środa, 11 lutego 2026

Bandyci wychodzą, wspomnienia wracają

 W zeszłym miesiącu polskojęzyczne media obiegła informacja, że po 25 latach odsiadki wyszedł na wolność niejaki Ryszard Bogucki, skazany za zabójstwo bossa gangu pruszkowskiego, Andrzeja Kolikowskiego, bardziej znanego jako "Pershing". Ta, z pozoru mało istotna informacja, zawiera w sobie wspomnienie o całej dekadzie lat 90. ubiegłego wieku. A jaka to była dekada? Jak z piosenki Kazika: "tu złodzieje okradają wszystkich, którzy się ruszają, i nie myślą o policji, bo ci teraz spowiedź mają". Może nie tyle spowiedź, ile związane ręce z jednej strony, a z drugiej korupcję na każdym poziomie, od zwykłego stójkowego po otoczenie ówczesnych prezydentów Rzeczpospolitej. Może już o tym nieco zapomnieniliśmy, ale złodziejstwo było powszechne. Mnie samemu włamano się do mieszkania, na szczeście, gdy nikogo nie było, oraz do kiosku, który m.in. wtedy prowadziłem. Żeby było zabawniej, jednego z tych włamywaczy policja nawet ujęła, ale sąd wypuścił. Okradziono wtedy większość biznesów działających w okolicy. I jeszcze takie kuriozum: mojemu sąsiadowi skradziono auto. Następnego dnia pożyczył samochód od teścia, żeby miał czym dojeżdżać do pracy, i dwa dni później też mu go skradziono. Ot, takie wspominki.

Wyjście na wolność Boguckiego było dość spektakularne. Ten facet wyglądał jak z żurnala wycięty, a nie jak ktoś, kto przesiedział 25 lat, i to bez żadnej przerwy. Elegancka fryzura, fachowo przycięta broda, świetnie skrojone ubranie, w dodatku dobrze odżywiony, w świetnej kondycji fizycznej, wyglądający na 15 lat mniej, niż ma w rzeczywistości. Gość wyglądał, jakby wrócił z wieloletniego egzotycznego urlopu, a nie z więziennej celi. Dziwne się to wszystko wydaje, nawet jeżeli się pamięta, że Bogucki w latach 90. należał do czołówki najbogatszych Polaków. Od razu rodzi się pytanie: czy jego majątek pomógł mu w przejściu przez wieloletnie więzienie i uczynił je całkiem znośnym? Czy odsiadka w jego przypadku mogła być podobna do filmowej odsiadki "Siary" z drugiej części "Kilera", który to w ogromnej celi miał obrotowe łóżko i obiady dostarczane z Sheratona?

Tak naprawdę, to nie wiem, dlaczego on w ogóle siedział, skoro podobno zabił bandytę i to szefa mafii? Za zabicie bandziora powinni mu medal dać, a nie, jak mówią w swoim slangu skazani, "ćwiarę". No ale, jak to we wspomnianym "Kilerze" podczas przesłuchania zwrócił się do tytułowego bohatera komisarz Ryba: "zabijałeś kanalie, fakt. Ale odpowiesz za każdego, jak za niewinnego człowieka". Takie niestety mamy prawo w kRAJu... Gwoli uczciwości należy dodać, że Bogucki nigdy się nie przyznał do zabójstwa "Pershinga" i zapowiada walkę o odszkodowanie za według niego, niesłuszne skazanie.

Od tamtego czasu wiele wody w płynącej przez Dublin rzece Liffey upłynęło. Kiedy wsadzano go do więzienia, nie było jeszcze nawet Szpili w Dublinie, Polska nie była w UE, za to zdążyła się urodzić cała nowa generacja, następne pokolenie, które powoli przejmuje pałeczkę. Bogucki też będzie się musiał nauczyć kilku nowych rzeczy, w tym obsługi smartfona. Swoją drogą, z takiej perspektywy dość nieudolnie wygląda odtworzenie realiów w "Psach 3", kiedy to po odsiedzeniu identycznego wyroku, 70-letni Franz Maurer natychmiast obsługuje taki telefon, który po nocnej libacji alkoholowej "pożyczył" od "Panicza", swojego dawnego donosiciela, i wyszukuje za pomocą tego urządzenia informacji w internecie. No nie, tak to nie działa. Oczywiście, film rządzi się swoimi prawami, stąd w drugiej części "Psów" główny bohater mógł wyjechać do Nowej Zelandii i jeszcze dzwonić stamtąd do kolegi, a w trzeciej obudzić się na więziennej pryczy, zdając sobie sprawę, że to był tylko sen. No ale błagam, trochę szacunku dla widza...

Wracając do Boguckiego i wesołych lat 90.: tak się akurat złożyło, że w tej chwili wychodzi na wolność cała plejada gangusów, wsadzona na przełomie wieków. Jestem pewien, że zrobienie wtedy porządku z bardzo rozbrykaną polską mafią, było jednym z warunków, być może niepisanych, przyjęcia nas do UE. Lata 90. to był niebywały czas: z jednej strony jako-taka wolność gospodarcza, bo urzędy skarbowe nie miały takich środków technicznych, jakie mają teraz, z drugiej - ogromny rozwój przestępczości. Gangsterzy robili, co chcieli, policja była bezradna, a przede wszystkim niedofinansowana, i to tak bardzo, że paliwo do służbowych samochodów często fundowały im samorządy. Być może też ta bezkarność wynikała z tego, że, jak się powoli dowiadujemy, bandyci mieli swego rodzaju parasol ochronny od służb specjalnych, w zamian za współpracę. Jaka to była współpraca? Gangusy, prowadzące różne interesy, od agencji towarzyskich, przez knajpy, kluby nocne i kasyna, zapewne dzieliły się informacjami na temat zaglądających tam prominentnych osób, być może odpalały też jakąś dolę, a w zamian policja niespecjalnie ich ścigała, sądy szybko wypuszczały, a w razie poważnej wtopy, prezydenci Wałęsa czy Kwaśniewski usłużnie podpisywali ułaskawienia. Dość wspomnieć, że jak podaje Wikipedia, ten pierwszy ułaskawił 3454 osoby, a ten drugi 4302. Dla porównania: Kaczyński ułaskawił 201 osób, Komorowski 360, a Duda tylko 143. Jest różnica?

W latach 90. trudno było odróżnić biznesmena od gangstera, a politycy chętnie trzymali się z jednymi i drugimi, nie widząc w tym niczego złego. Zresztą poważny biznes robiło się wtedy na prywatyzowanych zakładach, sprzedawanych przez państwo udziałach, pośrednictwie w handlu gazem itp. Wszystko to oczywiście w kontaktach z politykami i służbami, również innych państw. Siłą rzeczy łapówki też musiały być na porządku dziennym. Zanim weszliśmy do Unii, musieliśmy ukrócić najbardziej widoczną, niemal oficjalną korupcję i wspomniane rozbrykanie polskiej mafii, która poczuła się tak silna, że ofiarą jej zamachu stał się w końcu gen. Marek Papała, były Komendant Główny Policji. Do dzisiaj nie wiadomo kto i dlaczego go zabił, ale wiadomo z kolei, że Papała, jako szef policji, zwalczał mafię pruszkowską, miał wiedzę o powiązaniach świata przestępczego z policją, UOP, polityków z mafią, o nielegalnych operacjach lat 90., itp. Niewykluczone zresztą, że zabiły go służby, a nie mafia, ale w tamtych czasach to w sumie było bez znaczenia, obydwa te twory żyły w symbiozie. Z jawnie działającą mafią, drwiącą sobie z policji, nikt by nas na europejskie salony nie wpuścił, a że rządząca wtedy lewica już dobiła politycznego targu, trzeba było z tym szybko zrobić porządek. I rzeczywiście zrobiono, niemal hurtowo zamykając wtedy wszystkich gangusów i okładając ich najwyższymi możliwymi wyrokami. Oczywiście, ci z kolei na wyścigi wydawali swoich kolegów, licząc na złagodzenie kary, a jednocześnie nie chwalili się za bardzo znajomościami w świecie politycznych elit, bo każdy z nich chciał jednak żyć. Choćby za więziennym murem, ale - żyć.

Na gadanie wzięło ich dopiero teraz, kiedy zaczęli opuszczać więzienia. Część z nich próbuje zostać internetowymi celebrytami, zakładając konta na social mediach i opowiadając mniej lub bardziej wydumane historie. O dziwo, są chętnie oglądani i lajkowani przez młodzież. To jest naprawdę ogromna porażka wychowawcza polskich rodzin i szkół, że takie bandziory, niegdyś łamiące ludziom kości i życiorysy, dzisiaj znajdują grono słuchaczy. Z drugiej strony, lepiej jak tylko opowiadają barwne historyjki, w których jedynie brakuje smoków, niż gdy próbują wrócić do dawnego fachu. Ostatnio była głośna sprawa, gdy nieoficjalnie nazwana przez policję "Grupa Dziadków", składająca się z niedawno wypuszczonych na wolność już ponad 60-letnich gangsterów, wśród których znajdował się jeden z przywódców mafii pruszkowskiej, próbowała wymusić haracz. Kiedyś byli postrachem, teraz to Gang Olsena: policja zawinęła ich kompletnie zaskoczonych i to na gorącym uczynku. Ot, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść...

Dzisiaj zamiast brutalnych bandziorów wymuszających haracze, okradają nas głównie politycy, urzędnicy i bankierzy, za to w białych rękawiczkach. Słoiki z ogórkami oraz zdezelowane rowery, można już bezpiecznie trzymać w piwnicy. O ile oczywiście postępująca bieda nie sprawi, że i na to pokusi się ten czy inny sąsiad.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz