sobota, 24 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /8/: Bondyrz

W poszukiwaniu geocachingowych skrytek, mocno wieczorową porę na chwilę wstąpiliśmy do Bondyrza. Znajduje się tam m.in. Muzeum Historyczne, przed którym eksponowany jest czołg - i działo.

/Powyżej: Muzeum Historyczne w Bondyrzu/

piątek, 23 lutego 2024

czwartek, 22 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /6/: Patryczek u Dziadka

Na kilka dni pojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, do mojego Taty. W jego mieszkaniu największą atrakcją dla Patryczka jest stojąca w pokoju drabina /którą Tata trzyma specjalnie dla niego, a na którą Patryczek uwielbia się wspinać/. Teraz - dobrał się również do ukrytych w szafie narzędzi ;-)

/Powyżej: Patryczek na drabinie/

niedziela, 18 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /5/: Patryczek pierwszy raz na lodowisku

Wybraliśmy się na lodowisko w Parku Jordana. Patryczek po raz pierwszy w życiu założył łyżwy - i szło mu całkiem dobrze. Jak widać, zadbałem też żeby nie byli głodni ;-)

Poniżej - Agnieszka i Patryczek na lodowisku:


czwartek, 15 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /3/: muzyka niezależna w sklepie

Jak wiadomo, na każdą technikę jest inna technika. Takie naklejki zauważyłem w jednym ze sklepów w Krakowie. Jak rozumiem, ZAIKSy i spółka za głęboko sięgali do kieszeni ludzi odtwarzających w sklepie muzykę, choćby przez słuchanie tej czy innej stacji radiowej, więc - nic nie dostaną/czy też: zarobi ktoś inny/. Bardzo dobrze, konkurencja musi być!

/Powyżej: naklejka w sklepie informująca o odtwarzaniu muzyki niezależnej/

środa, 14 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /2/: na pizzę w Walentynki

Dzisiaj Walentynki, więc m.in. wybraliśmy się na kolację do restauracji Aldente, na osiedlu Na Kozłówce. Nie ukrywam że głównie ze względu na Patryczka: mają tam małpi gaj ;-) Zamówiliśmy pizzę w kształcie serca, a przynajmniej tak jak reklamowano.

Poniżej: w Aldente i nasza pizza:


wtorek, 13 lutego 2024

74 wizyta w Polsce /1/: woda droga jak w Krakowie

Po krótkim pobycie w Cork, czas wracać do Krakowa, gdzie kontynuujemy załatwianie Bardzo Ważnej Sprawy.

Tym razem autobusem do Dublina, a stamtąd lot do wspomnianego Krakowa. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, oprócz tego że na dublinskim lotnisku 2-krotnie podrożała woda, z 1 na 2 euro. Czyli na lotnisku w stolicy jednego z najdroższych do życia krajów w Europie, cena wody dorównała już tej sprzedawanej na lotnisku w Krakowie. Oczywiście, w Dublinie tuż obok tej płatnej /gdzie płatność jest samoobsługowa i bazuje na wierze w ludzką uczciwość/ woda jest też dostępna za darmo, wystarczy mieć własną butelkę.

Z tego co zauważyłem, bo nabyłem jedną i przyjrzałem się jej dokładniej, zmienił się dostawca i butelki są bardziej "eko". A jak wiadomo - ekologia kosztuje.

/Powyżej: stoisko z wodą na lotnisku w Dublinie/

poniedziałek, 12 lutego 2024

Korporacje meblują nam rzeczywistość

W czasie mojego wchodzenia w dorosłe życie, kiedy to podobno "skończył się w Polsce komunizm", nagle objawiły nam się tłumy finansowych guru, którzy przekonywali nas, że "kapitał nie ma narodowości". Że każdemu kapitaliście chodzi tylko o zwiększenie zysków, dzięki czemu mamy konkurencję a przez to lepszą jakość usług i niższe ceny. Trzydzieści lat później mogę stwierdzić, że kapitał nie tylko ma narodowość, ale jeszcze określone poglądy polityczne. W dodatku postępująca globalizacja i łączące się w sieci niezależne dotychczas podmioty, nie tylko skutecznie dławią konkurencję, ale również powodują stały wzrost cen. Tym samym, nic nie zostało z tych liberalnych bajek, opowiadanych nam przy zmianie ustroju.

Każdy z nas obserwuje obecne zawirowania polityczne w Polsce. Po przejęciu TVP przez "nową władzę" /cudzysłów jest niezbędny i usprawiedliwiony, przecież tutaj nikogo nowego nie mamy/, nastąpił spory odpływ widzów, którzy dotychczas oglądali "rządowe" kanały. Wiadomo, że w przyrodzie nic nie ginie, a co najwyżej zmienia właściciela, dlatego wspomnieni widzowie odnaleźli się w TV Republika, której tym samym oglądalność poszybowała w górę. Z tym większym więc zdziwieniem zaobserwowałem bojkot tej telewizji przez niektórych reklamodawców, z Ikea na czele. Oczywiście, pretekst jest idiotyczny, dotyczy tej czy innej wypowiedzi jednego z zaproszonych gości. Gdyby nie ta wypowiedź, znaleźliby inny powód, oni po prostu nie chcą mieć reklam w telewizji, będącej w opozycji do obecnego rządu. Gdybym to ja prowadził biznes i moje reklamy ukazywałyby się do tej pory w tej dość niszowej stacji, zacierałbym ręce z radości że oglądalność tego kanału nagle skoczyła do góry, bo tym samym mam szansę dotarcia do zdecydowanej większej ilości potencjalnych klientów. 

Tak by było, gdyby chodziło o zwykły biznes, bez narodowości i poglądów politycznych. Ale tutaj już od dawna nie chodzi tylko o sprzedaż większej ilości mebli ze sklejki i paździerza. Ta sama firma z radością przyjmuje deklaracje polskiego rządu, o przyjęciu migrantów spoza Europy, oferując w dodatku swoją pomoc. Dacie Państwo wiarę? Sklep meblowy próbuje meblować nam rzeczywistość, jawnie wpływając na media i chcąc być podwykonawcą planów obecnej ekipy rządowej. A może to już nie jest tylko sklep meblowy, serwujący wspomniane meble ze sklejki i wegańskie klopsiki do tego? Swoją drogą, w ich rodzimej Szwecji polityka migracyjna skończyła się klapą, o czym sami doskonale wiedzą i o czym już głośno mówią tamtejsi politycy. Dlaczego więc nie wyciągnęli odpowiednich wniosków, tylko próbują tego samego - u nas?

Ikea to tylko przykład pierwszy z brzegu, takich firm, dla których ideologia staje się ważniejsza niż ich produkt czy usługa, jest znacznie więcej. Podobnie jak coraz więcej jest firm, przejmowanych przez sieci. Weźmy takie apteki: dopóki to były niezależne podmioty, jakoś konkurowały między sobą cenami. Kiedy tylko weszły do sieci, od razu robiło się drożej. Podobnie jak w sieciach hoteli, siłowni czy lecznic weterynaryjnych. Wydawałoby się, że skoro skupiają się w sieci to mają większą możliwość negocjacji niższych cen dla siebie, i tym samym u siebie. I tak zapewne jest, tyle że kupują taniej, ale jednocześnie niszczą konkurencję a tym samym mogą sprzedawać drożej. Gdy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że pozornie konkurencyjne sieci różnych podmiotów gospodarczych często mają tego samego właściciela, niekoniecznie jako osobę fizyczną ale na przykład ten czy inny fundusz inwestycyjny, to już wiemy dlaczego konkurencja między nimi jest pozorna, a ceny - coraz wyższe.

Oczywiście, to nic nowego pod słońcem, o czym już pisał Kohelet: "Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: «Patrz, to coś nowego» – to przecież istniało to już w czasach, które były przed nami". Klasyk to jednak klasyk, prawda? Kto bardziej uważał w szkole na lekcjach historii, ten zapewne pamięta o średniowiecznej Lidze Hanzeatyckiej. Cóż to była za potęga handlowa i militarna, która w dodatku przetrwała przez kilkaset lat. Później również powstawały przeróżne kartele, monopole i oligopole, gromadzące ogromne pieniądze i realną władzę skupioną w rękach zaledwie garstki ludzi. Teraz ich rolę przejęły fundusze inwestycyjne.

