wtorek, 24 marca 2026

Dubajskie słońce, irańskie drony i polska skarbówka

Historia jak wiadomo, lubi się powtarzać, chociaż z reguły jako farsa. W 1939 roku, podpuszczeni przez Anglię i Francję, odmówiliśmy Niemcom budowy eksterytorialnego korytarza, czyli autostrady i linii kolejowej, łączącego je z Prusami, co skończyło się dla nas przegraną wojną i okupacją niemiecką a później radziecką. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj. W 2026 roku, Trump, być może obrażony przez to, że nie dali mu pokojowej nagrody Nobla, za to na pewno podpuszczony przez Izrael, ale mający też własne interesy, napadł na Iran. Skutki tego również od razu odczuliśmy nawet w Polsce czy w Irlandii, bo błyskawicznie wzrosły na stacjach ceny paliw, chociaż wszyscy wiedzą, że kupiono je jeszcze po starych stawkach, ale sprzedano już po nowych. Niemiecki atak na Polskę doprowadził do wybuchu II wojny światowej. Pytanie, czy nie stoimy na krawędzi III wojny?

Zarówno historycy, jak i miłośnicy tworzenia przeróżnych wersji alternatywnej historii, mogą mieć własne zdanie o tym, czy postawa Polski była wtedy politycznie słuszna, czy nie. Przy czym zaznaczę, że wyłącznie o politykę chodzi, a nie o kwestie moralne, czy warto układać się z państwem największych złodziei i morderców w ówczesnej Europie. Znamy za to skutki tej, a nie innej decyzji. Jak się skończy historia z Iranem, jeszcze nie wiemy, a przynajmniej nic nie wiadomo w chwili, gdy zasiadłem do pisania tego tekstu. Jeżeli Trump uwinie się szybko i skończy wojnę w dwa tygodnie, będzie zwycięzcą. Jeżeli uwikła się w kosztowną awanturę, USA zapłacą olbrzymią cenę, wyrażoną nie tylko w petrodolarach. Swoją drogą, nieprawdopodobne, jak USA, największe mocarstwo na świecie, jest podległe Izraelowi, małemu państewku, leżącym gdzieś na geopolitycznym krańcu świata. Rozumiem, że to ich sojusznik w świecie arabskim, ale USA może liczyć również na inne kraje w tym regionie. Tymczasem wszyscy widzą, że to ogon macha psem, ot co. Najważniejsze dla nas, to nie dać się wciągnąć w tę awanturę. USA to nasz sojusznik, czy tego chcemy, czy nie. Ale nie mamy żadnego powodu, żeby występować przeciwko Iranowi, a na propagandę był czas już się uodpornić. Za to znalazłby się niejeden powód, żeby opowiedzieć się przeciwko Izraelowi, który ma długą historię szkalowania Polski.

Niejako rykoszetem, przy tej całej wojennej awanturze, oberwali nasi turyści, zwiedzający tamte rejony, w krytycznej sytuacji pozostawieni sami sobie, zarówno przez organizatorów wycieczek, jak i naszych dyplomatów tam rezydujących. Umiesz liczyć, licz na siebie, ale przykre to jest, bo skoro umawiamy się na jakieś państwo, czyli na przymusową formę organizacji obywateli, to chcielibyśmy mieć pewność, że w chwili próby nie zostaniemy sami. A jeżeli rzeczywiście mamy liczyć tylko na siebie i to nie tylko w takich kwestiach, to pytanie, czy jest nam potrzebne takie państwo?

