Czas wracać z Tomaszowa do Krakowa. Na koniec wybraliśmy się na spacer po jeszcze świątecznie oświetlonym mieście.
Poniżej - kilka zdjęć:
Dzisiaj jest święto Trzech Króli, więc tradycyjnie wzięliśmy udział w Orszaku Trzech Króli. Podobnie jak rok temu, każdy uczestnik orszaku otrzymał poczęstunek, w tym roku - był to talerz grochówki ;-)
Poniżej - kilka zdjęć, na YT można zobaczyć mój filmik z tego wydarzenia: LINK.
Powoli stają się już tradycją Oazowe Kolędowania, organizowane przez Agnieszkę dla swoich przyjaciół z Oazy /Ruchu Światło - Życie/. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w 2024 roku, po raz drugi - rok temu, wczoraj miało miejsce kolejne, już trzecie kolędowanie, tym razem - u nas ;-)
Poniżej -zdjęcia, filmik w tego kolędowania można zobaczyć na moim YT /od minuty/: LINK.
W sobotę wybraliśmy się na rynek, żeby m.in. zobaczyć słynny tradycyjny Pochód Kolędniczy, który z Bronowic /a konkretnie: z Rydlówki/ idzie na Rynek Główny, do Pałacu Krzysztofory. W wydarzeniu wzięli udział: Kapela Kasi Chodoń, Kapela z Mydlnik, Teatr Złoty Róg oraz wolontariusze Muzeum Krakowa. Później pospacerowaliśmy po świątecznym jarmarku /faktycznie, zabójcze ceny/ i poszliśmy na karuzelę w kształcie choinki, ustawioną przed dworcem kolejowym, na której Patryczek z Agnieszką zażyli przejażdżki ;-)
Poniżej kilka zdjęć, filmik z tego dnia można zobaczyć na moim kanale na YT: LINK.
W pierwszy dzień Świąt wybraliśmy się na Mszę świętą do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Odwiedziliśmy również Szopki Bożonarodzeniowe, zarówno tę przy ołtarzu, jak i ruchomą szopkę, znajdującą się na parterze świątyni.
Poniżej - kilka zdjęć, filmik z tego dnia można zobaczyć na moim kanale na YT: LINK.
Podobnie jak rok - i dwa lata temu, na Wigilię jesteśmy w Polsce. Wiglijną wieczerzę zjedliśmy z Najbliższymi, a później - odwiedzili nas nasi Przyjaciele z Wrocławia, którzy akurat też goszczą w Krakowie ;-)
Poniżej - nasza Wigilia i zdjęcie z Przyjaciółmi, a jak wyglądał ten nasz dzień, można zobaczyć na filmiku na YT: LINK.
Zbliżające się święta Bożego Narodzenia to dla wszystkich wyjątkowy czas. Dla dzieci to czas prezentów, przynoszonych przez św. Mikołaja, albo krasnoluda z reklamy coca-coli, w zależności od tego, w co wierzą ich rodzice, to jest w Pana Boga czy w Mamonę. Jest jeszcze opcja Dziadka Mroza, dla tych najbardziej zatwardziałych ateistów, którzy jednak też chcą świętować, dokładnie w tym samym czasie, co katolicy. Dla dorosłych, to przede wszystkim czas spędzony w rodzinnym gronie, chociaż na emigracji różnie z tym bywa.
Jak nam podaje encyklopedia, termin "emigracja" pochodzi z łacińskiego słowa "emigratio", co znaczy "wyprowadzenie się". Wyprowadziliśmy się nie tylko z rodzinnego domu, ale i z własnej Ojczyzny, próbując tutaj, na Zielonej Wyspie, ułożyć sobie życie na nowo. Upraszczam, nie dotyczy to przecież wszystkich przypadków i każdego z nas. Niektórzy wyjechali, bo w kRAJu im było za ciasno, niektórzy za chlebem, inni żeby szybko zarobić nieco euro na inwestycje w Polsce, jeszcze inni, bo dzielnicowy za często rozpytywał o nich. Co człowiek, to inna historia, łączy nas tylko to, że urodziliśmy się tam a przyjechaliśmy tutaj. Chociaż również pewnie nie wszyscy, bo właśnie chodzi w dorosłość pierwsze pokolenie unijnej emigracji, urodzonych już tutaj. Jednak większość z nas ma rodzinę w Polsce, bliższą lub dalszą, z którą nawet jeżeli nie widzi się cały rok, to jednak chciałoby się spotkać chociaż przy wigilijnym stole. Oczywiście są wśród nas i tacy, którzy najbliższą rodzinę "ściągnęli" tutaj i w zasadzie coraz mniej ich łączy z kRAJem, oprócz wspomnień, języka, paszportu i niechęci do tej lub tej drugiej partii politycznej. Niemniej nawet oni czują że to wszystko to swoisty erzac, opakowanie zastępcze, a jak Boże Narodzenie - to tylko w Polsce.