Od czasu do czasu, gdzieś tam na piątej podstronie tego czy innego portalu możemy przeczytać, że zagraniczne fundusze inwestycyjne hurtowo wykupują mieszkania w Polsce. Potrafią na raz kupić całe osiedle. Tym samym zwykły Kowalski nigdy nie będzie mógł z nimi konkurować, a jego marzenie o własnym mieszkaniu staje się coraz bardziej odległe. Będzie mógł je co najwyżej podnająć od takiej firmy. Oczywiście ideologicznie też urabia nas się do dłuższego czasu, mówiąc: patrzcie, na Zachodzie większość ludzi wynajmuje a nie posiada na własność. Tyle że świadczy to tylko o tym, że na tym wspomnianym Zachodzie coraz bardziej postępująca pauperyzacja społeczeństwa, skoro ludzi nie stać na własne mieszkanie. I to pomimo że rządząca w tych krajach lewica krzyczy głośno, że mieszkanie jest prawem, nie towarem. 

Lewica oczywiście poprzestaje na pokrzykiwaniu, przecież tak naprawdę nie zależy jej na żadnych zmianach. Ot, weźmy takie równouprawnienie mężczyzn i kobiet, o które gardłują od dawna. Wiadomo, że w Polsce to mężczyźni są dyskryminowani na wielu polach. Muszą dłużej pracować żeby osiągnąć wiek emerytalny, przy rozwodzie co do zasady odbiera im się dzieci a ich samych kieruje do kopalni alimentów, w razie wojny są przymusowo wcielani do armii, gdzie z reguły stają się mięsem armatnim, podczas gdy kobiety mogą bez przeszkód emigrować do bezpiecznych krajów o ciepłym klimacie, itd, itp. Gdyby lewica naprawdę chciała równouprawnienia, zażądała by przynajmniej zrównania wieku emerytalnego /oczywiście w dół, a nie w górę/ oraz poboru do wojska dla obu płci, na tych samych zasadach. Jednak wiadomo, że tego nigdy nie zrobi.

Wracając: za całe zło tego świata stają się odpowiedzialni nie prywatni przedsiębiorcy czy autokraci, rządzący żelazną ręką, ale ciemna, niewidoczna materia w postaci wspomnianych funduszy, inwestujących w sieci handlowe, wykupujące całe osiedla mieszkaniowe, likwidujące konkurencję i wolny rynek, a nam krok za krokiem zabierając resztki wolności. Te same fundusze inwestują też w media społecznościowe, w których, co za niespodzianka, z roku na rok zwiększa się zakres cenzury. Czy nasi politycy o tym nie wiedzą? Oczywiście, że wiedzą, ale każdy chce rządzić kolejną kadencję, a rozpętanie medialnej burzy to dla grupy finansistów, dysponujących praktycznie nieograniczonym kapitałem, jest proste jak zrobienie wieży z klocków przez przedszkolaka.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Jak to śpiewał Młynarski, trzeba "robić swoje". Zamiast korzystać z osiedlowych sklepów znanej sieciówki, lepiej wybrać ten bez znanego szyldu, za to prowadzonego przez znanych nam ludzi. Zamiast niemieckich hipermarketów - polskie bazary. Zamiast wynajmować lub brać kredyt na trzydzieści lat na mieszkanie w dużym mieście, może warto kupić za gotówkę znacznie tańsze, w mniejszym mieście? To oczywiście tylko półśrodki, ale - próbować trzeba. 

W przeciwnym razie któregoś dnia obudzimy się w wynajętym mieszkaniu z dykty, zbudowanym przez znaną firmę meblową, z dokwaterowanymi przymusowo lokatorami spoza Europy. A co rano na dziedzińcu zatrudniającej nas korporacji sterowanej przez ten czy inny fundusz, będziemy musieli śpiewać Odę do radości...

niedziela, 11 lutego 2024

sobota, 10 lutego 2024

The Green Inferno

Niezły, współczesny /z 2013 roku/ film mojego ulubionego kina klasy B. Grupa lewicowych eko - aktywistów chce chronić indiańskie plemię Yajes, tymczasem kończy jako ich posiłek.

