Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizyta w Polsce: 07. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizyta w Polsce: 07. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (6): z ziemi polskiej - do Shannon

I już jestem z powrotem :-) Wracając do Irlandii - leciałem z Krakowa do Shannon, a później podjechałem autobusem do Cork.

Odprawa w Krakowie: standard - czyli muszę wyciągnąć pasek i ściągnąć buty, czego z kolei nie musiałem robić w Cork i w Dublinie (a wcześniej - także w Londynie). Pomimo tego, bramka wydaje z siebie pisk sugerując, że usiłuję wnieść na pokład samolotu coś, czego wnosić pod żadnym pozorem nie wolno. Pobieżna rewizja, która oczywiście niczego podejrzanego u mnie nie "wykrywa". Pewnie będę musiał wymienić ze dwie plomby starszego typu, które ciągle tkwią gdzieś w moim uzębieniu - bowiem nie znajduje innego wytłumaczenia wskazania przez elektroniczną bramkę na krakowskim lotnisku obecności jakiegokolwiek metalu przy (w?) sobie.

To jeszcze nic: swego czasu moja koleżanka z pracy przechodząc przez podobną kontrole (tyle że na wrocławskim lotnisku), pomimo że pozbyła się wszelkich potencjalnych przedmiotów mogących powodować alarm - i tak go wywoływała.
- Czy pani ma może biustonosz z fiszbinami? - zapytał ją po którejś próbie "przejścia" polski funkcjonariusz
- A dlaczego pan pyta o takie rzeczy? - odpowiedziała kompletnie zaskoczona znajoma
- No, bo ten alarm mogą powodować właśnie te fiszbiny - stwierdził funkcjonariusz
Jak widać, nasi dzielni polscy strażnicy dysponują superczułym sprzętem ;-) Pytanie tylko, czy aby nie przesadzają z tą "czułością"?

Odprawa paszportowa: też standard, czyli ani dzień dobry, ani.., hm... A ja naiwnie ciągle jeszcze wypowiadam grzecznościowe zwroty...

Czekamy na podstawienie autobusu, który ma nas przewieźć parędziesiąt metrów do samolotu. Na 20 minut przed rozpoczęciem wpuszczania pierwszych pasażerów, niemal wszyscy, jakby za sprawą jakiegoś telepatycznego impulsu, podrywają się na równe nogi formując... nie, nie kolejkę, proszę Państwa ;-) Mamy takie dawne polskie słowo jak "ciżba", więc przyjmijmy, że ludzie oczekujący na samolot uformowali ciżbę.

W pierwszej kolejności powinni być wpuszczani ci, którzy dopłacili parę euro za prawo pierwszeństwa przy wejściu na pokład samolotu. Ryanair nie ma numerowanych miejsc, ale przy niewielkiej dopłacie można sobie nabyć możliwość zajęcia praktycznie dowolnego miejsca, dzięki temu - że się wejdzie pierwszemu. Zgłaszają się owi posiadacze tego przywileju, machając nad głowami paszportami. Cóż z tego, skoro ciżba nie chce ich przepuścić ;-) W ruch idą łokcie. Stoję z boku i aż łza mi się w oku zakręciła ze wzruszenia, bowiem takich scen nie widziałem niemal od dzieciństwa, kiedy to za tzw. "komuny" stało się w kolejce po cokolwiek...

Sam lot, etc, również do bólu standardowy, więc nie będę się powtarzał z opisami. Kto jest zainteresowany, zawsze może zajrzec do moich poprzednich relacji z wizyt w Polsce ;-) Jedyną z "nowości" jakie zauważyłem to to, że z czterech stewardess jakie były na pokładzie w trakcie tego lotu irlandzkiego Ryanaira, co najmniej dwie - były Polkami :-)

/Na zdjęciu obok: fragment budynku lotniska w Shannon/
Samo lotnisko w Shannon bardzo mnie zaskoczyło. Shannon to niewielka miejscowość licząca ok. 9 tysięcy ludzi, więc jakoś podświadomie oczekiwałem również niewielkiego lotniska, tymczasem to lotnisko jest znacznie większe od "Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Jana Pawła II w Krakowie"... A jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Irlandii mieszka 10 razy mniej ludzi niż w Polsce, to te proporcje ulegają jeszcze większemu zachwianiu...

Odprawa paszportowa - i kolejna niespodzianka: ci sami ludzie, którzy w Krakowie utworzyli ciżbę, tutaj nagle sami z siebie tworzą dwie karnie stojące kolejki do dwóch punków kontroli paszportowej. Niewiarygodne. Czyżby więc samo zdyscyplinowanie nie zależało od ludzi - tylko od kraju, w którym się znajdują?

Obok lotniska jest przystanek autobusowy. Po chwili nadjeżdża autobus do Cork. Wsiadam. Wkrótce dojeżdżamy do Limerick, i nagle okazuje się, że znacznie mniej osób wysiadło - niż wsiadło, skutkiem czego kilku z nowych pasażerów musiałoby zająć "miejsce stojące" (co to za określenie?). Oczywiście - na dłuższych trasach o niczym takim nie może być mowy: na dworcu w Limerick natychmiast podstawia się drugi autobus, tak żeby wszyscy pasażerowie mogli wygodnie siedzieć.

Po ok. 2 godzinach - dojechałem do Cork :-)

wtorek, 8 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (5): reklama po krakowsku

Krakowskie lokale coraz wymyślniejszą reklamą usiłują przyciągnąć klientów. Co obecnie jest na topie? Powrót do przeszłości. Stąd taki baner przed wejściem do lokalu nad którym nieboszczka PZPR /dla młodszych Czytelników: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza/ wita delegatów. Oczywiście - tylko tych gotowych wydać trochę pieniędzy. Bo w końcu biznes - to biznes, towarzysze...



poniedziałek, 7 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (4): przegląd prasy

Byłem w Polsce ledwie cztery dni, więc tak krótko tylko o dwóch najważniejszych - wg mnie - wydarzeniach, o których w tym czasie doniosła polska prasa.

Najpierw w "Dzienniku" przeczytałem, że, cytuję tytuł: "Fiskus obiecuje: emigranci nie zapłacą zaległości podatkowych". Tym, którzy podatek zapłacili, fiskus ma go zwrócić. Ale, uwaga: żeby skorzystać z umorzenia podatku - emigranci muszą się o to zwrócić do urzędu skarbowego. Po co, skoro z mocy ustawy i tak mają nie płacić zaległego podatku? Nie wiem... Wiem jednak, że kiedy się zgłoszą, a polscy politycy nagle zmienią zdanie, to fiskus będzie miał wszystkich "na widelcu"...

Z kolei w "Gazecie Wyborczej" w artykule pt.: "Długi nas gniotą" czytamy m.in.: "Już ponad 1,5 miliona Polaków trafiło do rejestrów biur informacji gospodarczej zbierających dane o nierzetelnych dłużnikach. Przygniatają nas rosnące raty kredytów, a także inflacja. Jeszcze rok temu nie przekraczała ona 2 proc., dziś wynosi ponad 4 procent. Zakupy kosztują coraz więcej. (...) aż o jedną piątą podrożały w ciągu ostatniego roku złotówkowe kredyty mieszkaniowe. Analitycy mówią, że to nie koniec podwyżek"...

niedziela, 6 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (3): nie ma irlandzkiego piwa, za to jest piwo marki piwo...

Wybrałem się do Tesco, gdzie wśród długich alejek z piwem miałem zamiar odnaleźć i nabyć kilka butelek irlandzkiego Guinness'a, co w trakcie moich poprzednich wizyt udawało mi się bez problemu. Raz nawet udało mi się dostać czerwoną odmianę Murphys'a, której praktycznie nie można dostać... w Irlandii ;-) (pisałem o tym TUTAJ).

Niestety, nie tym razem. Nie odnalazłem nawet śladu irlandzkiego piwa. No cóż, bądźmy szczerzy, ilu klientów Tesco w Polsce stać na piwo po 7 zł za puszkę?

Na szczęście - mają alternatywę, np. taką jak na zdjęciu obok. Pół litra piwa za 1,14 zł. Taniej, niż chleb...

sobota, 5 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (2): Czakram, czyli Tajemnica Wawelu

Wybrałem się na Zamek na Wawelu. To w końcu serce Krakowa, a Kraków, to serce Polski ;-) Ale tym razem nie chodziło mi o zwiedzanie zamku. Cel miałem inny: chciałem sprawdzić jak ma się słynny wawelski czakram, o którym włodarze wawelskiego zamku chcieliby zapomnieć... 

O wawelskim czakramie pisałem na tym blogu już w grudniu 2005 r. w notce: "Dwa kamienie", w której poruszałem różnice w podejściu do "marketingu turystycznego" pomiędzy nami - a Irlandczykami.

Dla przypomnienia zacytuję fragment tamtej notki dotyczący czakramu: "Na wawelskim Zamku w Krakowie znajduje się podobno czakram. Cóż to jest ten czakram? Jak podaje internetowa encyklopedia Wikipedia: " (...) Wśród hindusów panuje przekonanie, że w czakramy ziemskie emitują skumulowaną energią pochodzącą z ziemi i z kosmosu. Przy nich właśnie ludzkie życie rozwija się najlepiej. Główne czakry są rozmieszczone u podnóża piramid egipskich, w pasie gór między Eufratem i Tygrysem i innych miejscach. Jeden z nich jest umiejscowiony na Wawelu, a centrum miejsca mocy leży w kaplicy św. Gedeona."

(...) Niedługo przed moim wyjazdem ściana za którą rzekomo znajdował się ten czakram została ogrodzona - żeby uniemożliwić turystom jej dotykanie i pojawił się taki oto napis:
"Dyrekcja Zamku Królewskiego na Wawelu i Zarząd Katedry Krakowskiej ostrzegają przed dawaniem wiary plotkom na temat istnienia na Wawelu cudownego kamienia (czakramu), nie opartym na jakichkolwiek przesłankach naukowych i religijnych.
Informujemy, że:
– na Wawelu nie działają żadne niezwykłe siły mogące mieć pozytywny wpływ na stan psychiczny i fizyczny człowieka;
– uprawianie praktyk okultystycznych nie licuje z godnością Wawelu, jako miejsca o najwyższych wartościach historycznych i religijnych;
– udział w tego rodzaju praktykach jest sprzeczny z zasadami wiary katolickiej.
Prosimy nie gromadzić się na krużganku, gdyż powoduje to tamowanie ruchu turystów i prowadzi do uszkodzeń zabytkowej ściany zamku”.

Tyle moja notka z 2005 roku...

/Powyżej: za tą ścianą, w miejscu zabrudzonym od setek dotknięć dłoni turystów, ma znajdować się wawelski czakram/

Żeby zagłębić się nieco bardziej w temat, zajrzyjmy jeszcze raz do Wikipedii, na której stronach czytamy: "Polscy ezoterycy są przekonani, że jedna z czakr Ziemi, związana z planetą Jowisz, jest umiejscowiona na Wawelu z centrum mocy w resztkach romańskiego kościoła św. Gereona. Przekonanie to podzielają przybywający do tego miejsca zagraniczni pielgrzymi (głównie hinduiści i buddyści). Rozpowszechnianiu się informacjom o jego istnieniu przeciwdziała ksiądz prałat Katedry Wawelskiej. Przy wsparciu władz miasta w 2001 r. próbowano utrudniać dostęp do miejsca uważanego za magiczne, wydając zakazy gromadzenia się w tym miejscu (uzasadniając to ochroną przed zniszczeniem pobliskiej, zabytkowej ściany), wyznaczając strażników muzealnych, rozstawiając barierki lub wręcz rusztowania budowlane.

Według przekazów, inne czakry podobnej mocy znajdować się mają na świecie w Mekce, w delcie Gangesu, między Eufratem a Tygrysem, u podnóża piramid egipskich, w Anglii (i właśnie na Wawelu). Według innej wersji w New Delhi, Mekce, Delfach, Jerozolimie, Rzymie, Welehradzie (oraz Wawelu). W Polsce miejscami przecinania się nieomal równie silnych kosmicznych linii energetycznych, co na Wawelu, mają być Łysa Góra oraz Jasna Góra. O czakramie wawelskim miał już wspominać, żyjący w I wieku filozof grecki Apoloniusz z Tiany."

A więc, jak napisałem na wstępie, wybrałem się na wawelski zamek żeby zobaczyć, co się dzieje z tym naszym czakramem? Wynik moich oględzin: czakram ma się dobrze, nadal ustawiają się do niego kolejki pomimo kompletnego braku jakiejkolwiek informacji o tymże czakramie i pomimo przeszkód jakie turystom stawia "Dyrekcja Zamku Królewskiego na Wawelu" - na szczęście tym razem tylko w postaci cienkiego sznurka wzdłuż ściany.

Ciekawostka: z tego co zaobserwowałem (a musiałem dłuższą chwilę czekać na swoją "kolejkę" do czakramu, więc przysłuchiwałem się rozmowom turystów) zdecydowana większość zainteresowanych czakramem - to obcokrajowcy. Jak widać, cześć z nich wchodzi na wawelskie wzgórze jednak głównie dla czakramu, czego "Dyrekcja Zamku Królewskiego na Wawelu" uporczywie nie chce przyjąć do wiadomości...

A drugą z ciekawostek jest to, że tym razem - wyraźnie poczułem mrowienie w dłoniach, kiedy na chwilę dotknąłem nimi ściany za którą ma znajdować się wawelski czakram. Autosugestia? Nie sądzę, jestem odporny na takie rzeczy...

Dlatego - zachęcam Was do odwiedzin wawelskiego Zamku, odszukania czakramu, i przekonania się o tym na "własnej skórze" ;-)

piątek, 4 kwietnia 2008

VII wizyta w Polsce (1): Och Karolina...

Od dzisiaj, przez następnych kilka "wpisów", będę się z Wami dzielił wrażeniami z mojej kolejnej, już 7, wizyty w Polsce :-)

Do tejże wizyty przygotowałem się oczywiście wystarczająco wcześnie, nabywając w tym celu bilet w Centralwings - polskiej linii lotniczej która jako jedyna - jak na razie - obsługiwała połączenie Cork - Kraków. Za bilet w obie strony zapłaciłem ok. 250 euro, co - dla niezorientowanych - jest dość sporo jak na "tanie linie". Niemniej, cenie sobie komfort bezpośrednich lotów, bez konieczności przesiadania się tu czy ówdzie byleby "przyoszczędzić" kilka euro... Cóż z tego, skoro ledwie kilka dni po moim zakupie tegoż biletu, Centralwings ogłosił wszem i wobec, że im się ten cały interes nie opłaca i likwidują m.in. "moje" połączenie. Ha, ich sprawa. Kupiłem więc bilet w Ryanairze - irlandzkiej linii lotniczej. I za lot z Cork do Dublina zapłaciłem 1 cent (słownie: jeden cent, bez żadnych "opłat lotniskowych", etc), a opłata za lot z Dublina do Krakowa i powrót do Shannon wyniosła ok. 100 euro.

Jak to jest, że polskim liniom Centralwings nie opłaca się latać za 250 euro, a irlandzkim liniom Ryanair opłaca się za 100 euro, tego wytłumaczyć nie potrafię...

Odprawa w Cork: paszporty sprawdza Polak, później przechodzę przez bramkę: mój pasek i buty zostają na swoim miejscu, lot - ok. 40 minut. Odprawa w Dublinie: również nikt mi nie każe wyciągać ze spodni paska i ściągać butów.

W sklepie na lotnisku kupuję jeszcze parę drobiazgów - sprzedaje, a jakże, Polka. Kupuję na lotnisku, bo tym razem nie wziąłem z sobą głównego bagażu, zresztą - wracał też będę z tylko z bagażem podręcznym, toteż niektóre rzeczy (np. w płynie ;-) mogę kupić dopiero po odprawie i kontroli bagażu. A tegoż głównego bagażu nie wziąłem, bo stwierdziłem - że nie ma po co. Kilka drobnych rzeczy, jak np. irlandzką whiskey w jedną stronę a kilka książek w drugą zmieści się przecież w podręcznym, a ja nie należę do ludzi którzy stawiają sobie za niemal życiowy cel przewieźć jak najwięcej papierosów czy gorzały, oraz mięsa, sera, a nawet chleba ;-)

W samolocie stewardessa rozdaje chętnym firmowy miesięcznik Ryanaira. Pasażerami są sami Polacy, a miesięcznik jest po angielsku, więc niemal nikt nie bierze. Ja - ponieważ cenię sobie słowo pisane - jednak sięgam po niego, i - proszę, niemal od razu rzuca mi się w oczy zdjęcie urodziwej dziewczyny, a kiedy przeczytałem krótki tekst pod zdjęciem poczułem wręcz dumę ;-) Bowiem ta ładna pani ma na imię Karolina i pochodzi - z Olsztyna. Carolina from Olsztyn in Poland. I pracuje właśnie w Ryanairze :-)

Oprócz Karoliny, w tej gazecie są jeszcze trzy inne "polskie akcenty", a konkretnie: trzy polskojęzyczne reklamy: banku PKO, Western Union, oraz jednej firmy z Trójmiasta która zachęca (również obcokrajowców) do kupowania mieszkań w Polsce.

Lądujemy w Krakowie. Standard: pasażerowie podrywają się z miejsc, gdy tylko samolot zatrzymuje się po lądowaniu, i następnie tkwią przez kolejnych paręnaście minut bez ruchu w pozycjach zgięto - stojących. Stadny galop do kontroli paszportowej i po odbiór bagażu. To ostatnie mnie na szczęście nie dotyczy, z racji braku takowego.

Kontrola paszportowa: umundurowana celniczka z pistoletem przy pasku. Nie odpowiada na moje "dzień dobry", nie słyszę też "dziękuję" przy zwrocie paszportu. Ale to w końcu też standard. Przynajmniej w Stołeczno - Królewskim Mieście Krakowie.

Chociaż - w trakcie mojej ostatniej przed tą - wizyty, wydawało mi się, że idzie ku lepszemu. Myliłem się...