środa, 11 lutego 2026

Bandyci wychodzą, wspomnienia wracają

 W zeszłym miesiącu polskojęzyczne media obiegła informacja, że po 25 latach odsiadki wyszedł na wolność niejaki Ryszard Bogucki, skazany za zabójstwo bossa gangu pruszkowskiego, Andrzeja Kolikowskiego, bardziej znanego jako "Pershing". Ta, z pozoru mało istotna informacja, zawiera w sobie wspomnienie o całej dekadzie lat 90. ubiegłego wieku. A jaka to była dekada? Jak z piosenki Kazika: "tu złodzieje okradają wszystkich, którzy się ruszają, i nie myślą o policji, bo ci teraz spowiedź mają". Może nie tyle spowiedź, ile związane ręce z jednej strony, a z drugiej korupcję na każdym poziomie, od zwykłego stójkowego po otoczenie ówczesnych prezydentów Rzeczpospolitej. Może już o tym nieco zapomnieniliśmy, ale złodziejstwo było powszechne. Mnie samemu włamano się do mieszkania, na szczeście, gdy nikogo nie było, oraz do kiosku, który m.in. wtedy prowadziłem. Żeby było zabawniej, jednego z tych włamywaczy policja nawet ujęła, ale sąd wypuścił. Okradziono wtedy większość biznesów działających w okolicy. I jeszcze takie kuriozum: mojemu sąsiadowi skradziono auto. Następnego dnia pożyczył samochód od teścia, żeby miał czym dojeżdżać do pracy, i dwa dni później też mu go skradziono. Ot, takie wspominki.

Wyjście na wolność Boguckiego było dość spektakularne. Ten facet wyglądał jak z żurnala wycięty, a nie jak ktoś, kto przesiedział 25 lat, i to bez żadnej przerwy. Elegancka fryzura, fachowo przycięta broda, świetnie skrojone ubranie, w dodatku dobrze odżywiony, w świetnej kondycji fizycznej, wyglądający na 15 lat mniej, niż ma w rzeczywistości. Gość wyglądał, jakby wrócił z wieloletniego egzotycznego urlopu, a nie z więziennej celi. Dziwne się to wszystko wydaje, nawet jeżeli się pamięta, że Bogucki w latach 90. należał do czołówki najbogatszych Polaków. Od razu rodzi się pytanie: czy jego majątek pomógł mu w przejściu przez wieloletnie więzienie i uczynił je całkiem znośnym? Czy odsiadka w jego przypadku mogła być podobna do filmowej odsiadki "Siary" z drugiej części "Kilera", który to w ogromnej celi miał obrotowe łóżko i obiady dostarczane z Sheratona?

Tak naprawdę, to nie wiem, dlaczego on w ogóle siedział, skoro podobno zabił bandytę i to szefa mafii? Za zabicie bandziora powinni mu medal dać, a nie, jak mówią w swoim slangu skazani, "ćwiarę". No ale, jak to we wspomnianym "Kilerze" podczas przesłuchania zwrócił się do tytułowego bohatera komisarz Ryba: "zabijałeś kanalie, fakt. Ale odpowiesz za każdego, jak za niewinnego człowieka". Takie niestety mamy prawo w kRAJu... Gwoli uczciwości należy dodać, że Bogucki nigdy się nie przyznał do zabójstwa "Pershinga" i zapowiada walkę o odszkodowanie za według niego, niesłuszne skazanie.

Od tamtego czasu wiele wody w płynącej przez Dublin rzece Liffey upłynęło. Kiedy wsadzano go do więzienia, nie było jeszcze nawet Szpili w Dublinie, Polska nie była w UE, za to zdążyła się urodzić cała nowa generacja, następne pokolenie, które powoli przejmuje pałeczkę. Bogucki też będzie się musiał nauczyć kilku nowych rzeczy, w tym obsługi smartfona. Swoją drogą, z takiej perspektywy dość nieudolnie wygląda odtworzenie realiów w "Psach 3", kiedy to po odsiedzeniu identycznego wyroku, 70-letni Franz Maurer natychmiast obsługuje taki telefon, który po nocnej libacji alkoholowej "pożyczył" od "Panicza", swojego dawnego donosiciela, i wyszukuje za pomocą tego urządzenia informacji w internecie. No nie, tak to nie działa. Oczywiście, film rządzi się swoimi prawami, stąd w drugiej części "Psów" główny bohater mógł wyjechać do Nowej Zelandii i jeszcze dzwonić stamtąd do kolegi, a w trzeciej obudzić się na więziennej pryczy, zdając sobie sprawę, że to był tylko sen. No ale błagam, trochę szacunku dla widza...

Wracając do Boguckiego i wesołych lat 90.: tak się akurat złożyło, że w tej chwili wychodzi na wolność cała plejada gangusów, wsadzona na przełomie wieków. Jestem pewien, że zrobienie wtedy porządku z bardzo rozbrykaną polską mafią, było jednym z warunków, być może niepisanych, przyjęcia nas do UE. Lata 90. to był niebywały czas: z jednej strony jako-taka wolność gospodarcza, bo urzędy skarbowe nie miały takich środków technicznych, jakie mają teraz, z drugiej - ogromny rozwój przestępczości. Gangsterzy robili, co chcieli, policja była bezradna, a przede wszystkim niedofinansowana, i to tak bardzo, że paliwo do służbowych samochodów często fundowały im samorządy. Być może też ta bezkarność wynikała z tego, że, jak się powoli dowiadujemy, bandyci mieli swego rodzaju parasol ochronny od służb specjalnych, w zamian za współpracę. Jaka to była współpraca? Gangusy, prowadzące różne interesy, od agencji towarzyskich, przez knajpy, kluby nocne i kasyna, zapewne dzieliły się informacjami na temat zaglądających tam prominentnych osób, być może odpalały też jakąś dolę, a w zamian policja niespecjalnie ich ścigała, sądy szybko wypuszczały, a w razie poważnej wtopy, prezydenci Wałęsa czy Kwaśniewski usłużnie podpisywali ułaskawienia. Dość wspomnieć, że jak podaje Wikipedia, ten pierwszy ułaskawił 3454 osoby, a ten drugi 4302. Dla porównania: Kaczyński ułaskawił 201 osób, Komorowski 360, a Duda tylko 143. Jest różnica?

W latach 90. trudno było odróżnić biznesmena od gangstera, a politycy chętnie trzymali się z jednymi i drugimi, nie widząc w tym niczego złego. Zresztą poważny biznes robiło się wtedy na prywatyzowanych zakładach, sprzedawanych przez państwo udziałach, pośrednictwie w handlu gazem itp. Wszystko to oczywiście w kontaktach z politykami i służbami, również innych państw. Siłą rzeczy łapówki też musiały być na porządku dziennym. Zanim weszliśmy do Unii, musieliśmy ukrócić najbardziej widoczną, niemal oficjalną korupcję i wspomniane rozbrykanie polskiej mafii, która poczuła się tak silna, że ofiarą jej zamachu stał się w końcu gen. Marek Papała, były Komendant Główny Policji. Do dzisiaj nie wiadomo kto i dlaczego go zabił, ale wiadomo z kolei, że Papała, jako szef policji, zwalczał mafię pruszkowską, miał wiedzę o powiązaniach świata przestępczego z policją, UOP, polityków z mafią, o nielegalnych operacjach lat 90., itp. Niewykluczone zresztą, że zabiły go służby, a nie mafia, ale w tamtych czasach to w sumie było bez znaczenia, obydwa te twory żyły w symbiozie. Z jawnie działającą mafią, drwiącą sobie z policji, nikt by nas na europejskie salony nie wpuścił, a że rządząca wtedy lewica już dobiła politycznego targu, trzeba było z tym szybko zrobić porządek. I rzeczywiście zrobiono, niemal hurtowo zamykając wtedy wszystkich gangusów i okładając ich najwyższymi możliwymi wyrokami. Oczywiście, ci z kolei na wyścigi wydawali swoich kolegów, licząc na złagodzenie kary, a jednocześnie nie chwalili się za bardzo znajomościami w świecie politycznych elit, bo każdy z nich chciał jednak żyć. Choćby za więziennym murem, ale - żyć.

Na gadanie wzięło ich dopiero teraz, kiedy zaczęli opuszczać więzienia. Część z nich próbuje zostać internetowymi celebrytami, zakładając konta na social mediach i opowiadając mniej lub bardziej wydumane historie. O dziwo, są chętnie oglądani i lajkowani przez młodzież. To jest naprawdę ogromna porażka wychowawcza polskich rodzin i szkół, że takie bandziory, niegdyś łamiące ludziom kości i życiorysy, dzisiaj znajdują grono słuchaczy. Z drugiej strony, lepiej jak tylko opowiadają barwne historyjki, w których jedynie brakuje smoków, niż gdy próbują wrócić do dawnego fachu. Ostatnio była głośna sprawa, gdy nieoficjalnie nazwana przez policję "Grupa Dziadków", składająca się z niedawno wypuszczonych na wolność już ponad 60-letnich gangsterów, wśród których znajdował się jeden z przywódców mafii pruszkowskiej, próbowała wymusić haracz. Kiedyś byli postrachem, teraz to Gang Olsena: policja zawinęła ich kompletnie zaskoczonych i to na gorącym uczynku. Ot, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść...

Dzisiaj zamiast brutalnych bandziorów wymuszających haracze, okradają nas głównie politycy, urzędnicy i bankierzy, za to w białych rękawiczkach. Słoiki z ogórkami oraz zdezelowane rowery, można już bezpiecznie trzymać w piwnicy. O ile oczywiście postępująca bieda nie sprawi, że i na to pokusi się ten czy inny sąsiad.

niedziela, 8 lutego 2026

Chiński Nowy Rok w Cork

Wybrałem się z Patryczkiem się do Cork City Hall, żeby zobaczyć celebrowane przez tutejszą chińską diasporę - rozpoczęcie nowego roku, wg ich kalendarza. Obejrzeliśmy pokaz sztuk walki oraz występy artystyczne. Filmik z tego można zobaczyć na moim YT /od 2 minuty/: LINK

Subiektywnie oceniam, że trochę chaos, trochę brak organizacji, przynajmniej w porównaniu z Festiwalami Kultury Polskiej, które kiedyś były w tym mieście. Nie było nic dla dzieci, więc Patryczek szybko się znudził i ciągnął do wyjścia. Na widowni - pustka, dopisała jedynie chińska diaspora. Czyli tak jak przy tych naszych festiwalach: Irlandczycy raczej omijają takie wydarzenia, czy to organizowane przez polską czy chińską społeczność. Oczywiście, notable zawsze się chętnie pokażą, żeby zrobić sobie fotkę z organizatorami, i ulotnić się po angielsku, czy w tym przypadku - po irlandzku. Z kolei kiedy w Polsce są organizowane jakieś Dni Kultury Irlandzkiej, Żydowskiej czy jakiejkolwiek innej, to Polacy walą drzwiami i oknami. Warto mieć to na uwadze, że jednak jesteśmy bardziej otwartą na nowe doświadczenia nacją, niż nam się wydaje.

/Powyżej: Chiński Nowy Rok w Cork/

niedziela, 1 lutego 2026

Piccolo Play Village w Ballincollig

Dzisiaj wybraliśmy się do Piccolo Play Village w Ballincollig. Jest to sala zabaw dla dzieci podzielona na tematyczne przestrzenie: Szkoła, Weterynarze, Pizzeria, Budowa, Salon Piękności, Posterunek Policji, Więzienie, Straż Pożarna, Sklep, itd. W Polsce takie sale zabaw są już dość popularne, tutaj - jest to pierwsze takie miejsce w okolicy Cork, działające od 30 grudnia 2023 roku. Obecnie jest czynne od czwartku do niedzieli, wizytę trzeba rezerwować online, czas zabawy: 1,5 godziny. W środku znajduje się punkt z kawą i drobnymi przekąskami.

Poniżej - kilka zdjęć, na YT można zobaczyć mój filmik z tego placu zabaw /od 4:47 minuty/: LINK.








poniedziałek, 26 stycznia 2026

W tym roku po raz pierwszy nie było WOŚP w Cork

Sobie a muzom do odnotowania: wczoraj była niedziela, kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Byliśmy na Mszy Świętej w Holy Cross, "polskim kościele" w Cork. Kiedy wchodziliśmy, Agnieszka zauważyła, że nie ma przy wejściu wolontariuszy WOŚP, chociaż zawsze kwestowali. Z własnego doświadczenia wiem, że pod kościołem zawsze się zbierało najszybciej i najwięcej. Dzisiaj zrobiłem małe poszukiwania w internecie, i - opierając się na lokalnych stronach na fb /WOŚP Cork, ZHP, Polska Szkoła, MyCork/ - wychodzi na to, że w tym mieście od kilku lat nie ma już sztabu WOŚP. Ostatni raz "pełnoprawna" impreza odbyła się w 2022 roku, później wolontariusze, głównie z ZHP, kwestowali - ale na rzecz sztabów z innych miejscowości. W tym roku, powtarzając za śp. Krzysztofem Kononowiczem: "nie było niczego". Przeglądając komentarze tu i ówdzie wyczytałem, że problemem jest "brak chętnych do organizacji tej imprezy", chociaż z drugiej strony była kontra, że "chętni są, tylko są blokowani". Jak i przez kogo - już się nie dowiedziałem.

niedziela, 18 stycznia 2026

Lodowisko w Cork

Chociaż temperatury w Irlandii nawet w zimie są co do zasady wyraźnie na plus, to jednak mamy w Cork przynajmniej dwa sezonowe lodowiska. Na jedno z nich wybrała się dzisiaj Agnieszka z Patryczkiem. Można wypożyczyć łyżwy bezpieczne dla dzieci, oraz "pingwinki" pomagające utrzymać równowagę, a po zabawie zjeść m.in. gorącego naleśnika z czekoladą ;-)

Poniżej - kilka zdjęć:




poniedziałek, 12 stycznia 2026

Navigare necesse est, czyli o nadziei, domenach i komorniku

Kolejny nowy rok przed nami. Każdy ma nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, ale wiadomo, czyją matką jest nadzieja, która zresztą podobno umiera ostatnia. Patrząc przez szkiełko mediów, wydaje się, że lepiej już było, teraz może być już tylko śmieszniej, chociaż dla wielu z nas będzie to śmiech przez łzy. Niemniej trzeba, jak to śpiewał Młynarski, "robić swoje", z nadzieją, że "może to coś da? kto wie?" Navigare necesse est i show must go on. Albo, jak mawiają Rosjanie: całej wódki, która jest na świecie - nie wypijesz, i wszystkich książek, które napisano - nie przeczytasz, ale - próbować trzeba! No dobrze, może zamiast książek była tam mowa o kobietach, niemniej sens jest ten sam: bez względu na czasy i okoliczności, każdy z nas powinien jak najlepiej wykonywać swoje powinności, do których został powołany, choćby było to tylko, wymienione na wstępie Biblii, "kopanie rowu w ziemi, żeby nawadniać glebę".

Przepraszam za ten pesymistyczny ton na progu nowego roku, gdy jeszcze świeżo mamy w pamięci smak ruskiego szampana z polskiego sklepu, pitego jak emigracyjna tradycja każe, dwa razy: o północy czasu polskiego i irlandzkiego. Jednak wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią, że idą ciężkie czasy. Tak sobie pościeliliśmy, dokonując takich, a nie innych wyborów politycznych, i tak się wyśpimy, chociaż pewnie nie obejdzie się bez koszmarów. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, są przecież jednostki, które najlepiej czują się w czasach zamętu. Widać to bardzo dobrze w ekstremalnym miejscu i czasie, czyli podczas wojny na Ukrainie. Jak same piszą media ukraińskie, jedni wracają z wojny w worku, a inni w tym czasie gromadzą worek pieniędzy.

Nowy rok dobrze jest zacząć od porządków. Jeszcze lepiej jest pożegnać stary rok, w już uporządkowanej sytuacji. Czasami są to bardzo trywialne, aczkolwiek niedające spokoju rzeczy. Ja w ten nowy rok wchodzę świeżo po zakończeniu współpracy ze znaną, polską firmą, w której od niemal 25 lat kupowałem i utrzymywałem swoje domeny internetowe. Trudno się było od tego rejestratora uwolnić, firma zachowywała się mało etycznie i estetycznie, ale w końcu się udało. Warto dodać, że przez pierwsze 20 lat współpraca była wzorcowa, niestety, później ta, podkreślam raz jeszcze - polska firma - robiła wszystko, żeby mnie do siebie zniechęcić, głównie śrubując ceny do absurdalnych granic. Doszło do tego, że za te same usługi w tej polskiej firmie żądano ode mnie prawie... 10 razy więcej niż w większości firm mieszczących się za oceanem. Kolega, który trochę działa w branży IT uświadomił mnie, że w Irlandii też można podobnie wylosować, i dał za przykład firmę, która od jego klienta żądała za swoje usługi prawie 800 euro, gdy inna polska firma zrobiła to samo za... 40 euro. Da się? Da, jednak do polskich firm z tej branży zraziłem się chyba bezpowrotnie.

Podobnie jak zraziłem się do domen z końcówką .pl. Nie, żeby mi w jakikolwiek sposób przeszkadzały, ale sam już chyba nigdy takiej nie kupię, a to przez złe doświadczenia z NASK, tj. Naukową i Akademicką Siecią Komputerową, która tymi domenami zarządza. Jak do tego doszło? Wiem, chociaż po latach cała sytuacja wydaje mi się nierealna, a jej korzenie sięgają gdzieś przełomu lat 90/00. Miałem wtedy w Polsce niewielką działalność gospodarczą, i próbowałem, jak wielu innych, jakoś wiązać koniec z końcem. Już wtedy było oczywiste, że przy usługach trzeba było mieć swoją stronę internetową. Przypomnijmy, że chociaż było to ćwierć wieku temu, to pierwsza polska bańka internetowa ciągle jeszcze rosła. Wszyscy wierzyli w internet, powstało wtedy mnóstwo portali, forów i grup dyskusyjnych, każdy miał już swój pierwszy adres e-mail. Z drugiej strony, mało kto wtedy umiał postawić samodzielnie nawet prostą stronę internetową, ale szybko pojawili się tacy, którzy to umieli, i za stosunkowo niewielkie pieniądze byli w stanie taką usługę wykonać. W moim przypadku byli to chłopaki obsługujący kafejkę internetową, w której przesiadywałem, bo mieli lepszy sprzęt i zdecydowanie taniej wychodziło to u nich, niż wdzwanianie się przez modem i oczekiwanie później na rachunek grozy. Tak swoją drogą, nie doczekałem się stałego internetu w Polsce. Kiedy na osiedlu, na którym mieszkałem zaczęto go zakładać, ja się akurat przeprowadziłem na nowo wybudowane. Kiedy tam w końcu firmy dotarły ze swoją ofertę, ją wsiadałem do autobusu w Krakowie, by po 3 dniach, z przesiadką w Londynie, dojechać do Cork. Ot, taki los.

Wracając do tej mojej strony, robionej przez chłopaków z kafejki - potrzebowałem również adresu tej strony, czy rzeczonej domeny. Oczywiście, .pl, bo przecież jesteśmy w Polsce a usługi kierowałem do polskich klientów. Teraz taką domenę rejestruje się online w jakieś 5 sekund, wtedy - trwało to ze 2 tygodnie i polegało na pisemnym zgłoszeniu z prośbą o rejestrację w NASK. Kiedy już przyszła zgoda i zapłaciło się fakturę, można było działać. Nie miałem pojęcia, że NASK w umowie miał wtedy klauzulę taką, że domena jest przedłużana automatycznie na kolejny rok, chyba że dokona się pisemnej rezygnacji. Po 2-3 latach firmę zamknąłem, razem ze stroną. O domenie nie myślałem, będąc przekonanym, że jeżeli jej nie opłacę to zostanie po prostu wyłączona. Teraz jest to normą, ale wtedy było inaczej: NASK nałożył na mnie opłatę za kolejny rok, tyle że ja nic o tym nie wiedziałem. Faktury może i wysłali albo na adres kafejki, albo na mój, pod którym już nie mieszkałem.

Minęło 15 lat, ja już od dawna byłem w Irlandii, i tak w 2015 roku na adres moich rodziców dostałem pismo od komornika sądowego, że zalegam na 1000 zł. Zadzwoniłem do niego z pytaniem, komu to niby jestem winny te pieniądze, okazało się, że wspomnianej Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej. Kolejny telefon już do nich, bo kompletnie nie wiedziałem o co chodzi. Bardzo miła i chętna do pomocy pani po drugiej stronie słuchawki, zrobiła wszystko, żeby dogrzebać się do mojej sprawy, ale że była to historia sprzed 15 lat, to nie posiadała żadnych dokumentów na ten temat. Udało nam się ustalić, że najprawdopodobniej chodzi o tę domenę, którą mi automatycznie przedłużyli, a kiedy jej nie opłaciłem, to skierowali sprawę do sądu, który szybko i zaocznie wydał wyrok. Następnie sprawa na prawie 10 lat utknęła u komornika, który cierpliwie czekał, aż urosną odsetki. I tak z 200 złotych, zrobiło się 1000. Komornik się uaktywnił, bo właśnie zbliżał się 10-letni termin przedawnienia tej należności, chociaż według mnie przedawniła się ona już 5 lat wcześniej. Ot, taka historia, ku przestrodze.