Do grupki eko-aktywistów dołącza córka jednego z wysokich urzędników ONZ. Jak to często bywa, przyciągają ją nie tyle wzniosłe ideały, co przystojny lider grupy. Grupka wylatuje do Amazonii, aby uratować zagrożoną wioskę, do której zbliża się wycinka dżungli, przy czym chodzi nie tyle o drzewa, co o złoża gazu znajdujące się w tej okolicy. Przykuwają się łańcuchami do maszyn i transmitują bezpośrednio w internecie całą akcję, przez co ochrona złożona z żołnierzy - najemników, nie może ich zlikwidować, tym bardziej gdy lider powołuje się na to, że jedna z aktywistek jest wspomnianą córką urzędnika ONZ, co grozi wywołaniem międzynarodowego skandalu. Aktywiści zostają dostarczeni do samolotu i wolno odlatują. Wydawało by się że cała akcja zakończyła się sukcesem, już na pokładzie leje się browarek, wszyscy gratulują sobie uratowania świata, a przynajmniej tej indiańskiej wioski, gdy dochodzi do awarii i samolot rozbija się w dżungli.

Kilka osób zginęło od razu, pozostali - zostają szybko schwytani przez Yajes, czyli tych indian których mieli ratować przed buldożerami. Dzikie plemię nie poczuwa się do żadnej wdzięczności, za to szybko po kolei przerabia aktywistów na posiłek. Wcześniej dowiadujemy się od rannego lidera, że cała akcja, jak to u ekologów bywa, miała swoje drugie dno. Faktycznie zostali wynajęci przez konkurencyjną firmę, która chciała skompromitować tę poprzednią i zająć jej miejsce. Tym samym likwidację wioski odroczyli może o 2 dni, ot co, za to za gruby plik banknotów. Oczywiście, o tym wszystkim wiedział tylko lider, reszta była pożytecznymi idiotami, gotowymi nadstawić kark za cudze zyski.

Zakończenie - nieco zaskakujące. Niezłe nawiązanie do podobnych kanibalistycznych horrorów z lat 80-tych ub.w.

piątek, 9 lutego 2024

Automaty do butelek

No proszę, nie było mnie w Cork raptem dwa tygodnie, a tutaj takie zmiany: w sklepach zainstalowano automaty do przyjmowania butelek i puszek. 

Poniżej - dwa z nich, z Dunnes Stores i Aldi:


środa, 7 lutego 2024

73 wizyta w Polsce /10/: wracam do Cork, przez Londyn

Na kilka dni wracam do Cork. Trzeba podlać kwiatki, odpalić auto i odebrać pocztę, tudzież załatwić jeszcze spraw kilka.

Mogę lecieć z Krakowa do Dublina, a później jechać autobusem z Dublina do Cork, albo lecieć z Krakowa do Londynu, a następnie z Londynu do Cork. Są oczywiście jeszcze inne opcje, ale te dwie zdecydowanie wolę. Obydwie podróże zajmą mi tyle samo czasu, przy czym ta przez Dublin w tym momencie kosztuje 850-900 zł, a ta przez Londyn - niecałe 300 zł. W tej sytuacji wybór jest prosty, tym bardziej że ta druga opcja jest nawet bardziej komfortowa, przynajmniej jak dla mnie. W drugą stronę wygląda to z kolei w tym momencie odwrotnie - zdecydowanie bardziej opłaca się lecieć z Dublina. Czemu tak jest, nie wiem i w sumie chyba nawet nie chcę wiedzieć. Teoretycznie powinno działać prawo popytu i podaży, ale myślę, jak pisał poeta, że "inni szatani byli tam czynni".

Lot przespałem prawie bez przeszkód. Prawie, bo niedługo przed lądowaniem, przechodząca obok mnie pani /pasażerka, nie stewardessa/ wylała mi na plecy z dobre pół kubka lodowatej wody :-) Jak do tego doszło - nie wiem, pani oczywiście przeprosiła, ale dodała jednocześnie: dobrze, że to nie był wrzątek. No pewnie że dobrze, zawsze trzeba się cieszyć z tego, co się dostało, bo mogło być znacznie gorzej.

Z ciekawostek: przy odprawie na lotnisku w Stansted, można już było zostawić płyny w torbie. Jak szeroko informowano, mają tam już odpowiednie maszyny skanujące. Mam nadzieję, że szybko wprowadzą to również na innych lotniskach.

sobota, 3 lutego 2024

73 wizyta w Polsce /9/: bal karnawałowy na Rybitwach

Wybraliśmy się na bal karnawałowy dla dzieci, organizowany w Centrum Kultury Podgórza - Klub Rybitwy. Patryczka standardowo przebraliśmy za króla, ale szybko zrezygnował z berła i korony. Najważniejsze, że się wybawił ;-)

/Powyżej: uczestnicy balu, Patryczek pierwszy z lewej/

piątek, 2 lutego 2024

73 wizyta w Polsce /8/: Be Happy Museum w Krakowie

Wybraliśmy się do Be Happy Museum, przy ul. Karmelickiej w Krakowie. Muzeum, to jest tylko z nazwy, faktycznie jest to raj dla miłośników selfie i przecukrzonych fotografii ;-) Niemniej, Patryczek był bardzo zadowolony. Po zwiedzaniu i zabawie, odwiedziliśmy również znajdująca się tam kawiarenkę, serwującą m.in. lody - w wanience.

Poniżej - kilka zdjęć, możliwych scenek było oczywiście znacznie więcej:









czwartek, 1 lutego 2024

73 wizyta w Polsce /7/: Dzień Babci i Dziadka

Dzisiaj w przedszkolu Patryczka obchodzono uroczyście Dzień Babci i Dziadka. Dzieci zaśpiewały piosenki, powiedziały wierszyk, wzięły udział w warsztatach artystycznych podczas których przygotowały świeczniki oraz wręczyły swoim Babciom i Dziadkom, laurkę i kalendarz ze swoim zdjęciem. Wybraliśmy się tam z Babcią Patryczka ;-)

Poniżej - kilka zdjęć:



środa, 31 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /6/: Dinosaur Garden Glow

Przy centrum handlowym "Bonarka" w Krakowie ulokowano Dinosaur Garden Glow, ogród świecących dinozaurów. Wybraliśmy się tam dzisiaj, Patryczkowi się podobało :-) 

Poniżej - kilka zdjęć:




niedziela, 28 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /5/: Oazowe kolędowanie z Patryczkiem

Agnieszka zorganizowała pierwsze po latach spotkanie swoich przyjaciół z Oazy /Ruchu Światło - Życie/. Ja co prawda byłem tam jedynie mężem swojej żony, ale również miło spędziłem czas, słuchając ich wspomnień i wspólnie kolędując ;-)

Poniżej - kilka zdjęć:



sobota, 27 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /4/: bazar egzotyczny w Cracovii

Wybraliśmy się do Hali Cracovii, na reklamowany na FB Festiwal Kawy i Czekolady. W rzeczywistości był to zwykły bazar pod dachem, na którym upchnięto że trzy takie "festiwale", z czego największy był też z kuchnią z mniej lub bardziej dla nas egzotyczną. Nic się nie dzieje, dla mnie to nawet lepiej - jak to mówił jeden z bohaterów kabaretowego skeczu. Nabyłem słodycze i przekąski z kuchni perskiej i tureckiej ;-)

Poniżej - bazar w Cracovii i moje kulinarne nabytki:


piątek, 26 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /3/: Patryczek dostał króliczka

Dzisiaj odebraliśmy króliczka, dla Patryczka. Razem z klatką i dokumentami. Jego rodzice pochodzą z Wielkiej Brytanii, można by więc rzec, że przygarnęliśmy emigranta ;-) Króliczek należał do kogoś, kto niestety nie mógł się nim dłużej zajmować, i szukano dla niego dobrego domu. Mam nadzieję, że nasz taki będzie. Króliczek miał już swoje imię, ale Patryczek zmienił mu je na "Am-am" /od jedzenia ;-)/.

A sam Patryczek? Zachwycony nowym współlokatorem.

