wtorek, 10 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (6): Iznota

Nieopodal Pisza znajduje się wioska Iznota, a w niej (czy też raczej - obok niej) - grodzisko Galindia. W grodzisku postarano się o odtworzenie osady plemienia Galindów, chociaż oczywiście wszystko to ma ma dość komercyjno - turystyczny charakter, niemniej warto tam pojechać, choćby dla setek drewnianych posągów starożytnych bóstw, które rozmieszczono w lasku leżącym na terenie osady.

Zwiedzanie rozpoczyna się od obejrzenia dokumentalnego filmu o Galindach, ich codziennym życiu, rytuałach i zwyczajach, następnie można zejść do podziemi, gdzie znajduje się m.in. "bursztynowa komnata", a później obejść półwysep na którym znajduje się osada.

Poniżej - kilka zdjęć:







poniedziałek, 9 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (5): Pisz

Po Mrągowie - kolejne 3 dni spędziłem w Piszu. Jest to urokliwe mazurskie miasteczko leżące nad rzeką Pisą.

/Powyżej: na rynku w Piszu/

Zabytków tam niewiele, bo wojenne zawieruchy nie były dla Pisza łaskawe. Jednym z najstarszych z nich jest kościelna wieża kościoła pod wezwaniem św. Jana, pochodząca z XVII wieku. Zabytkiem który nie przetrwał do naszych czasów, jest krzyżacki zamek z XIII wieku, z którego nie zostało praktycznie nic, poza niewyraźnym zarysem fundamentów w parku, ale który - podobno - ma być chociaż w części odbudowany. Jednym z ciekawych zabytków architektonicznych starego Pisza jest tzw. "dom królewski", gdzie wg legendy nocował August II Mocny - budynek jest jednak zbyt późny.

Ale najciekawsza jest tzw. Kamienna Baba, obecnie ustawiona na piszowskim rynku. Jest to obelisk znaleziony w 1872 r. we wsi Wejsuny, do Pisza trafił w 1969 r. Tyle wiadomo na pewno, natomiast nie wiadomo, kiedy powstał. Według jednych - jest to pogański posąg kultowy, wg innych - posąg powstał w XIX w. na pamiątkę przemarszu wojsk napoleońskich.

A poza tym: ładny rynek ze stuletnim ratuszem, w którym znajduje się Muzeum Ziemi Piskiej, które również odwiedziłem. I rzeka Pisa, po której można popływać stateczkiem ;-)

Z rzeczy współczesnych: pomnik, czy też raczej - tablica, dedykowana Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu oraz rondo jego imienia.

niedziela, 8 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (4): Mrągowo

W Mrągowie zatrzymałem się w jednym z hoteli tuż nad jeziorem Czos. Przez 3 dni zwiedzałem to miasteczko, rozsławione na całą Polskę m.in. przez Piknik Country. 

Jest tu wiele pomników, najbardziej zapamiętałem ten XXXV-lecia PRL, z napisem: "Myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili". No cóż, taka jest nasza, niełatwa niestety, współczesna historia...

 /Powyżej: stoję przed pomnikiem XXXV-lecia PRL w Mrągowie/

Zwiedzanie rozpocząłem od wizyty w miejscowym oddziale Muzeum Warmii i Mazur mieszczącym się w ratuszu. Przespacerowałem się też po centrum, oglądając to, co ocalało z wojennej pożogi, od Wieży Bismarcka po Starą Chatą. Byłem także w westernowym miasteczku Mrongoville oraz w Muzeum Sprzętu Wojskowego.
 
Sporo niemieckich turystów.

czwartek, 5 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (3): Giżycko

Do Giżycka dotarłem o 7:00 rano. Przeznaczyłem na zwiedzanie miasta kilka godzin, bo po południu musiałem już dotrzeć do Mrągowa, gdzie miałem zarezerwowany hotel.

 /Powyżej: przed Wieżą Ciśnień w Giżycku/

Tak że od razu po wyjściu z autobusu i zostawieniu bagażu w... WC na giżyckim dworcu autobusowo - kolejowym pod opieką pracującej tam pani /takie czasy, że przechowalnie bagażu na dworcach już niemal nie funkcjonują, więc zostawia się bagaże w różnych dziwnych miejscach, jak kiosk z kwiatami, u dyżurnego ruchu, czy teraz - w wc/ - wyruszyłem "w miasto".

/Powyżej: twierdza Boyen/

Najpierw XIX-wieczna twierdza Boyen. Byłem tam na godzinę przed otwarciem, ale pracujący tam sympatyczny starszy pan sam zaoferował, że otworzy mi znajdujące się tam muzeum, oraz pozwolił zwiedzać dalszą część twierdzy. Wszystko super, tylko, jak sam mi powiedział, tablice z opisami historii miasta zostały niedawno wykonane przez Niemców. Są więc tylko dwujęzyczne /po polsku i niemiecku/, i, takie mam wrażenie, że chociaż jest tam co nieco o zbrodniach "nazistów", ale nic nie łączy tych "nazistów" z Niemcami...

/Hotel w XIV-wiecznym zamku/

Oprócz twierdzy zobaczyłem również, chociaż tylko z zewnątrz, XIV-wieczny zamek krzyżacki w którym obecnie jest hotel, most obrotowy na Kanale Łuczańskim /jak podaje Wikipedia, jest to "jedyny tego typu czynny most w Europie z XIX wieku", a na końcu - wieżę ciśnień wybudowaną na przełomie XIX i XX wieku, która obecnie jest otwarta dla turystów a z której rozpościera się widok na całe miasto. Na koniec - Most obrotowy na Kanale Łuczańskim /jak podaje Wikipedia, jest to "jedyny tego typu czynny most w Europie z XIX wieku".

/Powyżej: na moście obrotowym/

środa, 4 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (2): wyjazd na Mazury

Rozważałem kilka opcji, w końcu wypadło na autobus: Kraków - Giżycko. Wyjazd o 18:30, przyjazd o 7:00 rano. W porównaniu z moją pierwszą, trwającą 3 dni podróżą do Irlandii, to skromna wycieczka :-) Odległość wydrukowana na bilecie - 665 km. Do imienia bestii - jednego zabrakło :-)


Bilet kupiłem dzień wcześniej, mając w pamięci kolejki do autobusów do Zakopanego. Tym razem - nic z tych rzeczy, autobus praktycznie był pusty. Szybko zleciało, chociaż w autobusie ani wi-fi /tak, szybko się przywyka do pewnych rzeczy ;-)/, ani nawet, z braku działających lampek nad siedzeniami, możliwości przejrzenia pliku gazet, które zapobiegawczo kupiłem. Trzeba było spać, czyli nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło ;-)

Z internetem na szczęście nie problem, jeszcze w Cork ściągnąłem simlocka z telefonu i kupiłem w Heyah odpowiedni pakiet. Ale - o ile strony da się przeglądać bez problemu, o tyle już korzystanie z Vibera i Skype do rozmów głosowych jest uciążliwe.

No nic, zobaczymy jak to będzie gdy będę miał /o ile będę miał/ dostęp do wi-fi.

wtorek, 3 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (1): nieoczekiwana zmiana miejsc

Od 3 do 16 lipca jestem w Polsce. Kraków, Giżycko, Mrągowo, Pisz, dalej - zobaczymy.

Lot Wizzairem z Cork do Pyrzowic. W samolocie zajmujemy z Agnieszką miejsca obok siebie. Po chwili okazuje się, że przy naszych fotelach... nie ma pasów. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Okazało się, że takich foteli było znacznie więcej, stewardessy każą się przesiadać, wszystkim, którzy mieli pecha takie miejsca zająć, miejsc zaczyna brakować, robi się zamieszanie. Obsługa w 100% polska zaczyna być opryskliwa.
- Jak przy fotelach może nie być pasów? - pyta jeden z pasażerów
- To ci państwo z poprzedniego lotu je ukradli - odpowiada stewardessa.
Nie wiem, po co komu pasy od samolotowych foteli, tym bardziej że brakowało ich co najmniej w kilku, może kilkunastu fotelach rozmieszczonych w różnych miejscach. Może to bzdura a może faktycznie - Polak potrafi?

Dostrzegamy wolne miejsca, ale jedna ze stewardess jak lwica broni nam dostępu do nich. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Tutaj nie wolno siadać!
- Dlaczego? Przecież są wolne?
- To są miejsca za dodatkową opłatą (
chodziło pewnie o miejsca z dodatkową przestrzenią na nogi, taka namiastka biznesklasy dla pasażerów tanich linii lotniczych ;-) i byłoby to nie fair w stosunku do osób, które za nie zapłaciły!
- Ale przecież nikt nie zapłacił, skoro są puste i nikt tutaj nie siedzi?
- Powiedziałam, że nie wolno!
- Nie rozumiem? Zajęliśmy inne miejsca, okazało się ze nie ma pasów. Chcemy się przesiąść, ale nie ma już praktycznie wolnych miejsca. Tutaj jest wolnych co najmniej kilka foteli, ale nie możemy usiąść, bo to byłoby nie fair w stosunku do osób które zapłaciły, chociaż nie zapłaciły, bo miejsca są puste?
- Proszę usiąść gdzie indziej!
- Gdzie?
- Zaraz coś państwu znajdziemy!


Faktycznie, znalazły. Trafiliśmy w dwa różne miejsca do dwóch rodzin z małymi dziećmi, które przez to musiały trzymać dzieci na kolanach. Oczywiście, spotkało to nie tylko nas, bo jak wspomniałem, pasów brakowało co najmniej na kilku/kilkunastu fotelach. Kilku pasażerów "zbuntowało" się w czasie lotu - i przesiadło się na te miejsca, na których siedzenie byłoby "nie fair".

W Krakowie upał. Wieczorem - gdzieniegdzie, bo nie w całym mieście, gradowa burza. Generalnie: gorąco.

Kolejne notki postaram się pisać z komórki. Nie wiem jak to będzie wychodziło, więc proszę o wyrozumiałość. Poprawię po powrocie ;-)

sobota, 30 czerwca 2012

Imieniny 2012

Wczoraj były imieniny Piotra i Pawła. Sam je obchodzę tego dnia, może trochę niezgodnie z tradycją. Niemniej, były życzenia, a nawet - dostałem Kindle, elektroniczny czytnik książek :-)

/Powyżej - moje Kindle z aktualną lekturą ;-)/

Oczywiście, dawałem mniej lub bardziej zwerbalizowane komunikaty, że o czymś takim myślę, ale było to raczej w sferze odległej przyszłości. Przede wszystkim dlatego, że już spiętrzyły mi się "papierowe" książki do przeczytania. Hm, jak to brzmi... Czas idzie naprzód, teraz trzeba będzie podkreślać, czy książka jest plikiem, czy jeszcze - nie. Tak czy owak, prezent rozpakowałem, włączyłem, i - nie wierzę, że do tej pory mogłem obyć się bez niego ;-)

Świetna rzecz. Do czytania, słuchania, a nawet do przeglądania netu - chociaż oczywiście to kompletnie dodatkowa funkcja. Zacząłem od wgrania archiwalnych numerów "Frondy" - może wreszcie uda mi się je przeczytać, bo na laptopie - niezazbytnio. A oprócz tego "Znaszli ten kraj..." Boya-Żeleńskiego, "Kocią Kołyskę" Kurta i "Wojnę futbolową" Kapuścińskiego. Do posłuchania - wykłady o. Bartłomieja Parysa. Na razie - wystarczy, chociaż miejsca jest sporo, pewnie więcej niż dam radę przeczytać przez resztę życia...

A co do imienin, to Piotra wypada coś z 30 razy w roku. Teoretycznie powinien je obchodzić w pierwszym terminie po urodzinach, czyli w moim przypadku - 26 listopada. Jeżeli więc ktoś nie zdążył z życzeniami teraz, to może to zrobic wtedy. I tak btw, myślę, że przydałby mi się jakiś dobry tablet... ;-))

wtorek, 19 czerwca 2012

Wyjechałem, zaraz wracam...

Polacy, zgodnie z obietnicami polskiego rządu, zaczynają wracać z Irlandii do kRAJu: najczęściej po rodzinę i psa. A bardziej poważnie: jeszcze jakiś czas temu słyszałem od bliższych czy dalszych znajomych /chociaż raczej dalszych - niż bliższych/, że "zjeżdżają do Polski". Dzisiaj już nikt nie "zjeżdża", dzisiaj się chyłkiem do Irlandii wraca.

Zanim jednak przejdę do tych "powrotników", słów kilka o samym wyrażeniu "zjeżdżania". Nie wiem doprawdy skąd to się wzięło, dlaczego nie jest to po prostu "wracam do Polski", ale myślę, że ma to głębszy, podskórny sens. Zjeżdżać - można z góry w dolinę, z miejsca położonego wyżej - w to położone niżej, z tego na wyższym poziomie - na poziom niższy. Można w końcu zjeżdżać z drogi głównej - w podporządkowaną, boczną, polną i leśną w końcu. Już samo założenie "zjechania" do Polski zakłada życie na niższym poziomie, na uboczu, w podporządkowaniu, pomimo - że to kRAJ.

Skoro o "powrotnikach" mowa, to nie wiem czy pamiętają Państwo słynny rządowy program, zainaugurowany pod koniec 2008 roku przez premiera RP Donalda Franciszka Tuska, skierowany do osób powracających do kRAJu po dłuższym pobycie za granicą. Za ciężką kasę m.in. wydrukowano w setkach tysięcy egzemplarzy poradnik: "Powrotnik. Nawigacja dla powracających", który następnie kolportowano wśród Polonii rozproszonej po świecie. Rodacy chętnie brali tą bezpłatną książczynę, bo podobno świetnie spełniała się w roli podpałki do kominka. Ale część chyba uwierzyła że między Odrą a Bugiem wykwitła nagle Zielona Wyspa, i z "Powrotnikiem" w garści wróciła do kRAJu. A tam, powtarzając za poetą z "Rejsu", spotkał ich tylko "smutek i nostalgia". Część z nich jeszcze raz dołączyła do Rodaków, który wyjeżdżają z kRAJu. Wyjeżdżają, powtórzę, ponownie, po wcześniejszym powrocie z zagranicy. Kilka miesięcy mocowania się za bary z polską rzeczywistością, po kilku latach irlandzkich wakacji, kruszy największych osiłków, którzy dorosłe życie tak naprawdę zaczęli dopiero tutaj.

Do tego ostatniego kuszenie emigranta przyłączali się też inni. Projekt "12 miast: wracać ale dokąd", w którym samorządowcy z polskich miast na koszt podatników urządzali sobie wakacje na brytyjskich wyspach pod pretekstem "zaprezentowania Polakom mieszkającym w UK sytuacji na rynku pracy w Polsce", był może i szlachetny w zamierzeniach, ale w rzeczywistości korzyści z niego odnieśli chyba tylko rzeczeni samorządowcy, z prezydentami tego i owego miasta na czele, którzy mogli na żywo zobaczyć Big Bena. Nie wiem, czy ktoś tym politykierom dał wiarę /chociaż naiwnych nigdy nie brakowało/, tym bardziej że kryzys już stukał do drzwi, wskutek czego zresztą cały program przerwano. Chyba z racji tego, że zaczął się stawać programem satyrycznym i robił konkurencję kabaretom z Polski, za równie tłuste euro ściąganym na Wyspy.

Część z tych "powrotników" to ci, które mają serca biało - czerwone, i chwała im za to. Chcieliby normalnie żyć i pracować w kRAJu, który ma normalne cztery pory roku. Stąd podejmują próby powrotu jak Noe wypuszczający z Arki gołębicę: można już opuścić bezpieczną irlandzką łódź, czy ciągle jeszcze potop wszechwładzy polskiej biurokracji w postkomunistycznym wydaniu? Przyniesie ona w dziobie gałązkę oliwną, czy decyzję zapłaty nienależnego podatku od US-u, ZUS-u czy KRUS-u? Niemniej naiwność i łatwowierność może tłumaczyć jedynie młody wiek. W starszym - jest to zwykła głupota. Ale starsi wcale wracać nie zamierzają. Ba, jest wręcz odwrotnie, starszych Rodaków przybywa w postępie geometrycznym, bowiem samoloty lądujące na Wyspie coraz szczelniej wypełniają babcie i dziadkowie, którzy przylatują do swoich latorośli aby pomóc im w opiece nad z kolei ich dziećmi, których rodzice w pocie czoła na overtimach w fabrykach budują lepsze jutro. Swoje - i Zielonej Wyspy. Oryginału, nie podróbki.

Tak naprawdę, te wszystkie programy i mowa-trawa polskich polityków, to tylko dym w oczy. W rzeczywistości nikt nie chce, żeby emigranci wracali, z kilku zasadniczych powodów, ale wszystkie sprowadzają się do jednego - pieniędzy. Otóż polscy emigranci wg niedawno dopiero podanych do publicznej wiadomości danych, wg Centrum im. A. Smitha wpompowali dotychczas w polską gospodarkę więcej, niż wszystkie te unijne dotacje razem wzięte. Wysłaliśmy rodzinom w Polsce więcej, niż wyżebrały polskie rządy. Niewiarygodne? A jednak prawdziwe. Przy czym pieniądze przesłane przez emigrantów są, w przeciwieństwie do tych unijnych, rozsądnie lokowane i pomnażane, gdy za unijną kasę buduje się głównie przysłowiowe ozdobne fontanny, które może i ładnie wyglądają, ale na utrzymanie których trzeba będzie łożyć kolejne miliony... Przy czym dane i tak są zaniżone, bo wzięto pod uwagę tylko zarejestrowane przelewy. Tymczasem skądinąd wiadomo, że zdecydowana większość Rodaków pieniądze przewozi po prostu w kieszeniach, nie ufając, i słusznie, polskim służbom skarbowym. Po co więc ściągać emigrantów do Polski? Lepiej ściągać od nich ich pieniądze, a o to już dbają m.in. polskie urzędy skarbowe - ale to jest już temat rzeka.

Emigranci są w Polsce niepotrzebni, bo przede wszystkim nie ma dla nich miejsc pracy, a nawet nawet jak coś się trafi, to niechętnie się ich zatrudnia. Dlaczego? Taki emigrant za granicą nabrał "jaśniepańskich" nawyków i nie chce pokornie i uniżenie pracować za pajdę suchego chleba, kiedy zobaczył, że można żyć inaczej. Jak inaczej? Przede wszystkim - godnie, bo tu o zwykłą ludzką godność idzie, a nie tylko o kasę. Nie tylko, ale również. W końcu Lublin to nie Dublin i różnica pomiędzy kasjerką w Tesco w tych dwóch miastach jest taka, że ta pierwsza myśli od kogo pożyczyć pieniądze na czynsz w wynajętym pokoju, a ta druga - gdzie udać się w tym roku na drugie zagraniczne wakacje, co faktycznie jest dylematem, bo już niemal wszędzie była...

W artykule pt. "Syndrom eksemigranta – dlaczego Polacy, którzy powrócili, znowu wyjeżdżają" Gabrieli Jabłońskiej, opublikowanym 27.02.b.r. na portalu RynekPracy.pl, autorka pisze m.in.: "Większość osób, które raz zdecydowały się opuścić kraj „za chlebem”, znajduje się w pułapce migracyjnej, tzn. permanentnie rozważa możliwość ponownego wyjazdu. (...) "Powrót z zagranicy psychoterapeuci porównują do wychodzenia z więzienia. Zarówno byli więźniowie, jak i eksemigranci muszą zaczynać życie od zera. „Lądują” na rynku pracy bez doświadczenia lub też z przerwą w zawodowym życiorysie. Znajdują się w podobnej sytuacji do absolwentów szkół, z tą różnicą, że mają całkowicie odmienne oczekiwania płacowe. Początkowo cieszą się z powrotu do Polski. Narastające problemy sprowadzają ich jednak na ziemię." O ile sam artykuł jest w miarę interesujący, to akurat to stwierdzenie o "przerwie w życiorysie" jest wg mnie kompletną bzdurą. Ludzie powracający z zagranicy są często „overqualified”, mają o wiele większe kwalifikacje niż są wymagane na danym stanowisku. Dlaczego więc nie są zatrudniani? Ze zwykłej małostkowej zawiści. "Wyjechałeś żeby mieć lepiej, gdy inni tyrali tutaj w pocie czoła? No to teraz całuj klamkę i wracaj sobie do tej Irlandii" - tak myśli spora część pseudomenedżerów, trzęsąca się ze strachu o swój stołek. A jest się kogo bać.

Jednak w tym porównaniem do "wychodzenia z więzienia" coś jest, tyle że, jest to chyba odwrotnie: powrót z zagranicy powinno się porównać do opuszczenia wolności i właśnie zamknięciu w więzieniu. Co z tego, że jest to wybór bardziej lub mniej dobrowolny, gdy kajdany w postaci masy bzdurnych przepisów i postkomunistycznej mentalności - skutecznie krępują wolę i odbierają radość życia w kRAJu...

piątek, 15 czerwca 2012

Pokaz filmu "Ja Jestem"

Dzisiaj w St. Augustine's Church /w salce na górze/ w Cork miał miejsce pokaz filmu "Ja Jestem", oraz spotkanie z Maciejem Bodasińskim - jednym z jego twórców. Pokaz filmu zorganizowało NiepoprawneRadio.pl.

 /Powyżej: po pokazie filmu "Ja Jestem" w Cork/

Jak czytamy w "Gościu Niedzielnym": "Ja Jestem” to najnowsza produkcja dokumentalna Macieja Bodasińskiego i Lecha Dokowicza, twórców takich filmów, jak „Egzorcyzmy Aneliese Michel”, „Duch”, czy „Syndrom”. "Ja Jestem" opowiada o cudzie obecności Jezusa w Eucharystii. Zdjęcia do tego obrazu robione były na pięciu kontynentach. Muzykę do filmu skomponował Michał Lorenc, a głosu użyczył Marcin Dorociński. Tytuł dokumentu, którego główną postacią jest Jezus Chrystus, w postaciach Chleba i Wina, brzmi „JA JESTEM”, bo to w Najświętszym Sakramencie Jezus Chrystus jest namacalnie obecny cały czas wśród nas. – To nasz najważniejszy film. Jezus chce być Bogiem z nami, a nie zamkniętym więźniem tabernakulum. Wystarczy – odczuliśmy to bardzo mocno w czasie realizacji filmu – otworzyć Jezusowi drzwi kościoła. Wszędzie tam, gdzie wypuścimy Go na ulice, dokonuje się rewolucja – opowiadają twórcy filmu. „Gość Niedzielny” jest producentem tego przejmującego dokumentu. Ten film rzuca na kolana. Przed Najświętszym Sakramentem".

Oprócz Cork, film był również wyświetlany w Dublinie. Świetny dokument, dający do myślenia. Również refleksje i dyskusja po filmie były bardzo interesujące. W ogóle - rewelacyjne spotkanie, oby więcej takich.