Przy okazji wyszło na jaw, że wielu naszych dobrze zarabiających celebrytów, po części widząc jak nasze państwo ich łupie na podatkach, zamieszkało w takim Dubaju, gdzie większość zarobku mogą zachować dla siebie. Niestety, w krajach Unii Europejskiej urzędy skarbowe robią wszystko, żeby zedrzeć z człowieka ostatnią koszulę. Taki podatkowy zamordyzm, połączony ze skrajnie lewicową ideologią, coraz bardziej skłania do zastanowienia się, czy potrzebna nam taka Unia? Osobiście doszedłem do wniosku, że nic z tego nie będzie, gdy wymyślili te nakrętki przyczepione do butelek. Dla mnie to było przysłowiowe piórko, pod którym ugiął się ciężko objuczony wielbłąd. Skoro naprawdę coś takiego wzięto na poważnie, to trzeba wychodzić, bo robi się z tego dom wariatów. Kiedy z kolei odrzucono zapis, choćby w nieistotnej rezolucji, że "tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę", to już wiem, że w dodatku trzeba wychodzić jak najszybciej.

Wracając jednak do naszych celebrytów: niektórym trochę mina zrzedła, gdy zobaczyli, że są w zasięgu irańskich dronów. Jakby tego było mało, zainteresowała się nimi również polska skarbówka. Jak czytamy w jednym z komunikatów prasowych na Interii: "Krajowa Administracja Skarbowa przygląda się zakupom mieszkaniowym Polaków w rejonie Zatoki Perskiej. Ministerstwo Finansów w odpowiedzi na pytania PAP potwierdziło, że przedmiotem zainteresowania KAS jest to, czy wydatki te mają pokrycie w ujawnionych dochodach. Ministerstwo Finansów przypomina, że sam zakup nieruchomości w innym kraju nie wiąże się z obowiązkiem podatkowym w Polsce. Inna sytuacja ma miejsce wtedy, gdy polski rezydent osiąga z niej dochody, np. z najmu - wówczas obowiązek podatkowy powstaje."

Reasumując, skarbówka ma zamiar pytać naszych celebrytów, skąd wzięli pieniążki na swoje dubajskie mieszkania? W dodatku, gdyby okazało się że pod swoją nieobecność je wynajmują, przypomną, że trzeba zapłacić od tego zaległy podatek - w Polsce. Problemem naszych celebrytów i influencerów jest fakt, że zarabiają najczęściej na treściach tworzonych w Polsce lub na polski rynek. To zrozumiałe, tak jak i w przypadku naszych topowych aktorów: choćby nie wiem jak gardzili "tenkrajem", żaden z nich kariery w Hollywood nie zrobił. W Bollywood zresztą też... W takich przypadkach, skarbówka często uznaje, że to tutaj, w kRAJu, mieści się ośrodek interesów życiowych i tutaj trzeba płacić podatki, choćby celebryta podnosił fakt, że większość dni w roku przebywa on w swoim dubajskim mieszkaniu.

Przy okazji tej całej awantury, wyszło jeszcze kilka "kwiatków". Okazuje się, że Dubaj silnie stawia na promocję w internecie za pośrednictwem wspomnianych influencerów. Istnieją dedykowane aplikacje, gdzie np. taki influ, jeżeli tylko ma powyżej 5 tysięcy "obserwujących", może się zarejestrować i korzystać z darmowych hoteli, posiłków w restauracjach, itp. Oczywiście im większe dana osoba robi zasięgi, tym lepsze dostaje propozycje. Niektóre panie, znane z tego, że są znane, wprost przyznawały, że uwielbiają latać do Dubaju, bo jedyny ich koszt to bilet lotniczy, a resztę dostają w naturze i to w zamian za instagramowo - tiktokowe rolki, które i tak by nakręciły. Oczywiście w takich przypadkach o krytyce nie ma mowy, na filmikach są same zachwyty, często zresztą szczere, bo za darmo wszystko dobrze smakuje, ewentualnie można przymknąć oko na to czy owo. Jak to się opłaca tym hotelom i restauracjom? Ano jakoś musi, na pewno jest to dobrze skalkulowane, gdzie za cenę posiłku czy nocy w pokoju, który pewnie i tak stałby pusty, dostaje się filmik robiący setki tysięcy wyświetleń i napędzający kolejnych turystów.

Nie byłoby w tym może nic złego, gdybyśmy od początku wiedzieli, że to barterowa reklama. Tymczasem nasze influ skrzętnie to ukrywają, udając że mają więcej pieniędzy niż mają i sprzedają nam często nieprawdziwy obraz tej czy innej turystycznej ziemi obiecanej. Do tego dochodzi często podobny, zawsze pozytywny przekaz na temat rodziny panującej czy uzbrojenia, którym dane państwo dysponuje, co w zamyśle ma wzmocnić poczucie bezpieczeństwa wśród turystów w tych niepewnych czasach, ale jednoznacznie wskazuje na to, że te treści są w jakiś sposób sterowane, a influ są jedynie pudłem rezonansowym. Tymczasem w internecie, co do zasady zasięgi się buduje na wiarygodności. Tak, wiem, często inne aspekty powodują popularność tej czy innej osoby, ale gdy traci się wiarygodność, nawet największa liczba followersów nie przełoży się na skuteczną sprzedaż.

Jak sami Państwo widzą, ciężkie życie mają ostatnio nasi celebryci. W ogóle bycie celebrytą to nie takie hop, siup. Im się człowiek robi bardziej znany, tym większe ryzyko, że zaproszą go do jakiejś telewizji śniadaniowej czy innego talk-show, a tam, nawet w towarzystwie zaprzyjaźnionych dziennikarzy, o tragedię nietrudno. Niedawno boleśnie przekonał się o tym Marcin Gortat, nasz chyba najbardziej znany koszykarz, pozujący w dodatku na wielkiego polskiego patriotę, który w programie u swojego kolegi, Jakuba Wojewódzkiego, nie potrafił odpowiedzieć na pytania: w którym roku był chrzest Polski, kto napisał "Nad Niemnem", a nawet ile to jest 7x9? Do tego nasz szczery demokrata ubolewał, że "wsie i małe miasteczka wybierają mu prezydenta" i że to tak być nie może. Ręce opadają.

Z drugiej strony, taki Gortat przynajmniej przyznaje, że nie wie, ale nie wymyśla bajek jak inny celebryta, syn swojego ojca, Maciej Stuhr, który w jednym z wywiadów twierdził, że Polacy "przywiązywali dzieci pod Cedynią, jako tarcze". Pytanie, jak bardzo pan aktor musi nienawidzić swojego kRAJu, dzięki któremu zarabia na kieliszek chleba, skoro wygaduje takie rzeczy? A więc to nie Polacy przywiązywali dzieci do tarcz pod Cedynią w 972 roku, ale zrobili to Niemcy pod Głogowem w 1109, przywiązując polskie dzieci do machin oblężniczych. No cóż, może to nie wina samego aktora, w końcu jego ojciec zasłynął nie tylko rolą osła w Shreku, ale i stwierdzeniem, że za granicą "stara się nie mówić głośno po polsku". No wiadomo, wstyd i siara. Tak to jest, gdy człowiek "czuje się bardziej „Mitteleuropejczykiem” niż Polakiem", co był nam łaskawy swego czasu objaśnić śp. Pan Jerzy. Dobrze, że nie dożył tych czasów, gdy w sieci od ponad roku trwa nieustanny "hype na Polskę", gdzie obcokrajowcy, najczęściej z państw zachodnich, są szczerze zachwyceni naszym kRAJem, głośno wychwalając porządek, czystość i bezpieczeństwo, którego u siebie, wskutek błędów swoich polityków, już nie mają. I w dodatku nie są to rolki sponsorowane choćby darmowymi pierogami.

Jak sami Państwo widzą, nie jest łatwo być celebrytą w dzisiejszych czasach. Nie dość, że odpytują ich z tabliczki mnożenia i najważniejszych dat z historii Polski, to jeszcze skarbówka pyta, skąd mają pieniądze na te swoje beztroskie celebryckie życie? I nawet do instagramowego Dubaju strach teraz polecieć, bo irańskie drony spać nie dają. W takich chwilach warto docenić to, co się ma, choćby to było tylko spokojne życie na irlandzkiej wsi.

I tego spokoju w tych niespokojnych czasach, Państwu i sobie życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz