Wczoraj w The Market Tavern w Cork miało miejsce pierwsze spotkanie wolontariuszy i sympatyków MyCork, organizujących tegoroczne Dni Kultury Chrześcijańskiej. Koordynatorami tegorocznych DKCh została Agnieszka Chwaja - i moja /nie/skromna osoba.
Zaproponowała nam to Prezes MyCork, Izabela Krygiel - Kozłowska, a Prezesowi MyCork - się nie odmawia. A przynajmniej - nie powinno ;-) DKCh w Cork zaplanowaliśmy na przełomie kwietnia i maja b.r. Wstępny program jest bardzo szeroki, o szczegółach napiszę wkrótce. Zapraszam już teraz do "polubienia" strony DKCh na FB: KLIK.
O pierwszych Dniach Kultury Chrześcijańskiej w Cork można przeczytać TUTAJ, o drugich - TUTAJ.
sobota, 11 lutego 2012
czwartek, 9 lutego 2012
Lekarz.ie - ranking lekarzy w Irlandii
Od kilku tygodni działa nowy serwis Lekarz.ie, umożliwiający ocenę oraz dodanie opinii na temat polskich lekarzy w Irlandii.
Jest to pierwszy tego typu serwis w Irlandii i od samego początku cieszy się sporą popularnością. W ciągu ostatniego miesiąca dodano ponad 300 opinii. Na chwilę obecną w serwisie znajduje się 99 lekarzy oraz 425 opinii.
Cały czas trwają prace nad rozbudową serwisu i już niebawem dodane zostaną przychodnie, w których przyjmują lekarze.
Jest to pierwszy tego typu serwis w Irlandii i od samego początku cieszy się sporą popularnością. W ciągu ostatniego miesiąca dodano ponad 300 opinii. Na chwilę obecną w serwisie znajduje się 99 lekarzy oraz 425 opinii.
Cały czas trwają prace nad rozbudową serwisu i już niebawem dodane zostaną przychodnie, w których przyjmują lekarze.
środa, 8 lutego 2012
Byzuch i Byzuch 2
Byzuch - to po śląsku "odwiedziny". Jest to też tytuł dwóch offowych filmów kina śląskiego, wyreżyserowanych przez Eugeniusza Klucznioka a wyprodukowanych przez Klub Filmu Niezależnego.
Poniżej - zamieszczam ich pobieżne streszczenie, więc dla niektórych Czytelników, którzy te filmy chcą obejrzeć, jest to sygnał żeby przerwać czytanie tej notki ;-) Chociaż z drugiej strony, pobieżna "zdrada" fabuły na niewiele tutaj się zda, bo w końcu - nie jest to kino sensacyjne.
W "Byzuchu" (2008) swoich przyjaciół odwiedza po 25 latach Ślązak "wyjechany" do Niemiec. Przyjeżdża wraz ze swoim przyjacielem, rodowitym Niemcem, któremu chce pokazać Śląsk. Tyle, że Niemcowi tak zasmakowało polskie piwo, że przez resztę filmu chodzi pijany. Goście przywożą ze sobą tandetne prezenty (używany telewizor, wiatrówkę) mając w pamięci Polskę sprzed ćwierć wieku, toteż są zdumieni standardem życia swoich śląskich przyjaciół którzy zostali w kraju (nowy mercedes w garażu, telewizor plazmowy i kolekcja broni myśliwskiej w domu). Oprócz nikomu niepotrzebnych prezentów przywożą też pełna torbę butów do reperacji, nie zdając sobie sprawy że w Polsce zawód szewca jest już na wymarciu. Na końcu oddają się biesiadzie, na odjezdnym ogałacają spiżarkę gospodarzy z kiszonych ogórków i zapraszają ich do siebie.
"Byzuch 2" (2010) - to rewizyta Ślązaków u swojego krajana w Niemczech. Po spotkaniu Ślązacy zwiedzają Frankfurt. Zwiedzanie polega na oglądaniu używanych aut, przebieranie w zdaje się odzieży z drugiej ręki oraz w różnego rodzaju starociach /od razu zaznaczę, że nie o antyki chodzi/, a także na odwiedzaniu piwiarni, gdzie konsumują głównie importowane z Polski piwo, wskutek czego dwóch głównych bohaterów się znietrzeźwia. Pozostałych - Niemiec znany z pierwszej części obwozi wieczorem autem po rozświetlonym mieście, które wywiera duże wrażenia na Ślązakach na co dzień zamieszkałych w jakiejś śląskiej wiosce. W jednej z ostatnich scen wspomniany na samym początku Ślązak, który od 25 lat mieszka w Niemczech, deklaruje powrót do swojego "Heimat".
To tak oczywiście pokrótce, w filmie jest też kilka wątków pobocznych, ale bez większego znaczenia dla głównej treści filmu.
