety w dużej mierze nadal są aktualne.

/Powyżej: uczestnicy marszu z pochodniami/

"Freedom for Poland" - skandowali uczestnicy tegorocznego pochodu w Skibbereen. Można oczywiście wziąć za dobrą monetę bajania polskojęzycznej rządowej sitwy o "25 latach wolności", chociaż większość z nas już wie że była to wyłącznie wolność dla różnego rodzaju szumowin które zalęgły się w naszym kRAJu, a dla nas - była to wolność od zdrowego rozsądku, od narodowego majątku, od prawdziwej historii naszej Ojczyzny. Kiedy Sowieci wkraczali na nasze ziemie podobnie nas uwalniali - od fabryk, inwentarza czy zaskórniaków schowanych gdzieś za piecem. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że niemal cały nasz przemysł który przetrwał niemiecką okupację został zniszczony przez Sowietów, którzy demontowali i wywozili w głąb Sowieckiego Sojuza praktycznie wszystko. Zresztą złodziejstwo sołdatów Stalina było przysłowiowe, nawet słynną fotografię z wieszania sowieckiej flagi na Reichstagu ilustrującą wiele podręczników do historii trzeba było retuszować, bo ruski sołdat miał na nadgarstkach dwa zegarki. "Trofiejne", rzecz jasna. Teraz takich samych kradzieży tyle że w białych rękawiczkach dokonują ich mentalni spadkobiercy. Zresztą, czasami nie tylko mentalni ale jak najbardziej wywodzący się z prostej linii.

Kto wie, być może to wołanie w Skibbereen o "wolność dla Polski" ma także, wbrew pozorom, głębsze znaczenie. Nie może być wolnej Europy bez wolnej Polski. Oczywiście mam na myśli całą Europę, a nie to co zachodni historycy i czytelnicy ich książek często za Europę uważają. Dla nich Europa kończyła się na wschodniej granicy Niemiec a zaszczyt należenia do niej przypadał tylko co niektórym pięknym i bogatym krainom, które chociaż relatywnie nadal są bogate, popadają w coraz większa dekadencję. Tymczasem czy im się podoba czy nie, Europa to także Polska, Węgry, Czechy i Słowacja, to nie tylko kraje nordyckie ale i bałtyckie, to nie tylko zachód ale i pozostałe kierunki geograficzne, to w końcu również Białoruś i Ukraina. Jeżeli nie będzie wolnej Polski nie będzie też wolnej Litwy, Łotwy, Estonii, itp. Tak więc Irlandczycy skandując zarówno w 1863 jak i w 2015 roku "Freedom for Poland", wołają też o wolność dla innych. W tym - i dla swojego kraju.

/Powyżej: polska grupa z Cork tuż przed odjazdem z Skibbereen/

Warto jeszcze przypomnieć, że marsz pod hasłem "wolność dla Polski" i wtedy i teraz odbył się w blasku pochodni. Biedni polskojęzyczni lewacy, jak tu teraz skrytykować Irlandczyków za faszyzm, bo przecież według lewackiej logiki potępiającej takie marsze organizowane przez polskie środowiska patriotyczne - kto maszeruje z pochodnią, ten faszysta? A tutaj taki celtycki numer Irlandczycy im wykręcili, ci sami zresztą którzy nie tak dawno w tęczowym referendum wprowadzili u siebie małżeństwa tej samej płci. Jak to pogodzić, comrades? No chyba że wg lewaków monopol na bycie faszystą mają tylko wspomniani polscy patrioci - to wtedy co innego.

Wiadomo że faszyści z nas straszni, tak przynajmniej głoszą lewaccy tzw. "antyfaszyści", bo "polskie obozy pracy", bo "Nasze matki, nasi ojcowie", bo "Ida" i "Pokłosie". Winston Churchill podobno powiedział, że "w przyszłości faszyści będą sami nazywali siebie antyfaszystami", z kolei Joseph Goebbels - że "kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą." Z kolei gdy Chińczyk za kimś nie przepada to życzy mu aby "żył w ciekawych czasach". My niestety żyjemy w tych ciekawych czasach w których kłamstwo przedstawia się jako prawdę, prawdę - jako kłamstwo, a prym w mass mediach wiodą faszyści nazywający siebie antyfaszystami.

I w których o wolność dla Polski - apelują Irlandczycy. Choćby tylko w historycznych inscenizacjach...