Wyciągnąłem z niej wiele wniosków, m.in. i taki, żeby już nigdy nie mieć nic wspólnego z NASK-iem, a tym samym i domeną .pl. Lepiej mieć sobie jakąś domenę typu .com czy .net, trzymaną gdzieś u znanego zagranicznego rejestratora, i mieć święty spokój. Z drugiej strony, trochę szkoda, bo wolałbym zostawić pieniądze u moich Rodaków, no ale - nic na siłę. Wniosków z tej mojej historii można wyciągnąć więcej. Po pierwsze, zawsze trzeba dokładnie czytać umowy, chociaż w tym przypadku żadnej umowy nie dostałem, miał ją zapewne mój zleceniobiorca. Po drugie, zleceniobiorcom trzeba ufać, ale kontrolować. Po trzecie, nikogo pochopnie nie wolno oceniać, zgodnie z ewangelijnym nakazem; nie sądź, żebyś nie był sądzony. Jednego dnia jesteś wzorowym obywatelem, drugiego - ściga cię komornik sądowy i nawet nie wiesz za co, co stało się i moim udziałem.

Jak najmniej takich niespodzianek i rozczarowań w nowym roku Państwu życzę.

niedziela, 11 stycznia 2026

85 wizyta w Polsce /21/: wracamy do Cork

Z Tomaszowa wróciliśmy do Krakowa, a następnego dnia z Krakowa polecieliśmy do Dublina, by autobusem dotrzeć do Cork.

W Krakowie na lotnisku mnóstwo podróżujących, ogromne kolejki. Po odprawie ten sam problem z windami, co na lotnisku w Cork: wprowadzili przy nich jakieś kody i mogą ich używać tylko wytypowani do tego pracownicy, przy czym o ile w Cork teoretycznie można tą winda zjechać z wózkiem i bagażami, to w Krakowie jest ona przeznaczona tylko dla osób z niepełnosprawnością. Na szczęście tym razem nie musieliśmy sami znosić po schodach wszystkich rzeczy, pomógł nam chłopak który miał tam jakieś praktyki. Uprzedzając chronologię wydarzeń: w Dublinie jest jeszcze normalnie. Samolot podstawili w miarę punktualnie, ale i tak siedzieliśmy w nim równą godzinę, zanim wystartowaliśmy. Pewnie odśnieżali pas startowy i odmrażali skrzydła, a później trzeba było czekać na swoją kolejkę. Tylko zgaduję, bo przecież pasażerów, szczególnie w Polsce, nikt o takich rzeczach nie informuje. Przez to, podobnie jak ostatnio, spóźniliśmy się na autobus do Cork, ale kierowca z następnego kursu uznał nasze bilety kupione na wcześniejszą godzinę.

Filmik z tej naszej podróży można obejrzeć na YT: LINK.

/Powyżej: Agnieszka z Patryczkiem na lotnisku w Krakowie/

piątek, 9 stycznia 2026

85 wizyta w Polsce /19/: wegańskie sushi w Biedronce

W Biedronce natknąłem się na wegańskie sushi. Czyli ta potrawa naprawdę już trafiła pod strzechy, i to nawet w wersji vege ;-)

/Poniżej: wegańskie sushi w Biedronce/

czwartek, 8 stycznia 2026

85 wizyta w Polsce /18/: McDonald w Tomaszowie Lubelskim

Zawsze gdy jesteśmy w Tomaszowie, zapraszam moich Siostrzeńców na obiad w restauracji. Tym razem, na ich prośbę, wybór padł na... McDonald, który właśnie /4 stycznia/ został otworzony w tym mieście. Pamiętacie ekscytację, gdy otwierano pierwsze "maki" w Polsce? Nie inaczej było i tutaj, wstęgę przecinali nawet przedstawiciele lokalnej władzy samorządowej. Byliśmy tam później jeszcze dwa razy, ze względu na Patryczka: za każdym razem pełna sala, chociaż lokal jest na obrzeżach miasta, i bez auta raczej trudno tam dotrzeć.

/Poniżej: przed pierwszym, właśnie otworzonym MCdonaldem w Tomaszowie Lubelskim/