wtorek, 31 lipca 2012

Swietłana Aleksijewicz: "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"

Świetna książka, zawierająca opowieści tych, których los w pewnym momencie związał z Czarnobylem, zarówno mieszkańców terenów położonych nieopodal elektrowni, jak i tych, których skierowano do likwidacji skutków katastrofy.

Kiedy w 1986 r. miała miejsce katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, miałem niespełna 15 lat. Wraz z innymi małolatami ustawiono mnie w kolejce, na początku której panie pielęgniarki podawały płyn Lugola, dość paskudny w smaku. Dorośli masowo "zaszczepiali" się setką wódki, bo podobno mocny alkohol miał wypłukać z organizmu przyjętą dawkę promieniowania. Było to, o ile pamiętam, 1 maja. Sowiecki Sojuz promieniował /dosłownie/ na cały świat... Ale atmosfera była niemal piknikowa, nikt nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, jedynie co niektórzy mówili, że picie tego płynu kilka dni po katastrofie, to jak musztarda po obiedzie.

Teraz też czytam na necie, że zagrożenie nie było takie wielkie jak oceniano, że większość ludzi została ewakuowana pochopnie, że liczba ofiar była minimalna, że panikę zasiały głownie zachodnie media, itd., itp. Książka Swietłany Aleksijewicz jednak przeczy tej niemal sielankowej wersji, jaka jest teraz przedstawiana, przynajmniej jeżeli chodzi o ilość ofiar. Tak naprawdę, żeby ocenić skutki tej katastrofy, trzeba będzie pewnie poczekać jeszcze przez 2-3 pokolenia. A gdyby nie te zachodnie media, pewnie do dzisiaj nie wiedzielibyśmy, że w ogóle miała miejsce jakaś atomowa katastrofa. W końcu towarzysze z Kraju Rad nie uznali nawet za stosowne poinformować o tym innych towarzyszy z bratnich satelickich państw...

Rewelacyjna i pasjonująca lektura, polecam.

sobota, 28 lipca 2012

Saturator Party

Od połowy lipca b.r., co 2 tygodnie w pubie Clancy's w Cork ma miejsce "Saturator Party", polska impreza karaoke, organizowana przez sklep Pewex.

Byłem dzisiaj na drugiej z kolei imprezie - świetna, profesjonalnie poprowadzona zabawa. Można było pośpiewać i potańczyć, a także spotkać sporo znajomych ;-) Wielkie brawa dla organizatorów. Ostatni raz przy polskim karaoke Rodacy w Cork mogli się bawić 3 lata temu, najpierw w pubie An Spailpin Fanac, a później w klubie Mardyke, imprezy organizował wówczas Dj Versall.

/Powyżej: uczestnicy zabawy/

piątek, 27 lipca 2012

Spotkanie organizacyjne w sprawie VI FKP

Dzisiaj w The Franciscan Well w Cork miało miejsce spotkanie w sprawie VI Festiwalu Kultury Polskiej w Cork, organizowanego jak co roku przez Stowarzyszenie MyCork.

/Powyżej: uczestnicy spotkania/

W trakcie spotkania został przygotowany wstępny, bardzo rozbudowany plan tegorocznego Festiwalu Kultury Polskiej. Szczegóły - wkrótce ;-)

poniedziałek, 23 lipca 2012

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie MyCork

W związku z upływem 2-letniej kadencji Zarządu MyCork, wczoraj miało miejsce Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Członków MyCork, w trakcie którego wybrano władze stowarzyszenia na kolejną kadencję.

/Powyżej: członkowie MyCork podczas głosowania na wczorajszym Walnym Zgromadzeniu/

Prezesem MyCork po raz drugi została wybrana Izabela Krygiel - Kozłowska, Viceprezesem i Sekretarzem został Paweł Świtaj, Skarbnikiem - Tomasz Piwoński, Z-cą Skarbnika - Anna Klimek, natomiast funkcję PR objął Marek Kietliński. Dodatkowo w skład Zarządu, jako jego członkowie, weszli Gertruda Anisiewicz i Krzysztof Byszewski. Wiąże się to ze zmianami organizacyjnymi, jakie wkrótce będzie przechodziło stowarzyszenie.

Taki skład Zarządu MyCork w moim przekonaniu gwarantuje stabilność działania stowarzyszenia. Mnie osobiście bardzo cieszy że do MyCork, pomimo naturalnej fluktuacji, ciągle wstępują nowi członkowie, którzy chcą rozwijać stowarzyszenie.

W Walnym Zgromadzeniu MyCork mogły wziąć udział - co jest dobrą praktyką od dawna obecną w MyCork - także osoby nie będące członkami stowarzyszenia, ale działające wolontaryjnie na jego rzecz. Oczywiście nie-członkowie nie mogą brać udziału w głosowaniach, ale mogą przedstawić swój punkt widzenia na przeróżne kwestie związane ze stowarzyszeniem.

Ponadto - na Walnym Zgromadzeniu zostało poruszonych szereg tematów dotyczących MyCork, w tym właśnie nowych projektów, których zalążków jest już sporo - tak że jestem pewien, że zaraz po wakacjach wiele osób znajdzie coś interesującego dla siebie.

niedziela, 22 lipca 2012

MyCork Foto Klub nad Rocky Bay

Dzisiaj miał miejsce pierwszy plener MyCork Foto Klub.

/Powyżej: uczestnicy dzisiejszego pleneru/

Spotkaliśmy się o 3:00 nad ranem przy kościele Church of the Annunciation na Blackpool w Cork, a nastepnie udaliśmy się nad Rocky Bay. Tam, nad brzegiem oceanu, uczestnicy pleneru pod okiem Mariusza Kalinowskiego, Adama Derynga i Piotra Łukaszka doskonalili swoje umiejętności m.in. w nocnym fotografowaniu.

 /Powyżej: uczestnicy pleneru - tuż przed świtem/

Plener był bardzo udany, można było z niego wynieść sporo solidnej wiedzy podanej w przystępny sposób. Kolejne plenery - już wkrótce.

Zdjęcia m.in. z dzisiejszego pleneru można zobaczyć TUTAJ.

sobota, 21 lipca 2012

Iza Michalewicz, Jerzy Danielewicz: "Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia"

W grudniu ubiegłego roku zmarła Violetta Villas, wybitna polska śpiewaczka. Właśnie przeczytałem jej biografię pod ww. tytułem.

Nigdy nie bylem fanem VV - nie moje klimaty, po prostu. Niemniej VV wielką artystką była, panowie - czapki z głów, etc.

Autorom książki, pomimo że wielokrotnie próbowali, nie udało się porozmawiać z samą VV, co, jak twierdzą, wyszło biografii na dobre. Oparli się więc przede wszystkim na relacjach i wspomnieniach osób, które w jakimś momencie swojego życia znalazły się blisko niej. Z pamięcią ludzką różnie bywa, ludzie mają też różne powody by mówić jedno, nie dopowiadając drugiego, czy wręcz przemilczeć to i owo, i należy to uszanować, z drugiej strony - trzeba wówczas wziąć poprawkę na to, co się czyta.

Ale czyta się bardzo dobrze. Wyłania się z niej obraz wielkiej artystki, światowego formatu, której przyszło żyć w PRL-u, chociaż udawało jej się wyrwać za żelazną kurtynę i z powodzeniem koncertować na całym świecie. Jak każda wielka postać, miała też, nazwijmy to, fanaberie.

Miała też swój własny krzyż, który było widać szczególnie w ostatniej dekadzie jej życia.

czwartek, 19 lipca 2012

PO-wakacyjne refleksje

Sezon urlopowy w pełni. Tysiące Polaków z Irlandii wybiera się na wakacje. Również - do kRAJU. To bardzo dobrze, bo jak wiadomo - podróże kształcą, a niektórzy z tych wykształconych przez podróże do kRAJU dochodzą do wniosku, że Polska to wspaniały kRAJ. Ale tylko - na wakacje.

Jestem jednym z tych Polaków, którzy z reguły dłuższy czas wolny spędzają w kRAJU, pomimo że jest to cenowe samobójstwo. W tym roku w zimie byłem w Krynicy Zdroju, a teraz, zamiast znacznie taniej wygrzewać się gdzieś w Hiszpanii, Italii czy na Malcie, gdzie pogoda jest niemal gwarantowana, robiłem na Mazurach, gdzie pomimo upałów jest jak w filmach z Bollywood: czasem słońce, czasem deszcz. Kiedy pracowałem w Polsce nie było mnie na to stać, więc teraz nadrabiam. Tym bardziej że zdaję sobie sprawę że jeżeli ponownie zamieszkam w Polsce, znowu nie będzie mnie na stać... Stąd najbardziej poznaję uroki Polski - mieszkając w Irlandii. Oczywiście, oprócz mniej lub bardziej patriotycznej lekcji "Znaszli ten kRAJ", najważniejsze jest spotkanie z najbliższymi mi osobami, które żyją tam, a nie tu.

Całe szczęście, że Euro 2012 już za nami, i wszystko wraca do normy, o ile normą można nazwać to, co się dzieje w kRAJU, w którym stadiony kończy się budować już po mistrzostwach, a otwierane z tej okazji z pompą autostrady trzeba po chichu zamykać, żeby nie doszło do jakiejś poważnej katastrofy. Nie wspominając już o finansowych problemach polskich miast - gospodarzy Euro 2012, których włodarze prędzej czy później dla ratowania budżetu sięgną do kieszeni podatników. Igrzyska odbyły się kosztem chleba. Jak wspomniałem, podróże nie tylko kształcą, ale i kosztują. I nie chodzi tutaj o szybko topniejący zapas eurowaluty w portfelu, bo pieniądze to rzecz nabyta (chociaż ja nadal nie rozumiem, dlaczego w Lublinie bywa drożej niż w Dublinie?), ale o koszt utraty złudzeń, że "jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie".

Oczywiście wakacyjne zagraniczne wojaże, nawet tak "egzotyczne" jak wizyty w Polsce, nie są dla wszystkich. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że spora grupa Polaków w Irlandii znalazła się tutaj nie z miłości do Zielonej Wyspy, ani nawet do mniej zielonej eurowaluty, ale z powodu konfliktów z prawem w Polsce. I nie chodzi li tylko o jakieś bzdury jak niezapłacony mandat za jazdę bez biletu. Powiedzmy to sobie szczerze: wielu spośród Rodaków w Irlandii /i nie tylko/ jest poszukiwanych przez policję w Polsce, i jakakolwiek wizyta w kRAJU spowoduje, że przez jakiś czas musieliby oglądać świat w kratkę. W Irlandii wyraźnie występuje nadreprezentacja polskiej bandyterki, która jednak stara się tutaj za bardzo nie rozrabiać z obawy przez zbytnim zainteresowaniem lokalnych stróżów prawa. Nie zawsze im się to udaje, bo wilka jednak ciągnie do lasu, stąd od czasu do czasu w mediach przewinie się informacja o kolejnej grupie deportowanych bandziorów. Deportowanych z honorami należnymi vip-om: specjalny samolot tylko dla nich, oddzielne przejścia na lotnisku, etc. W końcu to, że w Polsce od 2004 roku systematycznie spada przestępczość, nie jest zasługą polskiej tak zwanej "policji" i tak zwanych "sądów", ale tego, że polska bandyterka, choćby tylko ta osiedlowa, wolała zejść z oczu dzielnicowym, i gremialnie przeniosła się na Wyspy. Co widać i słychać, a czasami nawet - czuć. Niemniej, to tylko polski społeczny margines, chociaż procentowo jest on znacznie szerszy - niż w Polsce.

Spora część Rodaków przeznacza wakacje i urlopy do mniejszych lub dalszych podróży. Niektórzy robią to od dzieciństwa, inni - mogą sobie na to pozwolić dopiero teraz i tutaj. Za tzw. komuny, na wakacje jeździły głównie dzieci z "rodzin robotniczych", bo robotnik, przynajmniej oficjalnie, hołubiony był. Oczywiście klasa robotnicza to było szerokie pojęcie obejmujące nie tylko szalejących w fabrykach młotkowych, ale także całe tabuny person imających się zajęć w różnych dziedzinach życia, a czasem wręcz i sztuki. Gorzej było z dziećmi z "rodzin chłopskich", pomimo rzekomego sojuszu robotniczo - chłopskiego, bo te wówczas najczęściej musiały pomagać w polu. A już całkiem kiepsko miały te z rodzin "inteligencji pracującej", no chyba że rodzice całą swoją postawą popierali miłościwie panujący ustrój z przewodnią rolą partii robotniczej, wtedy co roku były wczasy w Bułgarii albo w NRD.

Ale że wszechświat jednak dąży do równowagi, znalazł się w końcu pewien młody wąsaty robotnik który przeskoczył mur i obalił komunę. A może był to agent SB przywieziony w motorówce? Ewentualnie w motorówce siedział sobowtór robotnika skaczącego przez mur? Różne źródła różnie podają... Tak czy siak komuna szczęśliwie zdechła, a przynajmniej tak nam się wydawało, skończyły się robotnicze przywileje nie tylko w pierwszeństwie wakacyjnych wojaży, ale także choćby w postaci dodatkowych punktów "za pochodzenie" przy przyjęciu na studia. Ukoronowaniem tegoż upadku komuny było wyjście wojsk rosyjskich z Polski, które jednak zostawiły za sobą nie tylko zdewastowane mienie, ale również całą siatkę swoich agentów, co jest zresztą normalną procedurą w takich sytuacjach. Podobnie jak normalne jest to, że ambasady poszczególnych krajów to w rzeczywistości jednostki szpiegowskie i to jest głównym celem ich działalności. Tak mnie przynajmniej uczono na studiach, na które żeby się dostać trzeba było zdać egzamin, a nie podpierać się punktami, względnie - opłatami, co wkrótce miało nieuchronnie nastąpić.

Czasy się zmieniają, za jednego wąsatego prezydenta rosyjskie wojska opuściły Polskę, a za kolejnego wąsacza na prezydenckim stolcu - niewykluczone że wkroczą ponownie, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie obserwując próby badania opinii publicznych za pomocą organizowania przemarszu rosyjskich "kibiców" przez stolicę Polski, opieprzenie przez telefon premiera Tuska przez cara Putina, uwagi rosyjskich kiboli o "polskich katowniach" w których rzekomo są przetrzymywani zadymiarze z dawnego Kraju Rad, no i w końcu niemal masowym remontowaniem cudem ocalonych "pomników wdzięczności" i "braterstwa broni" dla Armii Czerwonej, czy wręcz stawianiem kolejnych.

Zmieniają się także wakacyjne destynacje Polaków. Teraz ci mieszkający za granicą masowo przylatują do kRAJU z kieszeniami wypchanymi euro i funtami, ratując tym samym przed kompletnym krachem kRAJową gospodarkę, a ci żyjący w kRAJU chcą wyjechać za granicę, choćby tylko na wakacyjne miesiące i choćby tylko na osławiony "irlandzki zmywak". Wskutek tego już od kilku tygodni tabuny "młodych, wykształconych, z dużych miast", nieprzemakalnych na oficjalną rządową propagandę w polskojęzycznych mediach informującą że w Irlandii jest kryzys i bezpańskie konie chodzą po ulicach, szturmują irlandzkie puby i fastfoody z plikami cv pod pachą.

Jednym i drugim - życzę udanych wakacji.

poniedziałek, 16 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (11): pod wiatr do Cork

Ze słonecznej chociaż burzowej Polski, czas wrócić do deszczowej, chociaż ostatnio też słonecznej Irlandii.

Lot Wizzairem, wcześniej - już przy ostatniej bramce przed wejściem do samolotu - skrupulatne ważenie praktycznie KAŻDEGO bagażu podręcznego. Cóż z tego, skoro i tak brakuje miejsca na półkach w samolocie. Stewardessy każą niektórym pasażerom z mniejszym bagażem położyć go pod siedzeniem. Takie problemy wkrótce się pewnie skończą, kiedy wejdzie podział na dwa rodzaje bagaży podręcznych - te za które będzie obowiązywała dodatkowa opłata i te, które jeszcze będzie można przewieźć w ramach ceny biletu.

Ponad trzy godziny lotu, co najmniej o pół godziny dłużej niż zwykle. Jak nam powiedziano - to z powodu silnego wiatru wiejącego w przeciwnym kierunku. Lądujemy, odprawa, taksówka - i znowu w Cork ;-)

niedziela, 15 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (10): Łańcut

Po drodze do Krakowa - zatrzymałem się w Łańcucie, żeby zwiedzić tutejszy zamek i słynną powozownię.

/Powyżej: stoję przed zamkiem w Łańcucie/

Wewnątrz nie wolno robić zdjęć, zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, przy wejściu, ze względu na wiekowe parkiety, musimy założyć specjalne filcowe kapcie. Ostatni raz zakładałem takie chyba z 30 lat temu ;-) Wnętrza zamku przepiękne, chociaż ostatni właściciel podczas II wojny światowej wraz z wycofującym się okupantem niemieckim, być może z obawy przed okupantem radzieckim, wywiózł niemal wszystko, co miało jakąś wartość. Część z tych rzeczy wróciło, większość zostało przez muzeum zakupiona na wzór tego, co było tutaj wcześniej.

Jednak największe wrażenie robi na mnie kolekcja powozów: miejskich, wiejskich, do polowania, do podróżowania na dalekich trasach, paradnych i w końcu - karawan.

sobota, 14 lipca 2012

XXIII wizyta w Polsce (9): Szczebrzeszyn

Każdy Polak wie, że "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn z tego słynie" - jak napisał Jan Brzechwa. 14 września 2002 roku w Szczebrzeszynie stanął pierwszy na świecie pomnik chrząszcza.

/Powyżej: stoję przed pierwszym na świecie pomnikiem chrząszcza - w Szczebrzeszynie/

Pomnik jest drewniany, liczy sobie 3 metry wysokości i został wykonany przez uczniów Liceum Sztuk Plastycznych z Zamościa pod nadzorem Zygmunta Jarmuła.

Niemal dekadę później, w 2011 r. dołączył do niego pomnik z brązu, ustawiony na szczebrzeszyńskim rynku, oraz dziesiątki innych drewnianych chrząszczy, ustawionych przy dawnej synagodze.