Więcej zdjęć znajduje się w mojej galerii na fb: LINK. Poniżej - nakręcony przeze mnie filmik z parady w Skibbereen:

czwartek, 23 lipca 2015

Mosty w Cork: Daly's Bridge

Daly's Bridge to jest most, czy też ściślej - kładka dla pieszych, znajdująca się przy Fitzgerald's Park. Zbudowano go głównie z kutego żelaza w 1926 r., otwarto rok później. Jest to jedyny wiszący most w Cork.

/Powyżej: Daly's Bridge/

Most jest nazwany od imienia corkowskiego biznesmena Jamesa Daly, który pokrył znaczną część jego kosztów, ale powszechnie nazywa się go "drżącym" lub "trzęsącym" się mostem, co wynika z jego drgań kiedy się po nim biegnie lub skacze.

sobota, 18 lipca 2015

Swój do swojego po swoje

"Do Polski trafiają produkty drugiej kategorii? Jesteśmy śmietnikiem Europy!" - alarmują polskojęzyczne media w Polsce. Zorientowali się dobre 20 lat po fakcie, ale skoro w ogóle o tym piszą to znaczy że problem jest znacznie większy niż nam się wydaje. Zalew zachodniej tandety w kolorowym opakowaniu rozpoczął się na masową skalę po 1989 roku, ale po wejściu Polski do UE - to już jest potop. Zyskują zachodni producenci którzy odbierają zyski, traci na tym nasza Ojczyzna w której już "nic się nie opłaca" a jedyną perspektywą dla młodych ludzi jest wyjazd za granicę.

Koleżanka która odwiedziła Irlandię prosiła mnie kilkakrotnie o przywiezienie z Cork... herbaty, twierdząc że sprzedawana tutaj jest znacznie lepsza od dostępnej w Polsce. Hm, herbata nie rośnie ani w Irlandii ani w Polsce, więc co za różnica gdzie się ją kupi? - myślałem, ale jednak okazuje się, że to ona miała rację. Zresztą - nie tylko w przypadku herbaty.

Głośną burzę wywołały słowa Matta Simistera z brytyjskiej sieci Tesco który stwierdził że "do krajów Europy Środkowo-Wschodniej trafiają towary drugiej kategorii". Również niemiecki polskojęzyczny "Fakt" przyznaje, że do Polski trafiają produkty spożywcze znacznie gorszej jakości niż te sprzedawane w Niemczech.

Nie dość że w krajach Europy Zachodniej kupimy produkty lepszej jakości, to jeszcze z reguły zapłacimy za nie znacznie mniej niż w Polsce. Jak to możliwe? Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Ale - nie tylko. To wprost nie mieści się w głowie, że dajemy sobie wciskać coś czego nie kupiłby Anglik lub Niemiec i w dodatku płacimy za to znacznie więcej niż oni, pomimo że zarabiamy od nich jednak ciągle znacznie mniej? Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: dajemy się okradać.

Nie będę powtarzał rzeczy już powszechnie znanych: pozwoliliśmy zniszczyć rodzimy przemysł, najlepsze polskie marki przeszły w obce ręce a nam wmówiono że jedyne czym powinniśmy się w Polsce zajmować  - to usługi. Zupełnie kuriozalna sytuacja panuje na rynku mediów, gdzie niemal na palcach jednej ręki można policzyć polskie tytuły prasowe. Jeżeli największa codzienną gazetę wydaje niemiecki koncern który kontroluje również niemal wszystkie tytuły prasy lokalnej i sporą część kolorowej, to czy nie powinna nam się zapalić lampka ostrzegawcza?

Najwyższy chyba już czas wziąć przykład z Irlandczyków i innych nacji które bardzo podkreślają swoje przywiązanie do lokalnych produktów. My już przed wojną mieliśmy piękne hasło: "Swój do swojego po swoje". Skoro Irlandczyk który chce kupować w irlandzkim sklepie irlandzkie produkty jest przedstawiany jako wzór do naśladowania, dlaczego nie powinniśmy w Polsce robić tego samego, to jest nawoływać do kupowania w polskich sklepach polskich produktów? Oczywiście na takie pomysły polskojęzyczne lewactwo natychmiast dostaje szału wrzeszcząc coś o faszyzmie. Faszyzm, wszędzie faszyzm. Jak to możliwe, że na Zachodzie takie zachowania są pokazywane jako wzór, a u nas potępiane? Czy nie dlatego, że daliśmy się sterroryzować jakiejś głośnej, chociaż zupełnie marginalnej grupce idiotów?