Nie zawsze jednak udaje się do tej Polski przyjechać, zwłaszcza w święta, gdy tanie linie nagle przestają być tanie. My /czyli ja i moja Żona, Agnieszka/ po raz pierwszy polecieliśmy do kRAJU na święta dopiero w 2023 roku, po 20 latach życia w Irlandii. Oczywiście, w Polsce bywamy regularnie, od 2004 roku ja sam byłem w Ojczyźnie aż 84 razy, a już mam bilety na 85 wyjazd. Warto prowadzić sobie bloga czy inny pamiętnik, dzięki czemu ma się taką dokładną rachubę. Średnio statystycznie wychodzi mi, że jest tam 4 razy do roku, czyli - co kwartał. Oczywiście jak to w statystykach bywa, nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Pierwszy raz poleciałem do Polski dopiero po 1,5 rocznym pobycie tutaj, ale później bywało, że przez kilka miesięcy latałem... co tydzień, kiedy robiłem w kRAJu pewien ważny dla mnie kurs, na którym obecność była absolutnie obowiązkowa. No ale - nie o tym, nie o tym, tylko o świętach w Polsce. Tak więc: przez 20 lat święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy na Zielnej Wyspie, za to teraz szykują nam się święta w Polsce, i to już trzeci rok pod rząd.
Jak wyglądały te nasze irlandzkie święta? Najpierw lekki szok kulturowy, że Wigilia to niemal zwykły dzień roboczy a zamiast karpia je się indyka. Generalnie mi tam wszystko jedno, od wielu lat nie jem niczego, co ma oczy, no ale żeby nie jeść wigilijnej kolacji, tylko świąteczny obiad? Jakoś to nie po polsku, prawda? Na szczęście szybko pojawiło się w Cork, gdzie od samego początku mieszkamy, polskie duszpasterstwo i już w 2005 roku odbyła się tutaj pierwsza polska Pasterka. Do dzisiaj mam przed oczami obraz choinki w dwiema polskimi małymi flagami, stojącej w St. Augustine's, kościele przy którym wtedy działało polskie duszpasterstwo. Rok później nie udało nam się dotrzeć na tę Paterkę, bo Wigilię spędziliśmy w szerszym gronie niedawno poznanych znajomych gdzieś na peryferiach miasta i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że późnym wieczorem ustała wszelka komunikacja: przestały jeździć autobusy a taksówki nawet nie zaczęły: telefony w korporacjach taksówkarskich albo milczały, albo głos automatycznej sekretarki zapraszał nas po świętach. To są, przypomnę, historie sprzed 20 lat, teraz w gwałtownie laicyzującej się Irlandii, wygląda to zupełnie inaczej.
W 2008 roku pierwszy i ostatni raz zdarzyło nam się uczestniczyć w Wieczorze Opłatkowym w Ambasadzie RP w Dublinie. Byłem wtedy prezesem MyCork, prężnie działającego polonijnego stowarzyszenia, więc wicie-rozumicie, nie wypadało nie zaprosić. Chociaż w następnym roku już tego zaszczytu nie doświadczyłem, chociaż ciągle tym prezesem byłem, a MyCork działało jeszcze prężniej. Może i dobrze, bo dziwnie się tam czułem, praktycznie nie znając zdecydowanej większości tych polonijnych "działaczy". Tak zresztą jest do tej pory, kiedy przypadkiem trafię na facebooku na jakieś fotki z ambasadorskich polonijnych rautów: nie znam tych ludzi, a nawet jeżeli znam, to nic nie wiem o tym, żeby się oni udzielali na rzecz Polonii w Irlandii, a nurty tego polonijnego życia są ciągle w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Ot, takie hobby. Na tym spotkaniu poproszono mnie, żebym /w imieniu rzeczonego MyCork/ napisał list, popierający pewnego pana, który bardzo chciał być konsulem honorowym w Cork. List napisałem, powstał w Cork ten konsulat, ale pan konsul nie do końca wywiązał się z tego, co naobiecywał, no ale - jakiś tam konsulat był, chociaż tylko honorowy. Już nie ma, a kolejnych chętnych na tę prestiżową chociaż wolontaryjną funkcję - brak.
Kolejne święta spędzaliśmy spokojnie w domu, ciesząc się koncertem polskich kolęd czy pokazem jasełek w wykonaniu dzieci z Polskiej Szkoły w Cork. Chodziliśmy na świąteczny kiermasz przy Grand Parade i do bajkowo oświetlonego Bishop Lucey Park. Angażowaliśmy się też co roku w organizację Mikołajek dla polskich dzieci w Cork jak i w tworzenie polskiego kiermaszu w przedsionku wspomnianego kościoła St. Augustine's. Do Polski lataliśmy już po świętach, bo na miejscu trzymały nas tradycyjnie: praca i wysokie ceny biletów.
Po 10 latach trochę zmieniliśmy nasze zwyczaje i zaczęliśmy święta spędzać w Dublinie. To był świetny pomysł i powiem świeżości, przynajmniej dla nas. Pozwalał oderwać się od codzienności a przez to lepiej przeżyć Boże Narodzenie. Zatrzymywaliśmy się hotelach w centrum miasta: Belvedere i Maldron Hotel przy Parnell Square, a później w naszym ulubionym RIU Plaza The Gresham przy O'Connell Street. Wtedy pobyt tam nawet w świątecznym okresie kosztował naprawdę niewiele, dzisiaj - to już jest zupełnie inna historia. Za pierwszym razem poszliśmy na Pasterkę do St. Saviour's Priory, gdzie są polscy Dominikanie. W pierwszy dzień świąt szliśmy do St. Audoen's Church, kościoła przekazanego polskiej wspólnocie i prowadzonego przez księży Chrystusowców, w dzień drugi - do St. Francis Xavier Church, gdzie w kaplicy św. Ignacego msze odprawiają Jezuici z Polski. W kolejnych latach skupiliśmy się tylko na tych dwóch pierwszych kościołach, ale wzorzec był ten sam: Paterka u Dominikanów a później Msza Św. u Chrystusowców. Gwoli ścisłości, zdarzało się że do nas przyjeżdżali najbliżsi z Polski, wtedy oczywiście zostawaliśmy w Cork, ciesząc się swoją obecnością, niemniej kiedy nikt się do nas nie wybierał, my wybieraliśmy się do stolicy.
Taka sielanka trwała do 2020 roku, kiedy obostrzenia covidowe wywróciły wielu ludziom życie do góry nogami. Władza wymyślała przeróżne zakazy i nakazy, w tym m.in. obowiązek rejestracji online do uczestnictwa we Mszy Świętej. W Cork za późno się za to zabraliśmy i zabrakło dla nas miejsca. Jak znam życie, polscy księża na pewno nie odesłaliby nikogo z kwitkiem, ale nie chcieliśmy ich narażać na niepotrzebne ewentualne reperkusje, bo przecież wiadomo, że są wśród nas czarne owce. Na marginesie: jedna z takich polskojęzycznych owiec, składała w tym świątecznym czasie donos na moją Żonę, że ta prowadziła warsztaty artystyczne dla pań, rzekomo z liczbą uczestniczek większą, niż obowiązywały limity. Tyle że były zdjęcia ze spotkania i można było porachować, że było tyle osób, ile być mogło. Ot, takie to były czasy i takie to były świnie. Wróć, owce oczywiście. Ponieważ zabrakło dla nas miejsca w kościele, więc znowu wybraliśmy się do Dublina, a na Pasterkę poszliśmy tym razem do St. Audoen's Church, a nie do Dominikanów, bo tylko tam było jeszcze wolne miejsce. Kolejny pandemiczny 2021 rok: co prawda już nie trzeba się rejestrować na Mszę do kościoła, ale wstrzymano loty, więc znowu nikt nas nie odwiedza, za to my jedziemy do Dublina. Co tam robiliśmy, oprócz chodzenia po kościołach i podziwiania szopek? Odwiedzaliśmy naszych przyjaciół, również piszących w MIR-ze /pozdrawiam Tomka i Przemka/, szukaliśmy skrytek geocachingowych i odkrywaliśmy mniej znane zakamarki miasta.
W kolejnym roku w naszym życiu pojawił się Patryczek, a to zmieniło u nas bardzo wiele. Między innymi i to, że zaczęliśmy Boże Narodzenie spędzać w kRAJu, nie patrząc na ceny biletów i inne przeszkody. Boże Narodzenie w Cork czy nawet w Dublinie, to w porównaniu z takim Krakowem, jednak tylko ledwie namiastka świąt, nie ujmując oczywiście niczego tym dwóm miastom. Na każdym kroku jak nie jarmark, to koncert kolęd, szopki żywe i te krakowskie, później huczny Nowy Rok i Orszaki Trzech Króli. Tak to można świętować.
Jednak najlepsze święta, to te w gronie najbliższych, z osobami które kochacie. I takich świąt Bożego Narodzenia Państwu życzę!
Wybraliśmy się do Fota House, na kolejne spotkanie ze Świętym Mikołajem. Przy okazji zwiedzaliśmy pięknie udekorowane pokoje, każdy z własną świąteczną historią. Największą atrakcją było oczywiście spotkanie z Mikołajem. Każde dziecko otrzymało dwa książkowe prezenty. Do tego można było zrobić sobie wspólne zdjęcie. To już 6-te spotkanie Patryczka ze Świętym Mikołajem - w tym roku ;-)
Poniżej kilka zdjęć, filmik z tego wydarzenia można zobaczyć na moim YT: LINK.
W szkole Patryczka miał miejsce kiermasz bożonarodzeniowy, połączony z występami dzieci. Wybraliśmy się oboje, żeby zobaczyć Patryczka, kupiliśmy również kilka drobnych rzeczy. Filmik z tego kiermaszu i występów można zobaczyć na YT: LINK.
Agnieszka w ramach swojego projektu My Little Craft World, ponownie zaprosiła wszystkie dzieci na specjalne warsztaty świąteczne, które miały miejsce w Polskiej Szkole w Cork, ale tym razem w sobotę /czyli wczoraj/. Dzieci poznały polskie świąteczne tradycje i zwyczaje, oraz wykonały ozdoby świąteczne.
Poniżej kilka zdjęć, filmik z tego kiermaszu można zobaczyć na moim YT /od 3:37 minuty/: LINK.
Wybraliśmy się na Biegun Północny, żeby kolejny raz /już czwarty w tym roku, a to dopiero początek/ spotkać się ze Świętym Mikołajem. Na szczęście ten biegun znajdował się stosunkowo blisko, bo w Cuskinny Court, k. Cobh.
Było to godzinne swego rodzaju przedstawienie teatralne, w czterech różnych sceneriach, na których dzieci zostały zaproszone do spotkania z elfami, Panią Mikołajową i w końcu z samym Świętym Mikołajem. Mali widzowie pomagali elfom zbudować zabawki a w kuchni Pani Mikołajowej ozdabiały własne ciasteczka. Zabawa kończy się prywatną wizytą u Świętego Mikołaja w jego leśnej chatce, gdzie elf-fotograf robi pamiątkowe zdjęcie. Dodatkowo dziecko może wybrać sobie dowolną zabawkę z elfiego sklepiku. Jest też kawiarenka serwująca m.in. gofry w kształcie choinki ;-)
Poniżej - kilka zdjęć, filmik z tej naszej wyprawy można zobaczyć na moim YT /od 2:45 minuty/: LINK.