/Powyżej: pierwsze spotkanie Patryczka z króliczkiem Amam/

czwartek, 25 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /2/: Patryczek pierwszy raz w teatrze

Patryczek był już pierwszy raz w kinie - ze mną: LINK, a dzisiaj był po raz pierwszy w teatrze, tym razem ze swoim przedszkolem. Dzieci obejrzały przedstawienie "Brzydkie kaczątko" w teatrze Groteska ;-)

/Powyżej: zdjęcie z FB przedszkola/

wtorek, 23 stycznia 2024

73 wizyta w Polsce /1/: nie-uśmiechnięta Polska

I znowu rozpoczynam swoją kolejną, już 73 wizytę w Polsce ;-) Lecieliśmy z Dublina do Krakowa, więc wcześniej autobus z Cork do stolicy Zielonej Wyspy. Swoją drogą, podróż autobusem z tego miasta do miasta trwa dłużej, niż sam lot. Tak czy owak, jak już kiedyś wyliczyłem, całą podróż od wyjścia z mieszkania w Cork do wejścia do mieszkania w Krakowie, zajmuje nam niemal zawsze dokładnie 12 godzin. I to bez znaczenia czy lecimy z Dublina, czy z Cork z przesiadką w Wielkiej Brytanii. Dopóki nie będzie bezpośrednich lotów Cork - Kraków /a kiedyś były/, jest, jak jest.

Sama podróż bez większych problemów, Patryczek większość czasu przespał w autobusie a w samolocie zajął się książeczkami, malowankami, itp. Jeden mały zgrzyt: mieliśmy przysługujące nam niewielkie 3 podręczne torby, które chciałem umieścić w schowku nad głową, żeby mieć więcej miejsca na nogi. Stewardesa stanowczo stwierdziła, że jest to miejsce tylko na większe torby /których nie mieliśmy/, a te mniejsze musimy trzymać pod nogami, bo mają pełną rezerwację, itp. Z tej "pełnej rezerwacji" nie przyszło co najmniej 1/3 pasażerów, tak więc pani po prostu kłamała, i miejsca było sporo. Oczywiście - załoga polska. Dlatego "oczywiście", bo jeżeli mam jakiekolwiek takie sytuacje, to zawsze przy polskiej załodze. Jakoś przy innych nigdy nie ma problemów. 

I jeszcze ciekawostka: lot był opóźniony o godzinę. Tuż przed wylądowaniem padły standardowe komunikaty i informacje, najpierw po angielsku, później po polsku. Po angielsku - przeproszono za opóźnienie, w wersji polskiej - już nie.

Leciało bardzo dużo Ukrainek, ale już nie Ukraińców, jak poprzednio. One, zakładam, na urlop, żeby odwiedzić bliskich na Ukrainie, oni - zostali w domu z obawy przed wcieleniem do armii, nawet jeżeli wcześniej się z tego wykupili. Nie dziwię im się, że nie chcą ginąć za ten skorumpowany do cna kraj, rządzony przez oligarchów i zachodnie koncerny, gdzie nawet pomoc humanitarna zamiast do najbardziej potrzebujących, trafia do normalnych sklepów. 

Cecha charakterystyczna podróżnych pochodzących z Ukrainy: przepychają się w kolejce do odprawy. Nie zrozumcie mnie źle: z reguły to bardzo sympatyczne osoby, ale pewne nawyki najwyraźniej trudno wyplenić. To wspólna cecha wszystkich narodów, które przeszły przez komunizm. Polacy przestali się tak zachowywać dobrą dekadę temu, oni - jeszcze muszą odrobić tę lekcję.

Po wylądowaniu, gdy odbieraliśmy wózek /w Dublinie dziecięce wózki zostawiają przy samolocie, co bardzo ułatwia sprawę, w Krakowie trzeba wiedzieć gdzie, przy specjalnej windzie/, Agnieszka chciała zważyć Patryczka na wolno stojącej tam wadze. Zaraz jakaś pracująca tam pani bezceremonialnie fuknęła na nią, że "to nie zabawka". Agnieszka od razu jej odpowiedziała co myśli o takim zachowaniu, pani się schowała na zapleczu. Na tzw. Zachodzie rzecz raczej nie do pomyślenia, tam jednak pracownicy są zawsze grzeczni i uśmiechnięci. Tutaj, po zmianie władzy, miała na nas czekać "uśmiechnięta Polska", o czym zapewniał Donald Tusk. Wychodzi na to, że jest to uśmiech ironiczny. Wraca stare, ot co.