Z ciekawostek /z racji tego że jest to, jak wspomniałem na wstępie, kino offowe/ - w drugiej części "Byzucha" wystąpili m.in. Marzena Kipiel-Sztuka, najbardziej znana z roli "Halinki" w serialu 'Świat wg Kiepskich" i Jerzy Janeczek, którego życiową rolą była chyba postać Witii Pawlaka w "Samych swoich", i który po 20 latach nieobecności w Polsce wraca na scenę właśnie w filmach offowych (po 20-letniej przerwie zagrał w "Bajzel po polsku"). W obydwu częściach "Byzucha" występuje również Jerzy Cnota, aktor znany m.in. z "Janosika", w którym grał zbójnika Gąsiora.
Film dla miłośników gatunku i Śląska, którym polecam również wspomniany "Bajzel po polsku" oraz "Mszę".
Poniżej - zamieszczam ich pobieżne streszczenie, więc dla niektórych Czytelników, którzy te filmy chcą obejrzeć, jest to sygnał żeby przerwać czytanie tej notki ;-) Chociaż z drugiej strony, pobieżna "zdrada" fabuły na niewiele tutaj się zda, bo w końcu - nie jest to kino sensacyjne.W "Byzuchu" (2008) swoich przyjaciół odwiedza po 25 latach Ślązak "wyjechany" do Niemiec. Przyjeżdża wraz ze swoim przyjacielem, rodowitym Niemcem, któremu chce pokazać Śląsk. Tyle, że Niemcowi tak zasmakowało polskie piwo, że przez resztę filmu chodzi pijany. Goście przywożą ze sobą tandetne prezenty (używany telewizor, wiatrówkę) mając w pamięci Polskę sprzed ćwierć wieku, toteż są zdumieni standardem życia swoich śląskich przyjaciół którzy zostali w kraju (nowy mercedes w garażu, telewizor plazmowy i kolekcja broni myśliwskiej w domu). Oprócz nikomu niepotrzebnych prezentów przywożą też pełna torbę butów do reperacji, nie zdając sobie sprawy że w Polsce zawód szewca jest już na wymarciu. Na końcu oddają się biesiadzie, na odjezdnym ogałacają spiżarkę gospodarzy z kiszonych ogórków i zapraszają ich do siebie.
"Byzuch 2" (2010) - to rewizyta Ślązaków u swojego krajana w Niemczech. Po spotkaniu Ślązacy zwiedzają Frankfurt. Zwiedzanie polega na oglądaniu używanych aut, przebieranie w zdaje się odzieży z drugiej ręki oraz w różnego rodzaju starociach /od razu zaznaczę, że nie o antyki chodzi/, a także na odwiedzaniu piwiarni, gdzie konsumują głównie importowane z Polski piwo, wskutek czego dwóch głównych bohaterów się znietrzeźwia. Pozostałych - Niemiec znany z pierwszej części obwozi wieczorem autem po rozświetlonym mieście, które wywiera duże wrażenia na Ślązakach na co dzień zamieszkałych w jakiejś śląskiej wiosce. W jednej z ostatnich scen wspomniany na samym początku Ślązak, który od 25 lat mieszka w Niemczech, deklaruje powrót do swojego "Heimat".
To tak oczywiście pokrótce, w filmie jest też kilka wątków pobocznych, ale bez większego znaczenia dla głównej treści filmu.
Z ciekawostek /z racji tego że jest to, jak wspomniałem na wstępie, kino offowe/ - w drugiej części "Byzucha" wystąpili m.in. Marzena Kipiel-Sztuka, najbardziej znana z roli "Halinki" w serialu 'Świat wg Kiepskich" i Jerzy Janeczek, którego życiową rolą była chyba postać Witii Pawlaka w "Samych swoich", i który po 20 latach nieobecności w Polsce wraca na scenę właśnie w filmach offowych (po 20-letniej przerwie zagrał w "Bajzel po polsku"). W obydwu częściach "Byzucha" występuje również Jerzy Cnota, aktor znany m.in. z "Janosika", w którym grał zbójnika Gąsiora.
Film dla miłośników gatunku i Śląska, którym polecam również wspomniany "Bajzel po polsku" oraz "Mszę".
wtorek, 7 lutego 2012
Kurs fotografii telefonem komórkowym
Jak podało BBC, jedna z angielskich uczelni planuje zorganizować kurs fotografii telefonami komórkowymi. Najpierw ma być to kurs dla posiadaczy iPhonów, a następnie także dla użytkowników telefonów z androidem.
Z jednej strony - ciekawostka, z drugiej - znak nowych czasów. Czasy analogowej fotografii dla zdecydowanej większości przeciętnych użytkowników w ciągu niespełna ostatniej dekady bezpowrotnie odeszły do lamusa, i to w dużej mierze właśnie za sprawą... telefonów komórkowych. Ja sam najpierw kupiłem komórkę z aparatem, a dopiero 2 lata później aparat cyfrowy. Telefonem komórkowym już ładnych parę lat temu nakręcono pierwsze pełnometrażowe filmy /"Nuovi Comizi D'Amore" w 2005 r. i "SMS Sugar Man" w 2006 r./ Oczywiście, wielu artystów ciągle korzysta z tradycyjnej fotografii, wielu młodszych wiekiem zaczynało od fotografii cyfrowej by przejść do analogowej, ale to są raczej wyjątki potwierdzające regułę.
Tak czy owak, sam pomysł kursu, nazwijmy to "fotografii komórkowej", wydaje mi się całkiem interesujący - i jeżeli takowy byłby w Cork, to bym się zapisał ;-)
Z jednej strony - ciekawostka, z drugiej - znak nowych czasów. Czasy analogowej fotografii dla zdecydowanej większości przeciętnych użytkowników w ciągu niespełna ostatniej dekady bezpowrotnie odeszły do lamusa, i to w dużej mierze właśnie za sprawą... telefonów komórkowych. Ja sam najpierw kupiłem komórkę z aparatem, a dopiero 2 lata później aparat cyfrowy. Telefonem komórkowym już ładnych parę lat temu nakręcono pierwsze pełnometrażowe filmy /"Nuovi Comizi D'Amore" w 2005 r. i "SMS Sugar Man" w 2006 r./ Oczywiście, wielu artystów ciągle korzysta z tradycyjnej fotografii, wielu młodszych wiekiem zaczynało od fotografii cyfrowej by przejść do analogowej, ale to są raczej wyjątki potwierdzające regułę.
Tak czy owak, sam pomysł kursu, nazwijmy to "fotografii komórkowej", wydaje mi się całkiem interesujący - i jeżeli takowy byłby w Cork, to bym się zapisał ;-)
poniedziałek, 6 lutego 2012
Tesco Mobile
Nieco ponad miesiąc temu zmieniłem sieć komórkową z O2 na Tesco Mobile, a "zwykły" telefon na smartfon. I jestem zadowolony ;-)
Kiedy przyjechałem do Irlandii - kupiłem Vodafone. Po kilku miesiącach zmieniłem na Meteora, żeby po następnych kilku zmienić na O2. I tak zostało na prawie 7 lat. Cały czas piszę tylko i wyłącznie o prepaid. Mając różne, ale niestety zawsze negatywne doświadczenie w tym względzie z kRAJU, staram się unikać wiązania umowami z telekomami.
Niestety, O2 wyraźnie zostało w tyle za konkurencją. Cenowo oczywiście, bo zasięg już od dawne nie ma praktycznie znaczenia (jak to było kiedyś np. przy Meteorze). Z plusów O2 mogę obecnie wymienić jedynie możliwość wysłania bezpłatnych 250 sms-ów z ich strony "w świat", a nie tylko w Irlandii, oraz to, że co roku przysyłają mi sms-em życzenia urodzinowe. Tyle. A to jednak trochę za mało...
Przeczytałem w necie sporo pozytywnych opinii o Tesco Mobile. Jest to wirtualny operator korzystający z infrastruktury O2 i działający obecnie w w Wielkiej Brytanii, Republice Irlandii i Słowacji. Niemniej miałem wahania, jakoś nazwa mnie odstraszała ;-) Ale muszę przyznać, że po ponad miesiącu "testów" - był to strzał w dziesiątkę. Przynajmniej na razie, rzecz jasna.
Jak to wygląda cenowo /w prepaid/? M.in. bezpłatne rozmowy, sms-y i mms-y pomiędzy użytkownikami Tesco Mobile, rozmowy na telefony stacjonarne do Polski (i do wielu innych krajów też): 1 cent za minutę, internet: 6.99 euro za 1 GB do wykorzystania przez 30 dni /ale tego ostatniego jeszcze nie testowałem/. I, co bardzo ważne, przy doładowaniu dostajemy drugie tyle w bonusie (czyli ładujemy za 10 euro, dostajemy gratis drugie 10 euro). Ponadto dodatkowo online możemy bezpłatnie wysłać 200 sms-ów do innych sieci w Irlandii i 50 międzynarodowych. To tak bardzo skrótowo, szczegóły w odpowiednich planach taryfowych najlepiej sprawdzić samemu: www.tescomobile.ie.
W zasadzie, przy smartfonach ceny połączeń mają drugorzędne znaczenie bo można korzystać z różnego rodzaju aplikacji VoIP, gdzie ceny są zupełnie inne /czyli: z reguły znacznie niższe/ niż u danego operatora. Niemniej - w Tesco Mobile również internet jest w bardzo atrakcyjnej cenie. No i - nie każdy chce/potrzebuje smartfona. W każdym razie, jak na razie, koszą konkurencję i coraz więcej moich bliższych i dalszych znajomych przechodzi do tej sieci.
Przeniesienie numeru jest przy tym banalnie proste: można przez formularz na stronie www, ale nie zawsze to zadziała. Znacznie prostszy jest jeden telefon do działu obsługi. Pani przyjmuje zgłoszenie, pyta o numer jaki chcemy przenieść, za chwilę dzwoni pod ten numer i potwierdza zgłoszenie, i po godzinie sprawa jest załatwiona: mamy stary numer w nowej sieci.