Powie ktoś, że ludzie jednak głosują portfelem i nie chcą przepłacać. Zgoda, ale jak to możliwe że za polskie towary płaciliśmy więcej /czas przeszły, bo polskich towarów pozostało już jak na lekarstwo/, niż za importowane, które przecież trzeba było wieźć kawał drogi? Odpowiedź jest prosta: zawdzięczamy przede wszystkim naszemu fiskusowi, zus-owi i tym podobnym instytucjom. Zagmatwane prawo, koszmarnie drogi zus i skarbówka która ma normy do wykonania w postaci ściągania haraczu od wszystkich małych, ale za to polskich firm. Tych zagranicznych oczywiście nie ruszają.

Skąd się wzięło złe prawo i skąd taka pogarda dla polskiego przedsiębiorcy? Ryba psuje się od głowy, odpowiedzialność za barbarzyńskie prawo ponoszą polscy politycy którzy w rzeczywistości zapewne byli na żołdzie innych państw, przy okazji okradając własne. Nikt o tym nie mówi głośno ale jest tajemnicą poliszynela że w Polsce można kupić praktycznie każdą ustawę, to tylko kwestia ceny. I wydaje mi się, że średnio rozgarnięty prokurator któremu pozwolono by się tym zająć, szybko ustaliłby kto imiennie od roku pamiętnego 1989 działał na szkodę Polski, ile za to dostał i od kogo. Potrzeba tylko politycznej woli - no i sporego oddziału komandosów do ochrony tegoż prokuratora przed seryjnym samobójcą.

Druga kwestia - mentalność i wynikająca z niej urzędnicza pogarda dla każdego kto chce sam być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. To już niestety spuścizna komuny która wtłaczała ludziom do głowy że "prywaciarz" to oszust i złodziej żerujący na klasie robotniczo-chłopskiej, więc urzędasy wyuczeni jeszcze w minionej epoce, a także ich "powkręcane" do budżetówki dzieci które, chociaż czasy już inne, mentalną komunę dostały w spadkach po rodzicach, robią co mogą by zwalczać "wrogów ludu", nawet przekraczając i tak już wspomniane bandyckie prawo. Z mentalnością jest jeszcze gorzej niż ze złym prawem, bo o ile prawo można zmienić pisząc je od nowa /bo to które jest nie nadaje się już do kolejnych poprawek/, to zmiana mentalności jest praktycznie niemożliwa w ciągu jednego pokolenia. A czasu - brak. Dlatego trzeba napisać prawo tak, żeby nie dawało żadnej możliwości dowolnej interpretacji przez urzędnika i całkowicie wykluczało jakąkolwiek uznaniowość.

Najważniejsze jednak żeby zając się naprawą zepsutego państwa, które - obserwując to co się ostatnio dzieje w UE - może być nam jednak potrzebne. Kto wie czy Grecy nie opuszczą jednak strefy euro co może spowodować efekt domina, Brytyjczycy myślą z kolei w ogóle o wyjściu z UE. My, dzięki Bogu, ciągle mamy swoją walutę a do UE weszliśmy stosunkowo niedawno więc może i wyjść będzie łatwiej, jeżeli zajdzie taka potrzeba, a przede wszystkim - jeżeli dokonamy bilansu zysków i strat.

Gdybyśmy tylko mieli rząd który kierowałby się polska racją stanu - a nie interesami innych państw - być może wystarczy nam sama obecność w NATO i w strefie Schengen, wraz z budowaniem silnej pozycji Polski wśród krajów Europy Środkowej.

A zacząć można od rzeczy prostych: swój do swojego po swoje...

piątek, 17 lipca 2015

Baltimore

Baltimore to wioska w hr. Cork znajdująca się na południowo-zachodnim wybrzeżu Irlandii. To tutaj znajduje się słynny "Baltimore Beacon", ilustrujący wiele przewodników po Irlandii.

Wioska była nękana przez piratów, przez co w 1631 roku została wyludniona. Powolne ożywienie zaczęło się w XVIII wieku, a od początku 1800 roku wieś zaczęła się ponownie rozwijać, chociaż ponownie poniosła duże straty w czasie Wielkiego Głodu.

/Powyżej: Baltimore Beacon/

Pomalowany na biało Baltimore Beacon, nazywany jest również "Żoną Lota". Ma ok. 15,2 m wysokości i 4,6 m średnicy u podstawy. Został wybudowany na zlecenie brytyjskiego rządu po 1798 roku. Był jedną z części serii sygnalizatorów i latarni rozrzuconych po wybrzeżu Irlandii, tworzących system ostrzegania.

czwartek, 16 lipca 2015

Kody pocztowe w Irlandii

Irlandia, jako zdaje się ostatni kraj w Europie, wprowadziła kody pocztowe. 

Dzisiaj dostałem list z "moim" kodem /chociaż już kilka dni temu mogłem go sprawdzić na necie/. Z ciekawostek: kod pocztowy wskazuje dokładnie na dom, a jeżeli w domu jest kilka mieszkań - to na konkretne mieszkanie, czyli każde mieszkanie ma własny, odrębny kod pocztowy. Swój własny kod można sprawdzić na stronie eircode.ie, można też znając kod - ustalić dokładny adres.

/Powyżej: mój list z informacją o kodzie pocztowym. Takie same listy zostały wysłane na adres wszystkich lokali mieszkalnych w Irlandii/

środa, 15 lipca 2015

Britannia w Cobh

Do Cobh wpłynął dzisiaj kolejny wielki statek pasażerski - Britannia. 

Ma 330 metrów długości, waży 141 tysięcy ton, ma 15 pokładów pasażerskich, zabiera 4300 pasażerów i prawie 1400 członków załogi. Odpływa o 23:00.

/Powyżej: Britannia w Cobh/

wtorek, 14 lipca 2015

The Photo Album of Ireland w Sirius Arts Centre

W Sirius Arts Centre w Cobh ma obecnie miejsce wystawa "The Photo Album of Ireland". 

Zobaczymy na niej kolekcję prywatnych zdjęć ponad 40 irlandzkich osób i rodzin. Prezentowane zdjęcia zostały wykonane we wszystkich technikach stosowanych w fotografii analogowej, od ambrotypów i dagerotypów z połowy XIX wieku po polaroidy z lat 80-tych XX w. Wystawa trwa od 9 lipca do 9 sierpnia b.r.

/Powyżej: fragment wystawy w Sirius Arts Centre/

sobota, 11 lipca 2015

Blarney in Bloom 2015

Dzisiaj w Blarney miał miejsce "Blarney in Bloom" - targi ogrodnicze a także rzemiosło lokalnych rękodzielników, pokaz drapieżnych ptaków, możliwość zwiedzania z przewodnikiem ogrodu roślin trujących jak również pocałowania /jeżeli ktoś jeszcze tego nie zrobił/ słynnego kamienia z Blarney.

Niestety - padało momentami dość intensywnie co miało wpływ na znacznie mniejszą niż przed rokiem liczbę odwiedzających. Nieco zdjęć z tego wydarzenia znajduje się w mojej galerii na fb: LINK.

/Powyżej: Blarney in Bloom 2015/

piątek, 10 lipca 2015

Harfistka na St. Patrick Street

Wśród muzyków grających na ulicach Cork wyraźnie wybijają się ci - grający na harfie. Piękna muzyka i piękny instrument, który w dodatku jest herbem Irlandii.

/Powyżej: harfistka na St. Patrick Street/

środa, 8 lipca 2015

Mosty w Cork: Michael Collins Bridge

Most Michaela Collinsa otworzono w Cork 19 listopada 1984 r. 

Uhonorowano w ten sposób uczestnika Powstania Wielkanocnego, założyciela i przywódcy IRA, który ostatnią noc swojego życia spędził w hotelu Imperial w Cork.

/Powyżej: Michael Collins Bridge/

wtorek, 7 lipca 2015

The Knitting Map

Zdążyłem na ostatni dzień wystawy "The Knitting Map" w Lewis Glucksman Gallery w Cork. 

I warto było. Oprócz tytułowego dzieła której autorami są Jools Gilson i Richard Povall, swoje prace wystawiali również Anni Albers i Jeremy Deller.

/Powyżej: wystawy w Lewis Glucksman Gallery/

poniedziałek, 6 lipca 2015

Polish Village na The Promenade Festival w Tramore

Od 3 do 5 lipca b.r. w Tramore k. Waterford miał miejsce The Promenade Festival. Było wiele atrakcji dla wszystkich - od najmłodszych po najstarszych, od teatrzyków kukiełkowych, przedstawień ulicznych, pokazów artystów, magików i cyrkowców po pokazy akrobacji lotniczych.  Nie zabrakło też polskiego akcentu.

/Powyżej: wejście do polskiej części festivalu w Tramore/

Wśród wielu stoisk lokalnych rzemieślników, rękodzielników i artystów itp. miała też miejsce "Polish Village", w której nasi Rodacy prezentowali swoje wyroby. Można było zjeść tradycyjne polskie potrawy, nabyć polski miód jak również unikalne ozdoby, biżuterię, zabawki, szkło dekoracyjne, tkaniny artystycznej, wyroby z wełny, polskie książki, itp., itd. Można tez było m.in. wziąć udział w warsztatach z wyrabiania świec z wezy pszczelej i pszczółek z papieru.

/Powyżej: Agnieszka na swoim stoisku z polskim miodem z z rodzinnej pasieki z Roztocza i świecami z wosku pszczelego/

Nie zabrakło też elementów tanecznych ;-) Panie wystawiające oferowane przez siebie produkty kilka razy zatańczyły również do piosenki "My Słowianie" Donatana i Cleo, zostając nagrodzone gromkimi brawami przez publiczność.

/Powyżej: "My Słowianie" na Polish Village/

Więcej zdjęć z festiwalu - w galerii na moim fb: LINK.

sobota, 4 lipca 2015

XXXII wizyta w Polsce (10): pomnik świni nad Wisłą

Spacerując bulwarem nad Wisłą w Krakowie można natknąć się na pomnik świni leżącej na stosie. To dyplomowa praca Mateusza Okońskiego pt. "Puryfikacja".

Miejsce artysta wybrał nie przypadkowo. Nieopodal mieści się galeria handlowa Kazimierz, kiedyś na jej miejscu znajdowała się dawna rzeźnia miejska z której spuszczano krew do Wisły.

/Powyżej: "Puryfikacja" Mateusza Okońskiego/

piątek, 3 lipca 2015

XXXII wizyta w Polsce (9): Muzeum PRL w Nowej Hucie

W dawnym kinie "Światowid" w Nowej Hucie otworzono Muzeum PRL. 

Na razie jest dość skromnie, więcej zdjęć i plansz niż eksponatów z prawdziwego zdarzenia, niemniej jednak dla młodszego pokolenia może to być cenna lekcja historii, a dla starszego - okazja do przypomnienia sobie lat dzieciństwa.

/Powyżej: dawne kino "Światowid", obecnie Muzeum PRL/

/Powyżej: Muzeum PRL w Nowej Hucie/

czwartek, 2 lipca 2015

XXXII wizyta w Polsce (8): Mad Max: Na drodze gniewu /3D/

Lata minęły od 3 części Mad Maxa. A dokładnie - lat 30. Z tym większą więc ciekawością obejrzałem kolejną część, chociaż już bez Mela Gibsona.


Ten film jest jak zdecydowana większość kontynuacji kultowych filmów z lat 80-tych: szybciej i głośniej, pytanie - czy lepiej? Pierwsze 3 części Mad Maxa miały swoisty klimat, część czwarta to świetne kino, ale główny bohater - w porównaniu z pierwowzorem - zdecydowanie nijaki, przytłoczony przez inne postacie a w szczególności przez Furiosę, którą brawurowo zagrała Charlize Theron.

Niemniej - warto obejrzeć. Szczególnie w 3D ;-)

środa, 1 lipca 2015

XXXII wizyta w Polsce (7): 3

Tak jak uwielbiam sztukę współczesną, tak większość wystaw czasowych które mają teraz miejsce w MOCAKu - to jakieś totalne nieporozumienie.

Tematyka: gender, Żydzi, geje, Holocaust - i jeszcze dowalmy JP2 i B16. Rozumiem że lewactwo które najwidoczniej obsiadło MOCAK też ma swoje prawa do manifestacji przekonań, ale to co tam teraz pokazują ma tyle wspólnego ze sztuką, co sztuka mięsa u rzeźnika z Placu Nowego w Krakowie. Pierwszy raz w życiu z galerii sztuki współczesnej wyszedłem zniesmaczony - i to nawet nie tematyką co odgrzewaniem starych kotletów i brakiem jakiegokolwiek pomysłu. Myślałem że może im chodzi o zaszokowanie tematyką, szczególnie w takim połączeniu - ale też nie, to robiło wrażenie może ze dwie dekady temu.

Sorry, taki mamy klimat, świat idzie naprzód i epatowanie gołymi tyłkami płci obojga to trochę za mało gdy chce się dyskutować na poważne tematy. Przewietrzcie towarzysze nieco swoje salony, przestańcie pokazywać to co dawno widzieli już wszyscy - łącznie z takimi laikami jak ja - i wpuścicie do galerii młodych twórców o świeżym spojrzeniu.

/"I see I see I see" Krištofa Kintery/

Ale żeby nie było - wśród wystaw stałych pojawiła się nowa praca która przypadła mi do gustu: rzeźba czy też jak to określono - obiekt akustyczny i elektromechaniczny: "I see I see I see", której autorem jest Krištof Kintera.

Jedna jaskółka /czy też - kruk ;-)/ wiosny nie czyni, no ale - na bezrybiu i kruk ryba...