Wylądowaliśmy po północy, mieliśmy spore problemy z zamówieniem taksówki. Tych z postoju nie biorę, w imię zasad. Raz wziąłem, i sobie przyrzekałem, że nigdy więcej. No dobrze, to nie tak, że wziąłem raz w życiu, ale gdy nacięliśmy się na jednego cwaniaczka we Wrocławiu, to od tamtej pory staramy się brać tylko z aplikacji. To też nie jest gwarancją, że nie trafi się kolejny cwaniak, co już nam się też raz przydarzyło, no ale tutaj jest gdzie i jak złożyć reklamację. Korzystam z trzech aplikacji: bolt, freenow i uber, nie było nic. Oczywiście jak to w apce: info że kierowca będzie za 4 minuty, a później przy wyszukiwaniu, że jednak wszyscy są zajęci. W końcu, po 15 minutach, pojawiła się dostępna taxi na którą również musieliśmy chwilę zaczekać. 

Zły czas, złe miejsce. O północy jest łatwy zarobek w centrum miasta, a i wjazd na lotnisko zrobili płatny dla taksówkarzy. Jak czytamy na stronie lotniska: "bezpłatny wjazd do 8 minut jest możliwy jeden raz w ciągu jednej doby (00:00-23:59). Każdy kolejny wjazd pojazdu spowoduje naliczenie opłaty w wysokości 5,00 zł za każde rozpoczęte 4 minuty". W 4 minuty raczej ciężko się wyrobić, trzeba odnaleźć taksówkę która z braku miejsca często nie może podjechać dokładnie w punkt gdzie stoimy, załadować bagaże, itp. Wychodzi więc na to, że każdy drugi i kolejny taki wjazd, to minimum 10 zł. Dlatego taksówkarze niechętnie tam jeżdżą, szczególnie w nocy, gdzie jak wspomniałem, łatwiej o zarobek w centrum miasta.

W końcu szczęśliwie dotarliśmy do domu ;-)

poniedziałek, 22 stycznia 2024

Filmik ze styczniowego pobytu w Cork

Nasz 10-dniowy pobyt w Cork dobiegł końca. Kwiatki podlane, poczta odebrana, itp., więc znowu lecimy do kRAJu, gdyż ciągle mamy do załatwienia Bardzo Ważne Sprawy.

Poniżej - nasz filmik z tego pobytu: LINK.

niedziela, 21 stycznia 2024

Urodziny Magdy

Dzisiaj świętowaliśmy urodziny Magdy ;-) Było to przyjęcie - niespodzianka, jubilatka nie miała o niczym pojęcia. Agnieszka poprowadziła zabawy dla dzieci.

/Powyżej: grupowe zdjęcie/

Poniżej - filmik z urodzin:

sobota, 20 stycznia 2024

Wlepka z Fidelem, sierpem i młotem

Wczoraj natknąłem się na kolejną komunistyczną wlepkę, szpecącą centrum miasta - tym razem z Fidelem Castro. Sierp i młot jest oczywiście obowiązkowy. Wlepka jest sygnowana przez młodzieżową przybudówkę Komunistycznej Partii Irlandii.  Tutaj napisałem jak irlandzcy komuniści zbierali wpisy do księgi kondolencyjnej po śmierci Fidela Castro: LINK, a tutaj zamieściłem zdjęcie tego zbrodniarza, którym szczycą się na lotnisku w Shannon: LINK.

/Powyżej: wlepka z Castro na ulicy w Cork/

piątek, 19 stycznia 2024

Dark Dark Mouth

Od 15 do 28 stycznia b.r. w Crawford Art Gallery w Cork, można zobaczyć wystawę "Dark Dark Mouth", której autorem jest Dominic Thorpe, irlandzki artysta który w swoich pracach skupia się na współczesnej i historycznej przemocy, prawach człowieka i nadużyciach instytucjonalnych. W ostatnich latach jego zainteresowania rozszerzyły się o badanie indywidualnej i zbiorowej traumy sprawcy. "Dark Dark Mouth" to zbiór rysunków i instalacji, których tematyka porusza kwestię traumy uczestników irlandzkiej wojny domowej (1922–23).

