sobota, 25 lutego 2012

Dealz w Cork

W połowie lutego b.r. otworzono w Cork pierwszy sklep Dealz, w którym towary mają stałą cenę: 1,49 euro. Sklep należy do brytyjskiego Poundland, który od 1990 r. na terenie UK oferuje swoim klientom różny asortyment w stałej cenie: 1 funt.

/Powyżej: Dealz w Cork/

Wstąpiłem tam dzisiaj. Duży sklep, dużo ludzi i duży wybór: od żywności po chemię. Niektóre rzeczy naprawdę są bardzo tanie. Jak im się to opłaca sprzedawać i jeszcze na tym zarabiać - nie mam pojęcia, ale na pewno nie dokładają do interesu. Wcześniej w tym miejscu mieścił się sklep z płytami, filmami i grami.

środa, 22 lutego 2012

Rezerwat

"Rezerwat" w reż. Łukasza Palkowskiego to film o mieszkańcach jednej z kamienic na warszawskiej Pradze.

Jeżeli już o Pradze i drobnych pijaczkach mowa, to polecam "Małżowinę" z 1998 r. w reż. Wojciecha Smarzowskiego z Marcinem Świetlickim w roli głównej /na pewno wrócę jeszcze do tego filmu, wówczas umieszczę moją mini-recenzję ;-)/

A "Rezerwat" to pogodny, chociaż, wg mnie, momentami nieco gloryfikujący zwykłe menelstwo obraz, aczkolwiek z pozytywnym przesłaniem. Fabuła: młody fotograf po zerwaniu ze swoją dziewczyną wynajmuje mieszkanie w podupadającej kamienicy na Pradze. Na zlecenie właściciela, który kamienicę chce wyburzyć, robi fotograficzną dokumentację budynku. Otrzymuje też zlecenie od swojego kolegi, właściciela agencji fotograficznej i galerii na reportaż z Pragi. Zaprzyjaźnia się z miejscowymi lumpikami którzy wyciągają od niego drobne na wino, z urodziwą sąsiadką co nie podoba się jej "narzeczonemu" który aktualnie przebywa na warunkowym zwolnieniu z więzienia, a także z rozpuszczonym nastolatkiem obdarzonym jednak talentem fotograficznym oraz z wiekowym właścicielem zakładu fotograficznego. Oczywiście, nie obywa się bez rozlicznych perypetii z tym związanych.

Dobry film, miejscami zabawny, miejscami skłaniający do refleksji.

wtorek, 21 lutego 2012

Witold Bereś i Krzysztof Burnetko: "Kapuściński: nie ogarniam świata"

Jest to zapis siedmiu rozmów z Ryszardem Kapuścińskim, prowadzonych przez dziennikarzy Tygodnika Powszechnego na przestrzeni 15 lat: od 1991 do 2006 r.

Dodam - rozmów niezwykle interesujących i na wysokim poziomie intelektualnym, a przy tym łatwo przyswajalnych dla każdego. Witold Bereś i Krzysztof Burnetko rozmawiają z autorem "Cesarza" m.in. o Rosji, Afryce, mediach, Unii Europejskiej, globalizmie, ale także - o Polsce. Kapuściński raczej optymistycznie widzi przyszłość świata, wbrew temu co serwują nam tzw. media. Jak mówi: "Trzeba oderwać się na chwilę od tego szumu medialnego, którego codzienną dawką jesteśmy bombardowani. Doświadczenie człowieka podróżującego po wszystkich kontynentach przeczy temu, co widzimy w telewizji."

Do książki dołączone jest też pokaźne kalendarium z życia pisarza oraz nieco zdjęć z domowego archiwum.

sobota, 18 lutego 2012

Czy media podburzają opinię publiczną przeciwko Polakom w Irlandii?

Ostatnio Irlandią "wstrząsnęła" medialna afera z udziałem naszych bezrobotnych Rodaków. Jak widać, dziennikarskie hieny to gatunek żerujący wszędzie, a nie tylko w kRAJU nad Wisłą, chociaż tam jest ich wyjątkowo duże skupienie...

W skrócie dla tych co przegapili, chociaż to raczej niemożliwe: najpierw Gazeta Wyborcza wydrukowała tekst o rzekomo beztroskim życiu na socjalu bezrobotnych Polaków w Irlandii. Następnie tutejsza gazeta, Irish Independent, korzystając w najlepszym przypadku z translatora google /bo ciągle nie zakładam złej woli/ spreparowała tekst przekręcając i tak już mocno "podkręcone" wypowiedzi naszych Rodaków, w wyniku czego otrzymaliśmy historyjkę o polskich bezrobotnych obibokach w Irlandii, śpiących do południa, później spacerujących nad oceanem a następnie oddających się przyjemnościom hawajskich masaży. Tekst wywołał założone oburzenie wśród czytelników, a jeden z irlandzkich senatorów zaoferował się nawet z zakupem biletu powrotnego do Polski dla jednej z "bohaterek".

Oczywiście, prawda ze sfałszowanym tekstem szybko wyszła na jaw, swoje protesty zaczęli słać Rodacy a nawet - co koniecznie trzeba zauważyć - w sprawie tego artykułu w irlandzkiej prasie interweniował Ambasador RP w Irlandii, p. Marcin Nawrot. Chwała mu za to, tym bardziej że dzięki temu część Rodaków w Irlandii dowiedziała się, że w ogóle mamy tutaj swoją ambasadę, a nie jedynie jakieś biuro do wydawania paszportów dla polskich noworodków. Skompromitowana irlandzka gazeta tekst szybko usunęła ze swojej strony www, tym bardziej że w ślad za Rodakami protestować zaczęli - co jest niezwykle budujące i godne szacunku - rodowici Irlandczycy, kiedy tylko zorientowali się że zostali okłamani przez własnych dziennikarzy. Pan senator, tak ochoczo fundujący bezrobotnym Polakom bilety powrotne zaczął, jak to polityk, udawać że nie powiedział tego, co powiedział. Tak swoją drogą ciekawi mnie, czy skończyłoby się na jednym bilecie, czy może pan senator poszedłby dalej, w ogóle "oczyszczając" wyspę z bezrobotnych? Tylko dokąd pan senator kupiłby bilety dla tysięcy swoich rodaków, którzy niemal od pokoleń żyją na socjalu? Chyba nie na Lanzarote, tłumnie odwiedzaną przez bezrobotnych Irlandczyków, bo tam już przecież wszyscy byli?

W takich chwilach nie wiem, czy jedno europaństwo z euroobywatelstwem i europaszportami to taki zły pomysł? Może dzięki temu niektórym politykom wbije się bardziej do głowy, że będąc gdziekolwiek w Europie - jesteśmy u siebie. Że skończyły się czasy żebrania przez Polaków o work permit i deportacji naszych Rodaków za "zbrodnię", którą była ciężka praca bez tego wymaganego świstka papieru, a teraz - plany deportacji za brak pracy wynikający z kryzysu irlandzkiej gospodarki... Nie można zjeść ciastko i mieć ciastko, nie można przez dziesięciolecia wyciągać ręki po unijne dotacje i ratunkowe kredyty, na które składają się wszystkie kraje, w tym i znacznie znacznie biedniejsza Polska /co akurat jest niedorzeczne/ a jednocześnie dyktować, kto z Europejczyków może mieć zaszczyt zamieszkania na Zielonej Wyspie, a komu kupujemy one way ticket. Tym bardziej, że sytuacja z bezrobociem jest "zasługą" polityków, a nie dotychczas ciężko pracujących ludzi, dla których Irlandia stała się drugim /a tak naprawdę - pierwszym/ domem...

Swoją drogą, to nie pierwszy tekst spłodzony przez dziennikarzy GW, który wywołał poruszenie w polskiej społeczności w Irlandii. Wcześniej były bajki o bezpańskich koniach masowo wałęsających się po Irlandii, teraz la dolce vita polskich bezrobotnych. Jak to skomentował mój kolega po piórze, Jacek Rujna: "Tak jest zawsze, kiedy "imię i nazwisko do wiadomości redakcji" i kiedy bajędy o Irlandii wypisują warszawskie redakcje." Smutna prawda, niestety, tym bardziej gdy zauważy się wzmożone ostatnio zainteresowanie polskojęzycznych mediów w Polsce - Polakami w Irlandii. Aż strach pomyśleć, jaką wkrótce kolejną "prawdę" objawią nam dziennikarze w Polsce - i jakie to będzie miało reperkusje dla nas, żyjących dotychczas spokojnie w Irlandii w zgodzie ze swoimi irlandzkimi sąsiadami?

Nie wiem czy to przypadek, czy jakiś element szerszej akcji podburzania przez polskojęzyczne media tzw. "opinii publicznej" przeciwko Polakom w Irlandii, ale - kolejny przykład: parę tygodni temu gościłem przez tydzień w kRAJU. Jak już pisałem, przeglądając małopolską prasę trafiłem na taki rysunek: siedzący na obłoku Pan Bóg zwraca się do człowieka siedzącego na rusztowaniu: "Kiedy cię stwarzałem myślałem, że będziesz kimś więcej niż robotnikiem w Irlandii..." Rysunku nie chcę tutaj publikować /prawa autorskie, itd/, ale jeżeli ktoś chce go odszukać, to został on opublikowany w wydawanym w Krakowie "Dzienniku Polskim" nr 18 z 23.02.b.r. I tak sobie myślę: czy to jeszcze śmieszne, czy - już nie? Nie wiem co jest złego w byciu robotnikiem w Irlandii? Lepiej jest chyba być zwykłym "robolem" gdzieś na Zielonej Wyspie, niż bezrobotnym magistrem w kRAJu? Nie wiem też, po co pogłębiać wystarczająco bezsensowne stereotypy o "zmywakach"? Nie wiem też, dlaczego obiektem żartów w naszym kRAJu stają się robotnicy w Irlandii, a nie np. absolwenci wyższych uczelni pracujący na kasach w Tesco w Polsce? To, a nie tamto, jest dopiero "śmieszne", chociaż dla wielu jest to śmiech przez łzy...

Ciekawostką jest fakt, że zamieszczający takie "zabawne" rysunki Dziennik Polski to obecnie niemiecka gazeta dla Polaków. Nie wierzycie Państwo? Wystarczy choćby kilka kliknięć na Wikipedii: "Dziennik Polski – pismo codzienne wydawane od 4 lutego 1945 przez Spółdzielnię Wydawniczą "Czytelnik", od 1991 przez Wydawnictwo Jagiellonia SA, od 2011 przez Polskapresse.". Co to jest "Polskapresse"? Klikamy dalej i mamy: "Grupa Wydawnicza Polskapresse wchodzi w skład międzynarodowego koncernu Verlagsgruppe Passau i jest wydawcą 8 dzienników regionalnych (...), 4 tygodników ogłoszeniowych (...), tygodników regionalnych (...) bezpłatnego dziennika (...) oraz od końca czerwca posiada 100% udziałów w spółce Polski Dom Medialny, wydawcy Dziennika Polskiego (...) W skład grupy Polskapresse wchodzą także media internetowe." Brzmi groźnie, toż to niemal monopolista... Ale upewnijmy się, czym jest na pewno ten "międzynarodowy koncern Verlagsgruppe Passau". Jedno kliknięcie dalej i mamy: "Verlagsgruppe Passau GmbH – niemiecka grupa medialna założona w 2000 roku, obecna w Niemczech, Czechach i Polsce. Należy do niej Wydawnictwo Polskapresse."

Jak więc widać, niemieckie gazety dla Polaków coraz silniej kształtują opinię w Polsce, także poprzez zamieszczanie pozornie wydawałoby się niegroźnych i zabawnych rysunków dotyczących Polaków w Irlandii. Gdybym chciał snuć teorie spiskowe to mógłbym przypomnieć, że niemiecko - irlandzka przyjaźń jest znana nie od dzisiaj i że, kto wie, może taka tematyka w tym samym czasie w irlandzkich i niemieckich gazetach to nie przypadek, ale początek jakiejś większej akcji?

Oczywiście, gorąco wierzę że to tylko moje fantasmagorie, ale po 10.10.2010 żadna teoria nie wydaje mi się kompletnie niedorzeczna...

czwartek, 16 lutego 2012

Tłusty Czwartek z MyCork

Na zakończenie karnawału Stowarzyszenie MyCork zaprosiło Rodaków na "Tłusty Czwartek".

/Powyżej: Tłusty Czwartek z MyCork/

Impreza miała miejsce w salce na piętrze pubu Franciscan Well Brewery, która z trudem mieściła wszystkich chętnych. Każdy mógł bezpłatnie skosztować różnego rodzaju pączków i faworków, wziąć udział we wspólnym śpiewograniu, konkursie na Pączkożercę oraz Pączkomieszcza oraz na piosenkę lub wiersz o pączkach. W trakcie imprezy miała miejsce także loteria fantowa, z której dochód przeznaczono na pomoc dla małej Alicji która urodziła się z zespołem wad genetycznych CHARGE.

Więcej zdjęć z tej imprezy można zobaczyć TUTAJ.

"Tłusty Czwartek z MyCork" miał miejsce już po raz trzeci. Po raz pierwszy został zorganizowany w 2010 r., o czym pisałem TUTAJ.

środa, 15 lutego 2012

Ryszard Kapuściński: Cesarz

Właśnie skończyłem czytać "Cesarza" Ryszarda Kapuścińskiego, reportaż z 1978 roku, ale w wielu miejscach chyba ciągle aktualny...

Książka niewielka objętościowo, ale bogata, nazwijmy to - pojemnościowo. Na przykładzie ostatniego cesarza Etiopii Kapuściński odsłania mechanizmy władzy absolutnej w afrykańskim wydaniu. Cesarza obaliła komunistyczna junta wojskowa, ale w książce Kapuścińskiego niemal jej nie widzimy. Narratorami są osoby z bezpośredniego otoczenia dopiero co obalonego cesarza, które wspominają dawne dni, swoje godności i przywileje.

wtorek, 14 lutego 2012

Maurice Craig - Fifty Years of Photographing Architecture

W holu Miejskiej Biblioteki przy Grand Parade w Cork ma obecnie miejsce wystawa "Maurice Craig - Fifty Years of Photographing Architecture".

/Powyżej: fragment wystawy w bibliotece/

Maurice Craig to urodzony w 1919 w Belfaście autor wielu książek o szerokiej tematyce. Interesował się również architekturą - i fotografią, dzięki czemu od 1940 roku zrobił wiele tysięcy zdjęć różnego rodzaju budynków w Irlandii. w 2001 roku przekazał swoje zbiory do Irish Architectural Archive. Maurice Craig zmarł w maju ubiegłego roku.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Białe słońce pustyni

To film kultowy w byłym ZSRR. W dodatku - był obowiązkowo oglądany przez kosmonautów niemal bezpośrednio przed startem. Obejrzałem - i nie rozumiem dlaczego osiągnął taki status. Ale być może jest to tak jak z naszym "Rejsem", raczej niezrozumiałym dla innych nacji.

O tym, że "Białe słońce pustyni" jest obowiązkową filmową pozycją serwowaną kosmonautom przed startem, dowiedziałem się z dopiero co przeczytanej książki Mirosława Hermaszewskiego "Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty", w której pisał: "Zapraszają nas na film "Białe słońce pustyni", który tradycyjnie już prezentowany od lat, ma załogę wprawić w dobry nastrój. Wszyscy się śmieją. Ja też, chociaż tak naprawdę nie jestem w stanie śledzić zawiłości obyczajów ludzi Południa, bo film oglądamy z przerwami, gdyż tuż po śniadaniu zaaplikowano nam lewatywę". Mówił o tym też w jednym z wywiadów prasowych: "Przed startem musiałem obejrzeć film "Białe słońce pustyni" o rewolucji w azjatyckiej części ZSRR. Dlaczego ten - nigdy się nie dowiedziałem. Wszyscy radzieccy kosmonauci przed startem go oglądali".

Tak więc gnany ciekawością - obejrzałem go wczoraj wieczorem. Jest to radziecki film z 1970 roku w reżyserii Władimira Motyla. Treść: Fiodor Suchow, sierżant czerwonej armii, po latach wojaczki wraca do domu. Idzie przez pustynię, układając sobie w głowie wyimaginowane listy do, chyba, żony. Po drodze niechcący wplątuje się w historię, w wyniku której musi bezpiecznie odprowadzić porzucone żony z haremu jakiegoś lokalnego watażki. Kobiety są całkowicie podporządkowane arabsko/muzułmańskiej tradycji w której żyły, krasnoarmijec Suchow usiłuje im przekazać garść haseł w stylu "Precz z zabobonami. Kobieta też człowiek", itp., ale nie bardzo mu się to udaje. Pod koniec nieco pozytywnych bohaterów zginie, negatywnych zresztą też, a Suchow pójdzie w dalszą drogę do domu.

Jak napisałem, nie wiem, co w nim było śmiesznego i dlaczego "miał wprawiać załogę /kosmonautów/ w dobry nastrój". Być może wynika to jednak z odrębnego kręgu kulturowego, innej historii i tradycji w jakiej zostałem wychowany. Dla mnie to film taki sobie, a tak po prawdzie - to kompletnie nijaki. Ale skoro oglądali go sowieccy kosmonauci, to może coś w nim jest? Zainteresowanych - zachęcam do obejrzenia i podzielenia się swoją opinią.

niedziela, 12 lutego 2012

Mirosław Hermaszewski: "Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty"

Mirosława Hermaszewskiego nikomu przedstawiać nie trzeba - to pierwszy i jak na razie jedyny Polak, który w 1978 r. odbył lot w kosmos. O tym locie, oraz o całym życiu Polaka - kosmonauty, można przeczytać w jego niedawno wydanej książce.

We wstępie Mirosław Hermaszewski pisze m.in.: "Napisałem tę książkę z wielu powodów, a przede wszystkim po to, aby przypomnieć wydarzenia z czerwca 1978 roku, o których mówiła cała Polska i które zauważył cały świat. Co prawda wielu uczyniło to przede mną. Prześcigano się w gloryfikowaniu tego niezwykłego wydarzenia. Jednak autorzy publikacji nie zajrzeli głębiej do mojego życiorysu, nie usiłowali dotrzeć do mych przeżyć i uczuć. Zresztą było to zbędne. Kiedy zmagałem się z nieważkością, wówczas w iście kosmicznym tempie drukowano broszury i książki. Zawczasu wykreowano sylwetkę kosmonauty. Miał być człowiekiem bez skazy, bez słabości - supermanem, który szedł przez życie prosto, bez przeszkód, do obranego celu. Ewentualne trudności miażdżyło opiekuńcze Państwo. Coś w tym jednak było, bo gdyby Państwo nie stworzyło możliwości rozwijania talentów, czyli finansowania, to pewnie pozostałbym w małym miasteczku, pracując jako referent, może maszynista, bo parowozy zawsze mi imponowały."

250 stron, sporo zdjęć. Styl w którym napisana jest książka wydaje mi się nieco sztywny, ale wynagradza to treść. Mirosław Hermaszewski opisuje całe swoje życie, od ocalenia z rzezi na Wołyniu dokonanej przez UPA, poprzez śmierć ojca, repatriację, pierwsze zainteresowania modelami samolotów, w końcu loty - od szybowca do odrzutowca. Dalej bardzo ciekawy opis najpierw selekcji a następnie półtorarocznego treningu w Gwiezdnym Miasteczku do odbycia 8-dniowej misji w kosmosie i szczegółowy opis samej misji. A następnie wszystko to, co wydarzyło się po - a więc, cytując za "Rejsem", autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy, ale także o, jak to nazywa Hermaszewski, "ciemnej stronie orbity", pisząc m.in.: "W 2008 roku na scenie politycznej pojawili się mało wyraziści politycy z pomysłami ukarania mnie, ale za co? - odebrania stopnia wojskowego, pozbawienia emerytury za lata służby. Przywołam w tym miejscu Stanisława Lema, który powiedział: "Gdyby Hermaszewskiego na orbitę wyniosła rakieta francuska czy amerykańska, to na pewno mielibyście do niego więcej sympatii". No cóż, "pech" Hermaszewskiego polega na tym, że wyniosła go rakieta radziecka.

Z drugiej strony, Hermaszewskiemu trzeba oddać honor, że w książce, która napisał już jako emeryt, nie próbuje udawać kogoś innego, jego sympatie są raczej oczywiste. Można się z nim nie zgadzać, ale jest w tym przynajmniej uczciwy, w przeciwieństwie do całej masy innych, pośpiesznie przefarbowanych, nazwijmy to "uczestników życia polityczno - kulturalnego" w Polsce po 1989 r.

Tak czy owak: pierwszy i jedyny Polak-kosmonauta poleciał w kosmos w 1978 roku, czyli 34 lata temu. Kiedy poleci następny?

piątek, 10 lutego 2012

Przygotowania do Dni Kultury Chrześcijańskiej w Cork

Wczoraj w The Market Tavern w Cork miało miejsce pierwsze spotkanie wolontariuszy i sympatyków MyCork, organizujących tegoroczne Dni Kultury Chrześcijańskiej.

/Powyżej: spotkanie wolontariuszy w sprawie DKCh/

DKCh w Cork zaplanowano na przełomie kwietnia i maja b.r. Wstępny program jest bardzo szeroki, o szczegółach napiszę wkrótce. Zapraszam już teraz do "polubienia" strony DKCh na FB: KLIK.

O pierwszych Dniach Kultury Chrześcijańskiej w Cork można przeczytać TUTAJ, o drugich - TUTAJ.