Co do mojego - pierwszego - smartfona, to jest to prosty model serii Samsung Galaxy. Wszystko fajnie, chociaż przez kilka pierwszych dni łatwiej mi było z niego wysłać mejla, niż zadzwonić ;-) No i bateria, niestety, trzyma maksymalnie do dwóch dni, ale z reguły ładować trzeba niemal codziennie. Na wszelki wypadek, gdybym wypuścił się gdzieś dalej bez dostępu do gniazdka, kupiłem już drugą baterię, nominalnie nawet o 1/3 pojemniejszą niż oryginalna, chociaż w praktyce nie widzę różnicy w czasie działania.
No cóż, nie ukrywam że technologicznie dreptam może kilka lat za innymi, ale w końcu - nigdzie mi się nie śpieszy i niech inni przecierają ślady. W każdym bądź razie, erę internetu mobilnego - w moim przypadku - uważam za otwartą ;-)
---------------------
Dopisek z 12 czerwca 2017: po 5-latach korzystanie z Tesco Mobile stało się na tyle uciążliwe /problemy z internetem/ że wróciłem do Vodafone: KLIK.
Kiedy przyjechałem do Irlandii - kupiłem Vodafone. Po kilku miesiącach zmieniłem na Meteora, żeby po następnych kilku zmienić na O2. I tak zostało na prawie 7 lat. Cały czas piszę tylko i wyłącznie o prepaid. Mając różne, ale niestety zawsze negatywne doświadczenie w tym względzie z kRAJU, staram się unikać wiązania umowami z telekomami.Niestety, O2 wyraźnie zostało w tyle za konkurencją. Cenowo oczywiście, bo zasięg już od dawne nie ma praktycznie znaczenia (jak to było kiedyś np. przy Meteorze). Z plusów O2 mogę obecnie wymienić jedynie możliwość wysłania bezpłatnych 250 sms-ów z ich strony "w świat", a nie tylko w Irlandii, oraz to, że co roku przysyłają mi sms-em życzenia urodzinowe. Tyle. A to jednak trochę za mało...
Przeczytałem w necie sporo pozytywnych opinii o Tesco Mobile. Jest to wirtualny operator korzystający z infrastruktury O2 i działający obecnie w w Wielkiej Brytanii, Republice Irlandii i Słowacji. Niemniej miałem wahania, jakoś nazwa mnie odstraszała ;-) Ale muszę przyznać, że po ponad miesiącu "testów" - był to strzał w dziesiątkę. Przynajmniej na razie, rzecz jasna.
Jak to wygląda cenowo /w prepaid/? M.in. bezpłatne rozmowy, sms-y i mms-y pomiędzy użytkownikami Tesco Mobile, rozmowy na telefony stacjonarne do Polski (i do wielu innych krajów też): 1 cent za minutę, internet: 6.99 euro za 1 GB do wykorzystania przez 30 dni /ale tego ostatniego jeszcze nie testowałem/. I, co bardzo ważne, przy doładowaniu dostajemy drugie tyle w bonusie (czyli ładujemy za 10 euro, dostajemy gratis drugie 10 euro). Ponadto dodatkowo online możemy bezpłatnie wysłać 200 sms-ów do innych sieci w Irlandii i 50 międzynarodowych. To tak bardzo skrótowo, szczegóły w odpowiednich planach taryfowych najlepiej sprawdzić samemu: www.tescomobile.ie.
W zasadzie, przy smartfonach ceny połączeń mają drugorzędne znaczenie bo można korzystać z różnego rodzaju aplikacji VoIP, gdzie ceny są zupełnie inne /czyli: z reguły znacznie niższe/ niż u danego operatora. Niemniej - w Tesco Mobile również internet jest w bardzo atrakcyjnej cenie. No i - nie każdy chce/potrzebuje smartfona. W każdym razie, jak na razie, koszą konkurencję i coraz więcej moich bliższych i dalszych znajomych przechodzi do tej sieci.
Przeniesienie numeru jest przy tym banalnie proste: można przez formularz na stronie www, ale nie zawsze to zadziała. Znacznie prostszy jest jeden telefon do działu obsługi. Pani przyjmuje zgłoszenie, pyta o numer jaki chcemy przenieść, za chwilę dzwoni pod ten numer i potwierdza zgłoszenie, i po godzinie sprawa jest załatwiona: mamy stary numer w nowej sieci.
Co do mojego - pierwszego - smartfona, to jest to prosty model serii Samsung Galaxy. Wszystko fajnie, chociaż przez kilka pierwszych dni łatwiej mi było z niego wysłać mejla, niż zadzwonić ;-) No i bateria, niestety, trzyma maksymalnie do dwóch dni, ale z reguły ładować trzeba niemal codziennie. Na wszelki wypadek, gdybym wypuścił się gdzieś dalej bez dostępu do gniazdka, kupiłem już drugą baterię, nominalnie nawet o 1/3 pojemniejszą niż oryginalna, chociaż w praktyce nie widzę różnicy w czasie działania.
No cóż, nie ukrywam że technologicznie dreptam może kilka lat za innymi, ale w końcu - nigdzie mi się nie śpieszy i niech inni przecierają ślady. W każdym bądź razie, erę internetu mobilnego - w moim przypadku - uważam za otwartą ;-)
---------------------
Dopisek z 12 czerwca 2017: po 5-latach korzystanie z Tesco Mobile stało się na tyle uciążliwe /problemy z internetem/ że wróciłem do Vodafone: KLIK.
niedziela, 5 lutego 2012
Zbigniew Blania-Bolnar: "Zdarzenie w Emilcinie"
O Emilcinie już pisałem TUTAJ. Powtórzę więc w największym skrócie za tamtą notką: "To niewielka, niemal niczym nie wyróżniająca się wioska w woj. lubelskim. Poza jednym: 10 maja 1978 r. miał wylądować tam statek Obcych. 33 lata później, w środku wioski, stanął jedyny w Polsce, a być może i na świecie, pomnik upamiętniający wizytę UFO." Właśnie o tym wydarzeniu szczegółowo mówi ta książka.
To,
co wydarzyło się w tej niewielkiej wiosce przeszło do historii pod nazwą "Zdarzenie w Emilcinie" - i taki sam tytuł nosi książka Zbigniewa Blani-Bolnara, przedwcześnie zmarłego socjologa, który poświęcił "Zdarzeniu w Emilcinie" kilka lat badań. W książce szczegółowo je opisuje i zamieszcza wszystkie dokumenty z tym związane. Dzięki temu, "Zdarzenie w Emilcinie" jest chyba najlepiej zbadanym, także z naukowego punktu widzenia, przypadkiem tego rodzaju w Polsce. Historia zupełnie niesamowita, tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że... wydarzyła się naprawdę. Powtórzę za sentencją umieszczoną na pomniku w Emilcinie: "Prawda nas jeszcze zadziwi…" .
co wydarzyło się w tej niewielkiej wiosce przeszło do historii pod nazwą "Zdarzenie w Emilcinie" - i taki sam tytuł nosi książka Zbigniewa Blani-Bolnara, przedwcześnie zmarłego socjologa, który poświęcił "Zdarzeniu w Emilcinie" kilka lat badań. W książce szczegółowo je opisuje i zamieszcza wszystkie dokumenty z tym związane. Dzięki temu, "Zdarzenie w Emilcinie" jest chyba najlepiej zbadanym, także z naukowego punktu widzenia, przypadkiem tego rodzaju w Polsce. Historia zupełnie niesamowita, tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że... wydarzyła się naprawdę. Powtórzę za sentencją umieszczoną na pomniku w Emilcinie: "Prawda nas jeszcze zadziwi…" .sobota, 4 lutego 2012
Placki ziemniaczane z kiszoną kapustą
Zrobiłem, jak w tytule, placki ziemniaczane - z kiszoną kapustą ;-)
Przepis jest taki sam jak przy "zwykłych" plackach, tylko z dodatkiem wymienionej drobno posiekanej kiszonej kapusty. Czyli: ścieramy ziemniaki, mieszamy je z posiekaną kiszoną kapustą w proporcji niemal dowolnej, nawet do pół na pół, dodajemy cebulę, trochę mąki, można wbić, chociaż niekoniecznie, jajko, doprawiamy, smażymy.
Smak na pewno nieco inny niż przy tradycyjnych plackach, ale - bardzo dobry ;-)
/Powyżej: placki ziemniaczane z kiszoną kapustą/
Przepis jest taki sam jak przy "zwykłych" plackach, tylko z dodatkiem wymienionej drobno posiekanej kiszonej kapusty. Czyli: ścieramy ziemniaki, mieszamy je z posiekaną kiszoną kapustą w proporcji niemal dowolnej, nawet do pół na pół, dodajemy cebulę, trochę mąki, można wbić, chociaż niekoniecznie, jajko, doprawiamy, smażymy.
Smak na pewno nieco inny niż przy tradycyjnych plackach, ale - bardzo dobry ;-)
piątek, 3 lutego 2012
Mind’s Eye
W Cork Vision Centre od dzisiaj do 22 b.m. ma miejsce wystawa "Mind’s Eye", na której swoje prace prezentują absolwenci kierunku Art&Design uczelni Coláiste Stiofáin Naofa.
Na wystawie znajdują się rysunki, grafiki i obrazy, rzeźby, ceramika, itd. Swoje prace prezentuje tam 41 artystów.
Na wystawie znajdują się rysunki, grafiki i obrazy, rzeźby, ceramika, itd. Swoje prace prezentuje tam 41 artystów.
/Powyżej niektóre prace z "Mind’s Eye"/
czwartek, 2 lutego 2012
Biznes po polsku
Święta, święta, i... po Nowym Roku. Choinki rozebrane i zutylizowane, początek realizacji noworocznych postanowień. Jest to dobry moment, żeby nad przyszłością się zastanowić. Tą bliższą i dalszą...
Zanim przejdę do mniej lub bardziej eschatologicznych rozważań, chciałbym najpierw podzielić się drobną, zupełnie offtopikową refleksją na temat ogólnie polskiego biznesu w Irlandii, ze szczególnym uwzględnieniem kurierów. Podobno trudno jest znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, ale jeszcze trudniej o dobre dziecko. Najtrudniej jest jednak, przynajmniej w Irlandii, znaleźć dobrego kuriera. Ci ostatni przed świętami mieli swoje żniwa, masowo przywożąc z Polski do Irlandii paczki ze świątecznymi specjałami, prezentami, etc. Miałem właśnie wątpliwą przyjemność skorzystać, po raz pierwszy zresztą, z usług jednego z nich. Strona www porządnie zrobiona, ładny tekst, ceny nie za niskie, a więc wydawałoby się gwarantujące pewien poziom usług. I tu zaczęła się cała piramida trudności w iście kafkowskim klimacie. Nie będę się rozpisywał, dość nadmienić, że w dniu w którym przesyłkę miałem otrzymać w Cork - otrzymałem telefon od tegoż kuriera, że moja paczka w ogóle nie wyjechała z Polski. A kiedy wyjedzie, pan kurier powiedzieć nie potrafił. Wkrótce zresztą przestał odbierać ode mnie telefony, trzeba było numer ukryć, żeby z nim porozmawiać. Ot, biznes po polsku. Straciłem tydzień czasu i trochę nerwów, paczkę kazałem zwrócić tam skąd została zabrana, bo po takim pokazie "profesjonalizmu" straciłem wiarę że w ogóle to do Irlandii dotrze w jakimkolwiek terminie. Szczęście, że zaliczki żadnej nie wpłacałem. Paczkę przywiózł kurier nr dwa, z innej firmy, znacznie tańszej za to świadczący usługi na europejskim poziomie. Jak widać, drożej nie znaczy wcale lepiej, przynajmniej u części Rodaków, którzy z powodu braku pracy wzięli się za biznes, chociaż kompletnie nie mają ku temu kwalifikacji, a dobrymi chęciami jest jak wiadomo piekło wybrukowane. Mieliśmy już wysyp biznesów przeróżnych, ale o nikim nie ma chyba tylu wątków na przeróżnych polonijnych forach, co o nierzetelnych kurierach. Co nie znaczy absolutnie, że tych rzetelnych nie ma. Są rzecz jasna, ale muszą się przebijać przez odium niechęci, na którą zapracowali ich co niektórzy koledzy po fachu.
Polski biznes w Irlandii jest, wg mnie "łaciaty", i bardzo przypomina mi różnego rodzaju biznesy z pierwszych lat 90-tych ubiegłego wieku. Wizualnie najlepiej to widać po pstrokatych szyldach na Talbot Street w Dublinie. Takie szyldy były powszechne w Polsce dobrą dekadę temu, zanim się nie wzięli za nie miejscy urzędnicy choćby z minimalnym poczuciem estetyki, co akurat w tym przypadku wszystkim wyszło na dobre. Tutaj mamy powrót do przeszłości, względnie styl retro. Ta "łaciatość" polskiego biznesu w Irlandii, czy też, jeżeli ktoś woli patchworkowatość i mozaikowatość polega na tym, że obok profesjonalistów, biznesmenów z krwi i kości, którzy konsekwentnie realizują swoje cele nie zapominając przy tej realizacji o jak najwyższym poziomie obsługi klientów, pojawiają się i znikają przeróżne chłopki - roztropki, często jeszcze z mlekiem pod wąsem, którzy brak doświadczenia i obycia próbują nadrabiać tupetem. Ci pierwsi, nawet jeżeli ten czy inny biznes im się nie uda lub przestanie przynosić oczekiwany dochód, nie znikają z rynku. Przebranżowią się i mając mocne oparcie w dobrej opinii dotychczasowych klientów i partnerów mogą działać dalej. Inaczej jest z tymi drugimi: pojawiają się znikąd, narobią wokół siebie sporo szumu i gdzieś przepadają bez wieści. Ci drudzy szkodzą w oczywisty sposób tym pierwszym, przede wszystkim psując opinię polskim biznesmenom w Irlandii.
Pęd do przedsiębiorczości jest wśród naszych Rodaków znany. Nieraz można było przecierać oczy ze zdumienia, gdy ten czy ów, który w Polsce okazywał się nieudacznikiem, po przekroczeniu zachodniej granicy, gdy tylko spadły krepujące go zusowsko-skarbowe pęta, nagle okazywał się utalentowanym biznesmenem. Przedsiębiorczy Rodacy szybko wypełnili wszelkie nisze na rynku, zaczynając od tych całkiem poważnych, po mniej poważne ale za rozrywkowe, począwszy od "pań do towarzystwa" na "dowożeniu procentów" skończywszy. Oczywiście, czasami ta przedsiębiorczość, chociaż chwilowo dochodowa, w dłuższej perspektywie czasowej jednak opłacalna nie jest, jak to było w głośnym ostatnio przypadku naszego Rodaka na sąsiedniej brytyjskiej wyspie, który sprzedał za pośrednictwem polskich sklepów innym naszym Rodakom bilety na bal sylwestrowy. Balu oczywiście nie było, chociaż po zebraniu 10 tysięcy funtów być może teraz baluje do upadłego nasz sprytny "przedsiębiorca", nie bacząc na to że na jego cześć i cnotę dybie teraz spora grupa Polaków nakręcana dodatkowo przez swoje partnerki, które się wykosztowały na sylwestrowe suknie i pantofelki a których nikt nie zobaczył, bo Nowy Rok znowu przyszło powitać w kapciach przed "Sylwestrem z Polsatem".
Ale ryba, jak wiadomo, psuje się od głowy. Ot, pierwszy z brzegu przykład: w całej UE, a więc i w Polsce, obowiązuje zakaz tworzenia piramid finansowych. W Polsce reguluje to ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, która takie piramidy określa "sprzedażą lawinową". Wszystko fajnie, ale... co w takim razie z ZUS? Młodszym Czytelnikom, dorastającym bardziej w Irlandii niż w Polsce wyjaśniam, że chodzi o (nie)sławny Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Przecież to ewidentna piramida finansowa! Kto nie wierzy, niech sięgnie do encyklopedycznej definicji tejże piramidy a sam zobaczy, że ZUS spełnia wszelkie jej kryteria: sam niczego nie wytwarza, wypłaty dla emerytów są finansowane z wpłat nowych "członków", a nie z pieniędzy które sobie tamci emeryci odłożyli na własnych kontach, itd., itp. Gdzie jest tamta kasa, to jedna nieboszczka PZPR wie, względnie co niektórzy jej byli działacze pośpiesznie przemalowani z czerwonych na różowych, a niekiedy nawet na biało-czerwonych. ZUS-owska piramida finansowa będzie działała dopóki będą nowi członkowie, ale z tym coraz bardziej krucho, bo raz, że bezrobocie, dwa, miliony Polaków wyjechało w kierunku zachodzącego słońca, a trzy - że nadciąga niż demograficzny. Co z tym fantem zrobić? Oczywiście polskie rządy niespecjalnie się tym przejmują, mając nadzieję że problem ten spadnie na ich następców, a nawet jak zacznie się jakaś chryja, to zawsze będzie można zrzucić winę na poprzedników. Normalka. Na razie dokręca się śrubę podnosząc wiek emerytalny, odbierając różnego rodzaju przywileje, itp. Ale to wszystko tylko opóźnia wybuch zus-owskiej bomby, które tyka coraz głośniej.
Jeżeli Polska nie będzie miała prędzej czy później (ale jednak zdecydowanie prędzej) odważnego rządu którzy spojrzy prawdzie w oczy, to wkrótce miliony Polaków mogą obudzić się z ręką w nocniku i bez marzeń o spokojnej starości. Problem w tym, że w Polsce od zakończenia II wojny światowej - mamy same rządy lewicowe. Tak, PIS - to też lewica. Na początku, we wczesnych latach 90-tych ub.wieku były jeszcze jakieś mrzonki o budowaniu kapitalizmu, tyle że bez kapitału, a to co ewentualnie mogło kapitał stanowić zostało sprzedane w myśl liberalnej filozofii że "dana rzecz jest tyle warta, ile ktoś chce za nią zapłacić". Bzdura kompletna, przez którą pokutujemy do dzisiaj. Ja sam, będąc wtedy młodym dziennikarzem jednej z lokalnych gazet pisałem różnego rodzaju teksty dotyczące masowo upadających zakładów pracy, które następnie sprzedawano za jakieś śmieszne kwoty, niższe np. od wartości części zamiennych w magazynie danej firmy. A maszyny, budynki? To był już prezent...
Do tego doszła obłąkana polityka urzędów skarbowych w Polsce, które zajęły się nękaniem przedsiębiorców. Oczywiście, nie wszystkich. Część, mająca odpowiedni czerwony rodowód lub właściwe koneksje mogła w tych samych urzędach skarbowych otrzymać wielomilionowe zwolnienia z podatku. Sprawa była prosta: partyjni towarzysze uwłaszczyli się na państwowym majątku a w skarbówkach zasiedli ich koledzy, łącznie z negatywnie zweryfikowaną esbecją, którzy dbali o interesy jednych, nie dopuszczając jednocześnie do rynku innych. Od kilku lat to się powoli zmienia, głównie z racji tego że jesteśmy w UE i pewne numery już nie przejdą, ale także dlatego że lata lecą i część byłych esbeckich naczelników urzędów skarbowych i poborców skarbowych jest już na "zasłużonych" emeryturach. Oczywiście - odpowiednio tłustych.
Chociaż może niewłaściwie oceniłem nasz rząd: on jednak zdaje się dostrzega na swój sposób wagę problemu emerytur dla kolejnego pokolenia Polaków. W tym celu właśnie zajął się ustawą o odwróconej hipotece. W skrócie wygląda to tak, że jeżeli ktoś posiada na własność dom lub mieszkanie, to może wystąpić do banku o odwrócony kredyt hipoteczny, w którym to bank płaci klientowi comiesięczną stała ratę, aż do jego śmierci. Oczywiście - w zamian za mieszkanie. Do tej pory takie usługi proponowały prywatne firmy, teraz rząd widząc że z kasą na emerytury coraz bardziej krucho, postanowił wejść w ten "biznes". Pomijam kwestie etyki, bo jednak w taki przypadku bank będzie życzył swoim klientom jak najszybszego zejścia z tego łez padołu, a im szybciej, tym lepiej. Mam też nadzieję, że nie znajdą się bankierzy o mentalności łowców skór z łódzkiego pogotowia, którzy postarają się to zejście przyśpieszyć...
Wychodzi więc na to, że najpierw przez nawet kilkadziesiąt lat będzie się spłacało kredyt na mieszkanie /a kto kupuje na kredyt to w rzeczywistości kupuje dwa mieszkania: jedno dla siebie, a drugie dla banku/, żeby zaraz po spłacie kredytu i przejściu na emeryturę której nie będzie - trzeba będzie podpisać z bankiem kolejną umowę, w której przekaże mu się mieszkanie w zamian za comiesięczną jałmużnę, żeby nie umrzeć z głodu.
Takie rzeczy tylko w Polsce, bo w innych krajach UE, pomimo prób, ten system nie ma racji bytu. Z tej prostej przyczyny, że irlandzki, angielski czy niemiecki emeryt za swoją pracę we własnym kraju otrzymuje na tyle wysoką emeryturę, że może sobie pozwolić na zwiedzanie całego świata. A emeryt polski? No cóż, jak w dowcipie o tym, jak spędzają czas emeryci z poszczególnych krajów: emeryt z Francji spędza cały dzień z butelką wina i przyjaciółkami, emeryt z USA z butelką whisky cały dzień wędkuje ze swojej łodzi, a emeryt z Polski? Z butelką moczu cały dzień spędza w kolejce w przychodni lekarskiej...
Ano pożyjemy, zobaczymy. Może nie będzie tak źle, bo skoro rząd cały czas podwyższa wiek uprawniający do przejścia na emeryturę, to może okazać się, że tego momentu po prostu nie dożyjemy. Ale ZUS, mimo to, płacić trzeba. Czy chcesz, czy nie. O ile mieszkasz w kRAJU, rzecz jasna...
środa, 1 lutego 2012
XXII wizyta w Polsce (8): powrót do Cork
Wczoraj wieczorem wróciłem do Cork. Lot do Dublina, autobus do Cork.
W Krakowie zdziwiło mnie, że nikt się za bardzo nie przepycha do odprawy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to dlatego że w Airlingusie, którym tym razem leciałem, miejsca są numerowane. Po wejściu do autobusu przewożącego pasażerów do samolotu drzwi zostały zamknięte i trzymano nas w nim, stłoczonych, niemal kwadrans, bo samolot nie był jeszcze gotowy. Dzieci płaczą, dorośli psioczą. W końcu wsiadamy do samolotu i startujemy. Siedzący obok mnie Rodak usiłował kupić kawę za złotówki - nie udało mu się, przyjmują tylko euro. Trochę czytam krakowską prasę, trochę drzemię.
Lądujemy, odprawa, zaraz mam autobus do Cork. Jest w nim oczywiście wi-fi, więc w czasie jazdy spędzam trochę czasu na czytaniu zaległych e-maili oraz serwisów informacyjnych. Trochę rozprasza mnie głośne chrapanie rozwalonego dwa siedzenia dalej pana Araba, do którego co chwilę przychodzą sms-y anonsowane dźwiękiem którym jest donośne nawoływanie muezina do modlitwy w meczecie.
W końcu - dotarłem do domu ;-)
W Krakowie zdziwiło mnie, że nikt się za bardzo nie przepycha do odprawy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to dlatego że w Airlingusie, którym tym razem leciałem, miejsca są numerowane. Po wejściu do autobusu przewożącego pasażerów do samolotu drzwi zostały zamknięte i trzymano nas w nim, stłoczonych, niemal kwadrans, bo samolot nie był jeszcze gotowy. Dzieci płaczą, dorośli psioczą. W końcu wsiadamy do samolotu i startujemy. Siedzący obok mnie Rodak usiłował kupić kawę za złotówki - nie udało mu się, przyjmują tylko euro. Trochę czytam krakowską prasę, trochę drzemię.
Lądujemy, odprawa, zaraz mam autobus do Cork. Jest w nim oczywiście wi-fi, więc w czasie jazdy spędzam trochę czasu na czytaniu zaległych e-maili oraz serwisów informacyjnych. Trochę rozprasza mnie głośne chrapanie rozwalonego dwa siedzenia dalej pana Araba, do którego co chwilę przychodzą sms-y anonsowane dźwiękiem którym jest donośne nawoływanie muezina do modlitwy w meczecie.
W końcu - dotarłem do domu ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