/Powyżej: fragment wystawy "Dark Dark Mouth"/

czwartek, 18 stycznia 2024

Lód, Ogień i Morze

W Kilmurrin w hr. Waterford znajduje się rzeźba "Ice, Fire and Sea" /Lód, Ogień i Morze/. Jak napisano w objaśnieniu: rzeźba ta opowiada historię sił Ognia, Lodu i Morza, które ukształtowały i nadal kształtują ten krajobraz. Ogień symbolizuje czas, kiedy to miejsce było dnem oceanu z podwodnymi wulkanami. Lód reprezentuje epokę lodowcową, kiedy krajobraz został ukształtowany przez przesuwające się lodowce. Morze - to dzisiejszy Ocean Atlantycki, którego przypływy nadal kształtują środowisko.

/Powyżej: Ice, Fire and Sea/

środa, 17 stycznia 2024

wtorek, 16 stycznia 2024

Marina Park w Cork /2/

Niemal dokładnie rok temu pisałem o Marina Park w Cork: LINK. Park jest cały czas "w budowie", niemniej niektóre jego części są dostępne. Dzisiaj byliśmy w jego części dedykowanej dzieciom. Są tam w tym momencie cztery zjeżdżalnie, o różnej długości, kącie nachylenia, itp. I to na razie jedyna dostępna tam infrastruktura, niemniej do beztroskiej dziecięcej zabawy - wystarczy ;-) Jak widać, w Cork mamy przymrozki.

/Powyżej: park zabaw w Marina Park/

poniedziałek, 15 stycznia 2024

Byron Tully: "Old Money"

Pełny tytuł książki to: "Old Money. Jak żyć lepiej i wydawać mniej. Księga tajemnic amerykańskich elit" Zgodnie z tytułem, książka opowiada o tym "jak żyć lepiej i wydawać mniej", w odniesieniu do tzw. "Old Money", czyli rodzin, które zdobyły i przekazują majątek przynajmniej od trzech pokoleń. Jednak myślę że jest to niezła lektura również dla nowobogackich, ale i wręcz finansowych golasów, bo rady zawarte w niej są uniwersalne. Oczywiście, o żadnych tajemnicach mowy nie ma, to tylko chwytliwy tytuł.

Książkę zażyczyłem sobie pod choinkę, bo wydał ją Tomasz Miler, człowiek - orkiestra, który prowadzi na YT swój kanał o, jak mówi, "stylu życia współczesnego mężczyzny", ze szczególnym uwzględnieniem degustacji whisky. Sam fanem whisky nie jestem, ale p. Tomasz opowiada o niej tak ciekawie, że kupiłem od niego m.in. ręcznie robiony kieliszek, książkę - notes degustacyjny i bodajże ze 45 próbek różnych whisky, co pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to trunek dla mnie, bo jeśli już, to najbardziej lubię zwykłego, podstawowego Jacka Danielsa.

Czy to przydatna lektura? Dla 20-latka pewnie tak, dla mnie, 50-latka - nie specjalnie, bo autor pisze o rzeczach oczywistych. Oczywistych - dla 50-latka ;-)

niedziela, 14 stycznia 2024

Tír na Sí Farm

Niedzielne popołudnie spędziliśmy na farmie Tír na Sí. To nasza trzecia odwiedzona irlandzka farma, po Leahy's Open Farm i Rumley's Open Farm. Jak zwykle - świetne miejsce do odwiedzin z dziećmi. Z rzeczy, które zobaczyłem pierwszy raz w życiu - to karuzela... na korbkę ;-) W środku budynku znajduje się restauracja oraz "małpi gaj". Farmę można zwiedzać pieszo lub skorzystać ze specjalnego "pociągu", który nas po niej obwiezie.

Poniżej - kilka zdjęć:







Poniżej - filmik z farmy: