piątek, 19 lipca 2013

XXVI wizyta w Polsce (11): Wrocław - Ogród Zoologiczny

Wrocławskie ZOO, jak podaje Wikipedia, jest: "najstarszym na obecnych ziemiach polskich i największym (pod względem liczby wystawianych zwierząt) ogrodem zoologicznym w Polsce." Dlatego się tam wybrałem, chociaż - nie przepadam za takimi przybytkami, bo uważam, że zwierzęta nie powinny żyć w klatkach. Na szczęście - idzie ku lepszemu i ciasne klatki powoli są zastępowane obszernymi wybiegi.

/Powyżej: stoję przed znanym głównym wejściem do wrocławskiego ZOO. Obecnie, z uwagi na budowę Afrykarium, wejście znajduje się z innej strony/

Ogólnie rzecz ujmując - wrocławskie zoo niespecjalnie mi się spodobało. Zabudowa jakaś taka chaotyczna, zabytkowe budynki sąsiadują z tymi topornymi, jakby powstałymi przy pomocy siekiery. Pomieszanie nowego ze starym, brak spójności i planowania. To oczywiście tylko i wyłącznie moja subiektywna ocena, nie proszę nikogo, żeby się ze mną zgadzał. Trwa budowa Afrykarium, być może jej otwarcie poprawi wizerunek tegoż przybytku, chociaż - szczerze wątpię.

/Powyżej: kilka zwierząt z wrocławskiego ZOO. Tych w klatkach nie fotografowałem.../

W trakcie spaceru natykamy się na faceta... ze strzelbą w ręku. Nie znam się na tym, bron wygląda na taką, z pomocą której "strzela" się do zwierząt z ładunków zawierających środek usypiający. Po chwili zauważamy, że alejkami spaceruje sarna, która zapewne uciekła z zamknięcia. Ni z tego ni z owego, "myśliwy" zaczyna krzyczeć do mnie i towarzyszących mi osób: "proszę nie utrudniać mi pracy! proszę nie iść w jej kierunku, bo pobiegniecie za nią i kto ją będzie łapał?!". Na początku - aż mnie "przytkało" ze zdumienia. Ani dzień dobry, ani przepraszam, ani proszę państwa, jakiś krzyk, a w dodatku - do jasnej anielki, nikt z nas nie zamierzał biegać za sarnami, ani nawet iść w jej kierunku, bo czort ją wie - może wściekła się?... Poza tym - najpierw zobaczyliśmy faceta ze strzelbą, dopiero później sarnę. Żadnych znaków ostrzegawczych, taśmy odgradzającej, nic. No i - w końcu szliśmy sąsiednią alejką, a nie tą "sarnią". Wreszcie mi przechodzi, a ponieważ facet dalej wydziera się na naszą Bogu ducha winną grupkę, usadzam go:
- Po pierwsze, trochę grzeczniej. Po drugie, jak ci uciekła sarna, to ją łap, a nie zaczepiaj ludzi którzy kupili bilety i spokojnie sobie spacerują po ogrodzie.
Formę "pan", chociaż z reguły rygorystycznie jej przestrzegam, w tym jednostkowym  przypadku uważam za zupełnie zbędną. "Myśliwy" otworzył usta ze zdumienia. Odchodzimy, profilaktycznie nie oglądając się za siebie, licząc na to, że w rewanżu jednak nie będzie strzelał w plecy. Lub niżej ;-)

Ręce opadają, tak jak wspomniałem przy notce z Ogrodu Japońskiego - Irlandia rozpieszcza... Ale to jeszcze nic, po wyjściu z ZOO zastajemy nasz samochód - okradziony. Ale o tym i o naszych perypetiach z wrocławską policją -  już na koniec mojej relacji z pobytu w tym jakże uroczym mieście ;-)

1 komentarz:

  1. też mnie razi to "tykanie" w Polsce...

    OdpowiedzUsuń