Kolejny nowy rok przed nami. Każdy ma nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, ale wiadomo, czyją matką jest nadzieja, która zresztą podobno umiera ostatnia. Patrząc przez szkiełko mediów, wydaje się, że lepiej już było, teraz może być już tylko śmieszniej, chociaż dla wielu z nas będzie to śmiech przez łzy. Niemniej trzeba, jak to śpiewał Młynarski, "robić swoje", z nadzieją, że "może to coś da? kto wie?" Navigare necesse est i show must go on. Albo, jak mawiają Rosjanie: całej wódki, która jest na świecie - nie wypijesz, i wszystkich książek, które napisano - nie przeczytasz, ale - próbować trzeba! No dobrze, może zamiast książek była tam mowa o kobietach, niemniej sens jest ten sam: bez względu na czasy i okoliczności, każdy z nas powinien jak najlepiej wykonywać swoje powinności, do których został powołany, choćby było to tylko, wymienione na wstępie Biblii, "kopanie rowu w ziemi, żeby nawadniać glebę".
Przepraszam za ten pesymistyczny ton na progu nowego roku, gdy jeszcze świeżo mamy w pamięci smak ruskiego szampana z polskiego sklepu, pitego jak emigracyjna tradycja każe, dwa razy: o północy czasu polskiego i irlandzkiego. Jednak wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią, że idą ciężkie czasy. Tak sobie pościeliliśmy, dokonując takich, a nie innych wyborów politycznych, i tak się wyśpimy, chociaż pewnie nie obejdzie się bez koszmarów. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, są przecież jednostki, które najlepiej czują się w czasach zamętu. Widać to bardzo dobrze w ekstremalnym miejscu i czasie, czyli podczas wojny na Ukrainie. Jak same piszą media ukraińskie, jedni wracają z wojny w worku, a inni w tym czasie gromadzą worek pieniędzy.
Nowy rok dobrze jest zacząć od porządków. Jeszcze lepiej jest pożegnać stary rok, w już uporządkowanej sytuacji. Czasami są to bardzo trywialne, aczkolwiek niedające spokoju rzeczy. Ja w ten nowy rok wchodzę świeżo po zakończeniu współpracy ze znaną, polską firmą, w której od niemal 25 lat kupowałem i utrzymywałem swoje domeny internetowe. Trudno się było od tego rejestratora uwolnić, firma zachowywała się mało etycznie i estetycznie, ale w końcu się udało. Warto dodać, że przez pierwsze 20 lat współpraca była wzorcowa, niestety, później ta, podkreślam raz jeszcze - polska firma - robiła wszystko, żeby mnie do siebie zniechęcić, głównie śrubując ceny do absurdalnych granic. Doszło do tego, że za te same usługi w tej polskiej firmie żądano ode mnie prawie... 10 razy więcej niż w większości firm mieszczących się za oceanem. Kolega, który trochę działa w branży IT uświadomił mnie, że w Irlandii też można podobnie wylosować, i dał za przykład firmę, która od jego klienta żądała za swoje usługi prawie 800 euro, gdy inna polska firma zrobiła to samo za... 40 euro. Da się? Da, jednak do polskich firm z tej branży zraziłem się chyba bezpowrotnie.
Podobnie jak zraziłem się do domen z końcówką .pl. Nie, żeby mi w jakikolwiek sposób przeszkadzały, ale sam już chyba nigdy takiej nie kupię, a to przez złe doświadczenia z NASK, tj. Naukową i Akademicką Siecią Komputerową, która tymi domenami zarządza. Jak do tego doszło? Wiem, chociaż po latach cała sytuacja wydaje mi się nierealna, a jej korzenie sięgają gdzieś przełomu lat 90/00. Miałem wtedy w Polsce niewielką działalność gospodarczą, i próbowałem, jak wielu innych, jakoś wiązać koniec z końcem. Już wtedy było oczywiste, że przy usługach trzeba było mieć swoją stronę internetową. Przypomnijmy, że chociaż było to ćwierć wieku temu, to pierwsza polska bańka internetowa ciągle jeszcze rosła. Wszyscy wierzyli w internet, powstało wtedy mnóstwo portali, forów i grup dyskusyjnych, każdy miał już swój pierwszy adres e-mail. Z drugiej strony, mało kto wtedy umiał postawić samodzielnie nawet prostą stronę internetową, ale szybko pojawili się tacy, którzy to umieli, i za stosunkowo niewielkie pieniądze byli w stanie taką usługę wykonać. W moim przypadku byli to chłopaki obsługujący kafejkę internetową, w której przesiadywałem, bo mieli lepszy sprzęt i zdecydowanie taniej wychodziło to u nich, niż wdzwanianie się przez modem i oczekiwanie później na rachunek grozy. Tak swoją drogą, nie doczekałem się stałego internetu w Polsce. Kiedy na osiedlu, na którym mieszkałem zaczęto go zakładać, ja się akurat przeprowadziłem na nowo wybudowane. Kiedy tam w końcu firmy dotarły ze swoją ofertę, ją wsiadałem do autobusu w Krakowie, by po 3 dniach, z przesiadką w Londynie, dojechać do Cork. Ot, taki los.
Wracając do tej mojej strony, robionej przez chłopaków z kafejki - potrzebowałem również adresu tej strony, czy rzeczonej domeny. Oczywiście, .pl, bo przecież jesteśmy w Polsce a usługi kierowałem do polskich klientów. Teraz taką domenę rejestruje się online w jakieś 5 sekund, wtedy - trwało to ze 2 tygodnie i polegało na pisemnym zgłoszeniu z prośbą o rejestrację w NASK. Kiedy już przyszła zgoda i zapłaciło się fakturę, można było działać. Nie miałem pojęcia, że NASK w umowie miał wtedy klauzulę taką, że domena jest przedłużana automatycznie na kolejny rok, chyba że dokona się pisemnej rezygnacji. Po 2-3 latach firmę zamknąłem, razem ze stroną. O domenie nie myślałem, będąc przekonanym, że jeżeli jej nie opłacę to zostanie po prostu wyłączona. Teraz jest to normą, ale wtedy było inaczej: NASK nałożył na mnie opłatę za kolejny rok, tyle że ja nic o tym nie wiedziałem. Faktury może i wysłali albo na adres kafejki, albo na mój, pod którym już nie mieszkałem.
Minęło 15 lat, ja już od dawna byłem w Irlandii, i tak w 2015 roku na adres moich rodziców dostałem pismo od komornika sądowego, że zalegam na 1000 zł. Zadzwoniłem do niego z pytaniem, komu to niby jestem winny te pieniądze, okazało się, że wspomnianej Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej. Kolejny telefon już do nich, bo kompletnie nie wiedziałem o co chodzi. Bardzo miła i chętna do pomocy pani po drugiej stronie słuchawki, zrobiła wszystko, żeby dogrzebać się do mojej sprawy, ale że była to historia sprzed 15 lat, to nie posiadała żadnych dokumentów na ten temat. Udało nam się ustalić, że najprawdopodobniej chodzi o tę domenę, którą mi automatycznie przedłużyli, a kiedy jej nie opłaciłem, to skierowali sprawę do sądu, który szybko i zaocznie wydał wyrok. Następnie sprawa na prawie 10 lat utknęła u komornika, który cierpliwie czekał, aż urosną odsetki. I tak z 200 złotych, zrobiło się 1000. Komornik się uaktywnił, bo właśnie zbliżał się 10-letni termin przedawnienia tej należności, chociaż według mnie przedawniła się ona już 5 lat wcześniej. Ot, taka historia, ku przestrodze.
Wyciągnąłem z niej wiele wniosków, m.in. i taki, żeby już nigdy nie mieć nic wspólnego z NASK-iem, a tym samym i domeną .pl. Lepiej mieć sobie jakąś domenę typu .com czy .net, trzymaną gdzieś u znanego zagranicznego rejestratora, i mieć święty spokój. Z drugiej strony, trochę szkoda, bo wolałbym zostawić pieniądze u moich Rodaków, no ale - nic na siłę. Wniosków z tej mojej historii można wyciągnąć więcej. Po pierwsze, zawsze trzeba dokładnie czytać umowy, chociaż w tym przypadku żadnej umowy nie dostałem, miał ją zapewne mój zleceniobiorca. Po drugie, zleceniobiorcom trzeba ufać, ale kontrolować. Po trzecie, nikogo pochopnie nie wolno oceniać, zgodnie z ewangelijnym nakazem; nie sądź, żebyś nie był sądzony. Jednego dnia jesteś wzorowym obywatelem, drugiego - ściga cię komornik sądowy i nawet nie wiesz za co, co stało się i moim udziałem.
Jak najmniej takich niespodzianek i rozczarowań w nowym roku Państwu życzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz