sobota, 22 sierpnia 2009

Jak to się robi

Właśnie obejrzałem film pt.: "Jak to się robi" w reżyserii Marcela Łozińskiego. Jest to dokument pokazujący kulisy działania różnej maści młodych politycznych karierowiczów w Polsce, którzy wiedzą, że tak naprawdę w osiągnięciu sukcesu w polityce od poglądów ważniejsze jest odpowiednie wyszkolenie.

"Piotr Tymochowicz - doradca medialny - postanowił udowodnić, że z każdego człowieka można ulepić polityka" - głosi napis otwierający film. Czy mu się udało? Do pewnego stopnia - niestety tak...

Film zaczyna się od castingu, na którym wybiera się grupę osób chcących wejść "w politykę". Piotr Tymochowicz zaczyna szkolenie od nauki odpowiedniej gestykulacji. Jako żywo przypomniały mi się niektóre moje zajęcia na politologii, gdy o Tymochowiczu jeszcze nikt nie słyszał. Też nas uczono (i studentów politologii zapewne uczy się nadal) jak za pomocą odpowiednich gestów zapanować np. nad agresywnym rozmówcą zadającym niewygodne pytania gdzieś z sali ;-)

Po tym pierwszym treningu Tymochowicz wyprowadza swoich uczniów "w miasto" aby "trenowali" podczas prawdziwej manifestacji. Okazją do tego jest Międzynarodowy Dzień Chorego. Tutaj już zaczyna się cynizm - gdy jeden z być może przyszłych polskich polityków, będąc całkowicie zdrowym - zakłada kołnierz ortopedyczny, co ma mu dodać wiarygodności. Na tej manifestacji "uczniowie" po raz pierwszy publicznie zabierają głos, ucząc się manipulować tłumem. Dalej jest coraz bardziej cynicznie: "uczniowie" biorą udział w spotkaniu z grupą niepełnoprawnych, gdzie kreują się na niezależną, spontanicznie powstałą grupę mającą szczytne cele.

To była tylko rozgrzewka. Piotr Tymochowicz razem ze swoją grupą żądnych władzy "młodych wilków" organizuje własną manifestację antywojenną, połączoną z protestem przeciwko wojnie w Iraku. Oczywiście pojawiają się jak zawsze plakaty z zapłakanymi dziećmi - wiadomo, co działa na psychikę. Ale dla mnie najbardziej wstrząsający jest moment, kiedy na tej manifestacji głos zabiera Irakijczyk mieszkający w Polsce, który autentycznie ociera łzy ze wzruszenia, nie zdając sobie sprawy z tego, że bierze udział w wyreżyserowanym widowisku, które jest niczym więcej jak tylko poligonem szkoleniowym dla garstki kandydatów na polityków. Tłum równie łatwo daje się sterować wykrzykując infantylne hasła podrzucane przez uczniów Tymochowicza: "Hop hop - wojnie stop", itp.

Następnie "młode wilki" są przez Tymochowicza zabierani m.in. na spotkania z politykami z najwyższej (wtedy - 2004 r.) półki, czyli Millerem i Lepperem. Z tym ostatnim udaje im się nawet umówić na bardziej prywatne spotkanie, na którym "młode wilki" dążą do zdystansowania młodzieżówki Samoobrony i wskoczenia na jej miejsce. Mówią przekonująco, ładnie gestykulują, tyle że Lepper to jednak stary wróbel i na plewy się nabrać nie daje, chociaż oczywiście przytakuje "młodym wilkom" ;-)

"Młode wilki" pod wodzą swojego guru przypuszczają atak na media: występują w jednej ze stacji radiowych, gdzie ogłaszają dzień 15 stycznia 2004 r. początkiem "Rewolucji Kreatywnej" - a siebie z kolei ogłaszają... rewolucjonistami. Udaje im się zgromadzić wokół siebie grupę młodych ludzi, być może - zalążek przyszłej partii...

Część z uczestników tego eksperymentu zdaje sobie jednak sprawę, że zabrnęło za daleko - i wycofują się. Inni - brną dalej.

Wkrótce wyłoniony zostaje lider, któremu Tymochowicz poświęci całą uwagę. Ów lider zgodnie ze wskazówkami swojego mistrza zaczyna dążyć do założenia nowej partii lewicowej, próbując w tym celu rozbić młodzieżówkę SLD - co mu się nie udaje, a następnie wejść w młodzieżowe struktury Samoobrony - co mu się udaje...

- Będziesz moim prezydentem? - pyta w ostatniej scenie dziennikarz
- Tego nie wiem. Życie pokaże - odpowiada wykreowany przez Piotra Tymochowicza lider.

piątek, 21 sierpnia 2009

Polski chleb w Cork (24): "Chleb z ziarnem dyni"

Dzisiaj na chwilę znowu wracam do mojej blogowej sagi o polskich chlebach w irlandzkim Cork ;-)

Prezentowany powyżej "Chleb z ziarnem dyni" to pierwszy chleb jaki udało mi się kupić w Cork - który został importowany z Polski, a nie upieczony na miejscu. Jak czytamy na etykiecie, chleb został "wyprodukowany" - tak, wyprodukowany a nie wypieczony, z mieszanki piekarniczej przez Polskie Młyny S.A. Zakład w Płońsku.

W jego składzie znajduje się m.in.: regulator kwasowości: kwas cytrynowy, emulgator: stearoilomleczan sodu, kwas: kwas mlekowy, regulator kwasowości (znowu?): octan wapnia, enzymy, środek do przetwarzania mąki: kwas askorbinowy. Czasami lepiej nie czytać etykiet...

Z drugiej strony, na polskich chlebach pieczonych (produkowanych?) w Irlandii nie ma tak szczegółowych informacji. Pytanie: nie ma, bo nie używają chemii, czy nie ma - bo nie podają tego na etykietach?

czwartek, 20 sierpnia 2009

Marcin Lisak: "Dwie fale. Przewodnik duchowy emigranta"

"Dwie fale. Przewodnik duchowy emigranta" o. Marcina Lisaka to pierwsza książka napisana przez polskiego duchownego adresowana do Polonii w Irlandii.

/Na zdjęciu: okładka książki wraz z autografem Autora/

"Dwie fale. Przewodnik duchowy emigranta" to zbiór przemysleń o. Marcina Lisaka, polskiego duchownego mieszkającego w Irlandii. Książka składa się w zasadzie z trzech części: artykułów, felietonów i homilii.

O. Marcin Lisak gościł w Cork m.in. podczas organizowanych przez Stowarzyszenie MyCork w dniach 25 - 28 czerwca b.r. Dni Kultury Chrześcijańskiej, podczas ktorych m.in. miało miejsce spotkanie pt.: "Chrześcijanin na emigracji", prowadzone przez o. Mariusza Lisaka.

Marcin Lisak, ur. w 1975 r. w Rzeszowie – dominikanin, dziennikarz, socjolog, teolog. Od 2 lat mieszka w Dublinie i jest duszpasterzem Polaków oraz Irlandczyków. W październiku 2007 został doktorem nauk humanistycznych w zakresie socjologii. W stolicy Irlandii studiuje i prowadzi badania naukowe w ramach Irish School of Ecumenics w Trinty College. Działa m.in. w Sociological Association of Ireland i Amnesty International Ireland. Współpracuje z polskimi mediami w Irlandii. Publikuje m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”. W latach 2003–2005 był zastępcą redaktora naczelnego Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie.

MyCork: spotkanie redakcji portalu

W środę, 19 sierpnia b.r., redakcja portalu www.MyCork.org spotkała się, jak co miesiąc, w celu omówienia bieżących spraw redakcyjnych.

/Na zdjęciu: uczestnicy spotkania/

W trakcie spotkania przeanalizowano m.in. techniczne zagadnienia związane z publikacją tekstów na portalu.

środa, 19 sierpnia 2009

Chamstwo w (internetowym) państwie

Ostatnio przez polskie media przetoczyła się dyskusja o chamstwie w internecie. Problem niewątpliwie istnieje, ale tkwi on nie tyle w internautach piszących owe wulgaryzmy, co w tych, którzy na takie zachowania pozwalają.

Zresztą, same portale w pogoni za klikalnością - co ma proste przełożenie na kasę - potrafią swoim zachowaniem zszokować. Dla przykładu: swego czasu zdarzało mi się publikować w jednym z serwisów należących do Interii. Umieściłem tam kilkadziesiąt tekstów, w tym m.in. tekst o obchodach Dnia św. Patryka w Irlandii. Tekst zamieściłem w połowie lutego, tytuł banalny: "Zbliża się Dzień św. Patryka". Przez prawie miesiąc przeczytało go może kilkaset osób, nie więcej. W końcu - nie pisałem o niczym kontrowersyjnym, więc wiadomo: nuda, brak akcji. Tuż przed świętem którego tekst dotyczył, jakaś redaktorzyna z Interii zapodała link do niego na głównej stronie portalu. Tyle, że pod zmienionym tytułem. Jaki był ten zmieniony tytuł? Nie uwierzycie: "Święto pijanego emigranta". Oczywiście - tytuł zmieniono bez mojej wiedzy, bo o braku zgody chyba dodawać nie muszę. Szok. Tekst w ciągu jednego dnia przeczytało parę tysięcy osób, z czego część posypało gromy na moją głowę. Oczywiście: natychmiast napisałem e-maila do Interii z żądaniem przywrócenia mojego tytułu lub usunięcia tekstu. Jednego, za chwilę drugiego i trzeciego. Bez rezultatu. Dopiero następnego dnia link z tym wulgarnym tytułem zniknął z głównej strony portalu. Jak łatwo się domyśleć, nikt z Interii nie poczuwał się, żeby przeprosić za tę sytuację. Po tej akcji definitywnie zakończyłem współpracę z tym portalem.

Dodam, że to powszechna praktyka w tego rodzaju "portalach". Tytuł może być wyssany z brudnego palucha, byleby przyciągał "klikaczy". Jak nazwać takie zachowanie portalu? Jak dla mnie - to chamstwo w czystej postaci. Ryba psuje się od głowy. Stąd - ja sam praktycznie już nie wchodzę na żadne polskie portale. Interesujące mnie treści dostarcza mi Google Reader i Google News. I wystarczy. Mam nadzieję, że takich osób jest coraz więcej i portale podcinają gałąź na której siedzą. A jeżeli się mylę, no to cóż - jest to mój prywatny jednoosobowy bojkot portali ;-)

Chamstwa w sieci by nie było, gdyby nie było anonimowości - często pozornej, ale jednak. Gdyby każdy przy pisaniu tego czy owego komentarza musiał się podpisać i ujawnić swój wizerunek - zastanowiłby się kilka razy przed kliknięciem na "wyślij". Anonimowość daje poczucie bezkarności. Z drugiej strony - bez anonimowości internet nie byłby tym, czym jest. Ja co prawda zawsze podpisuję się imieniem i nazwiskiem pod tym co napisałem, ale doskonale rozumiem motywy tych, którzy chcą pozostać w cieniu.

Dlatego jedyną tamą dla internetowego chamstwa jest zdecydowane działanie moderatorów połączone ze współpracą użytkowników. Trudno wymagać od moderatorów żeby czytali każdy wpis na forum, ale przy każdym wpisie powinien znajdować się link służący zgłoszeniu do moderatora posta, który narusza netykietę. A dalej już prosto: ostrzeżenie, później ban, następnie - usunięcie konta. W przypadku portali - także usunięcie skrzynki e-mail, galerii, czy co tam sobie owy troll na portalu założył. Gwałt niech się gwałtem odciska. Innej drogi - nie ma...

Skuteczność takiego działania można zaobserwować u blogerów, którzy już dawno wzięli się za porządki na swoim podwórku. W końcu tak jak nikt nie chce mieszkać w bloku z obsmarowaną w wulgaryzmy klatką schodową, tak i nikt nie chce tolerować chamstwa na swojej prywatnej stronie. Na porządnych blogach żadnych komentarzy tego typu nie zobaczycie, bo ich autorzy mają szacunek do swoich Czytelników - i siebie samych.

I o to chodzi.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Polski akcent w kościele w Cork

W niedzielę, 16 sierpnia b.r., kościół oo. Augustianów w Cork, w którym odbywają się msze w języku polskim, wzbogacił się o polski akcent: kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej podarowaną przez jednego z wiernych.

/Na zdjęciu: moment zawieszenia obrazu w trakcie niedzielnej mszy/

niedziela, 16 sierpnia 2009

MyCork: Warsztaty Rękodzieła. Wyplatanie z wikliny.

W ramach Festiwalu Kultury Polskiej w Cork Stowarzyszenie MyCork chce zorganizować kiermasz, z którego dochód będzie przeznaczony na działalność Society of Saint Vincent De Paul w Cork. W tym celu od dzisiaj, przez kolejne 12 niedziel w NASC będą miały miejsce Warsztaty Rękodzieła organizowane przez MyCork.

/Na zdjęciu: część uczestników dzisiejszych warsztatów/

Dzisiaj, na pierwszym spotkaniu, członkowie i sympatycy MyCork spotkali się w NASC i wspólnie wyplatali wiklinowe kule. Na kolejnych spotkaniach wszyscy chętni będą mogli wykonać (a przy okazji - nauczyć się tego) m.in. biżuterię, okolicznościowe kartki, figurki z masy solnej, ozdoby świąteczne, itp.

Stowarzyszenie MyCork zaprasza wszystkich zainteresowanych i chcących spróbować swoich sił w rękodzielnictwie - a jednocześnie wesprzeć szlachetny cel - na kolejne warsztaty które będą miały miejsce w każdą niedzielę, do 8 listopada włącznie, w godz. 14.00 - 17.00, w siedzibie NASC przy 35 Mary Street w Cork. Udział w zajęciach jest bezpłatny i wszystkie potrzebne materiały będą na miejscu.

sobota, 15 sierpnia 2009

Obyś żył w ciekawych czasach

- głosi znana starożytna chińska klątwa. Jakie były "najciekawsze" czasy w Polsce? Jak dla mnie - lata 90-te ub.w. Znacie to? Znamy. No to posłuchajcie...

Pierwsza połowa dekady lat 90-tych zaczęła się, w dużym uproszczeniu, u schyłku dekady poprzedniej, rozmowami w Magdalence i obradami Okrągłego Stołu, gdzie ówcześnie rządząca ekipa, zwana później "ludźmi honoru" (?) w obliczu nadciągającego gospodarczego krachu oddała władzę tzw. opozycji, sama gwarantując sobie zawczasu stołki z tłustymi pensjami w różnych "byznesach". Oczywiście wszystko to było możliwe tylko dzięki przyzwoleniu z Sowieckiego Sojuza, w którym Gorbaczow zarządził głasnost i pierestrojkę, więc opowieści że ktoś tam z kimś innym obalił komunę - można między bajki włożyć.

Później elektryk został prezydentem a tzw. masy pracujące miast i wsi szybko na własnej skórze odczuły realia kapitalizmu, chociaż na początku jeszcze trwał karnawał. Zanim Wałęsa został prezydentem, nie sposób pominąć lekcji demokracji jaką dostaliśmy dzięki Tymińskiemu. Niewiele brakowało żeby to ten facet, który wyskoczył jak królik z kapelusza, został prezydentem. Nikt nie traktował go poważnie, a tu proszę, okazuje się że wtedy w Polsce prezydentem mógł zostać praktycznie każdy...

Byłem wówczas w szkole średniej, kończyłem technikum (bo przecież politolog to hobby, a nie zawód, a każdy facet powinien jednak jakiś zawód posiadać) i doskonale pamiętam ten entuzjazm, że oto będziemy mieli kapitalizm i na każdego spłynie deszcz dolarów. Deszcz spłynął, ale dla większości był to tylko "złoty deszcz"... Na marginesie: w czerwcu 89 r. do pełnoletności brakowało mi parę miesięcy, stąd nie przyłożyłem ręki do tamtego "obalania komuny". Niestety, a może na szczęście - nie wiem...

Pamiętam też wieszanie krzyży gdzie się dało - od sal sejmowych po sale szkolne, pomimo że rzekomo żyliśmy w państwie świeckim. No ale, wtedy w Polsce nadawały ton osoby pokroju Goryszewskiego, który wypowiedział słynne zdanie: "Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka".

Potem wiadomo: sprzedawanie czego się dało, w dodatku w myśl zasady że dana fabryka warta jest tyle, ile ktoś chce za nią zapłacić, przy czym z reguły sprzedawano to, co dochodowe, a nie dochodowe - likwidowano. Miało to swoją logikę? Miało, ale można było też spróbować odwrotnie: to co dochodowe zatrzymać dla państwa, a sprzedawać to co niedochodowe, bo w końcu to prywatny właściciel był bardziej efektywny - więc zapewne to co niedochodowe pod jego zarządem wkrótce dochodowym by się stało. Sprzedawało państwo, sprzedawali ludzie, najczęściej z gazety na chodniku lub polowego łóżka. Kto miał wtedy łeb, szybko się dorobił, ale nie każdemu się udało ten majątek utrzymać, bo fiskus wkrótce się otrząsnął i przystąpił do kontrataku.

Pierwsze afery z Grobelnym i Art B w roli głównej, fundowanie policji samochodów przez różnej maści szemranych biznesmenów, chodzenie pod rękę gangsterów z politykami, w wyniku czego ci ostatni nawet tracili życie (Sekuła, Dębski), zresztą tak naprawdę trudno było wtedy odróżnić, kto jest gangsterem a kto politykiem. W tej materii niewiele zmieniło się do dzisiaj...

W międzyczasie skuteczne zatrzymanie lustracji, co odbija nam się czkawką do dzisiaj (Wielgus), przeróżne "wojny na górze", "wzmacnianie lewej nogi", "falandyzacja prawa", itp., itd. a to wszystko w rytm "muzyki chodnikowej" czyli disco - polo, której nikt nie nadawał ale którą niemal wszyscy słuchali, chociaż większość się do tego nie przyznaje. Tak, to były ciekawe czasy...

Później, po wyborze Kwaśniewskiego i przy AWS-owskich rządach nie było już może tak spektakularnie, za to państwo powoli, acz skutecznie, wzięło za pysk swoich obywateli. Przytoczę tutaj cytat z tekstu jednego z emigrantów mieszkającego obecnie w Australii, znanego pod nickiem "Stary Wiarus": "Nie cierpię (jeszcze) na sklerozę. Pamiętam świetnie, w jakim fantastycznym stylu niepodległa i suwerenna Rzeczpospolita Polska przetrąciła kręgosłup setkom tysięcy lokalnych inicjatyw biznesowych polskich ciułaczy krajowych, we wczesnych latach 90. Dla przypomnienia tym, którzy woleliby zapomnieć: ustawę o działalności gospodarczej Wilczka-Rakowskiego, wprowadzoną w ostatnich drgawkach PRL, wolna Rzeczpospolita uznała za zanadto liberalną. Eksplozja inicjatywy handlowo-przemysłowej Polaków po 1989 roku, potencjalnie zdolna napędzać wprost fantastyczne tempo rozwoju przez następne 50 lat, została szybko i sprawnie zahamowana. Ludzka inicjatywa została zaduszona przez państwo, przy pomocy systemu podatkowego i oszalałej biurokracji godnych carycy Katarzyny. Na skutek tego wspomnienia, nie uwierzę w żadną zasadniczą reformę biurokracji RP, dopóki nie zobaczę na bruku, z wilczym biletem na zatrudnienie w sektorze publicznym, w kolejce po darmową zupę Caritasu, co najmniej połowy spośród ponad 600 000 urzędników RP."

Nic dodać, nic ująć...

Na koniec, element artystyczny, piosenka Kazika Staszewskiego pt. "Jeszcze Polska" z wczesnych lat 90-tych:

"Coście skurwysyny uczynili z tą krainą
Pomieszanie katolika z manią postkomunistyczną
Ci modlący się co rano i chodzący do kościoła
Chętnie by zabili ciebie tylko za kształt twego nosa
(...)
W każdym jednym towarzystwie tylko mowa o pieniądzach
Przedsiębiorcy się bogacą, ale coraz brudniej w kiblach
Na ulicy pod pałacem smród handlarzy się unosi
Piją plują i rzygają i sprzedają w międzyczasie
(...)
Starszy człowiek w barze mlecznym je kartofle z ogórkami
Całe życie tyrał w hucie a do huty dokładali
Cała jego ciężka praca, wszystko było chuja warte
Gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę
(...)
W samochodach przy chodnikach z lustrzanymi okularami
Siedzą groźni i ponurzy z gazowymi naganami
Tu złodzieje okradają wszystkich którzy się ruszają
I nie myślą o policji, bo ci teraz spowiedź mają

Czasy rodzą się na nowo o pięćdziesiąt lat za późno..."

Ech, tak było... A jak jest? Zmieniło się bardzo? Trochę na pewno. Ot choćby od trzech tygodni nie ma już "handlarzy pod pałacem" - o których śpiewał Kazik, przypomnę, na początku lat 90-tych. 21 lipca b.r. komornik przy pomocy ochrony (nielegalnie) i policji (legalnie) wyrzucił sprzedających tam handlarzy (czy też "kupców", jak kto woli).

A poza tym? Bez większych zmian, sama kosmetyka...

piątek, 14 sierpnia 2009

Ile jest Polski w Polsce?

"Ile jest cukru w cukrze" - próbował rzekomo dociec bohater polskiej komedii "Poszukiwany, poszukiwana". Dzisiaj można sobie zadać ważniejsze pytanie: "Ile jest Polski w Polsce?"...

Gdziekolwiek by nie spojrzeć, wszystkie większe firmy w Polsce są już w rękach tzw. "obcego kapitału". Czy to źle, czy dobrze? Na pewno dobrze dla owego obcego kapitału. Dla Polaków w Polsce - już jakby mniej.

Za każdym razem będąc w Polsce, ("Wpadam do Soplicowa, jak w centrum polszczyzny; Tam się człowiek napije, nadysze Ojczyzny!" - Pan Tadeusz, Księga VII) chcę spróbować prawdziwie polskiego piwa, przeczytać polską gazetę, kupić polskie produkty. No nie da się, po prostu...

Czy jest w Polsce coś, na czym możemy nakleić etykietę: "100% Polskie"? Nawet polski burak sprzedawany w hipermarkecie zachodniej sieci traci swoją dziewiczą "polskość", skoro zyski z jego sprzedaży i tak trafią za granicę. Pomijając już fakt, że większość sprzedawanych tam warzyw i owoców ma z Polską tyle wspólnego, że przy ich zbiorach pracowali Polacy - gdzieś za zachodnią granicą Przenajświętszej Którejś Tam RP.

W internecie też nie lepiej: "Nasza Klasa" jest już estońska a "Gadu Gadu" z kolei południowo - afrykańskie. Polski pozostaje chyba tylko koncern medialny o. Tadeusza Rydzyka, zbudowany dzięki ofiarom emerytów i rencistów...

Ja rozumiem, globalizacja, kapitał, każdy chce zarobić, etc. Ale czy "o takie Polskie" chodziło?

czwartek, 13 sierpnia 2009

Szukanie źbła w cudzym oku

Dzisiaj po raz kolejny przeczytałem kretyński tekst o polskich emigrantach. Autor, jak zwykle, pisze z Polski i nosa poza Ojczyznę nie wysunął, nie przeszkadza mu to jednak w wyszukiwaniu źdźbła w cudzym oku, nie widząc belki która tkwi w jego własnym...

Źródła przytaczał nie będą, coby nie robić niezasłużonej reklamy kolejnemu netowemu pisarczykowi, który to pisarczyk jest zresztą dość popularny, co tym bardziej budzi moje zdumienie, że tak znana postać może pisać takie bzdury. Zresztą, teksty o emigrantach są jak pisane przez kalkę: wyjechali nieudacznicy, którzy pracują co najwyżej na zmywakach i swoim karygodnym zachowaniem psują dobre imię Polski. Ręce opadają...

Ci "nieudacznicy", do których piszący te słowa również się zalicza, więcej zrobili dla Polski niż wszyscy polscy politycy razem wzięci. "Wyjechani" od 2004 r. wpompowali do Ojczyzny więcej kasy, niż wszyscy zagraniczni inwestorzy. Aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby nagle te 3 miliony (jak nie więcej) "nieudaczników" nagle wróciło do Polski... Koniec kasy z zagranicy, bezrobocie pionowo w górę. Ludzie wyjechali z Polski dzięki czemu dla tych, którzy zostali, nagle "powstały" (czy raczej: pozostały) miejsca pracy. Oczywiście: PIS-owscy politycy w telewizyjnych reklamówkach zasługę przypisali sobie, twierdząc, że to za ich rządów bezrobocie zmalało. No, niby tak, ale uczciwie by było też wspomnieć, że zmalało tylko dlatego, że za ich rządów ludzie wyjechali. Zresztą, za kolejnych POrząd(k)ów - także...

Ci, którzy wyjechali, nie obciążają polskiego systemu socjalnego i służby zdrowia, nie zużywają polskich dróg i nie absorbują uwagi polskiej policji. Za to: pompują do Polski tłuste euro i funty przesyłane swoim bliskim, które to tłuste euro i funty ich bliscy wymieniają na złotówki w polskich kantorach, a następnie te pochodzące z euro i funtów złotówki wydają w Polsce, dając zatrudnienie całej armii polskich pracowników: od tych z kantorów po tych w urzędach.

Kolejne kretyńskie uwagi: ci którzy wyjechali pracują "na zmywakach", czyli wykonują pracę poniżej swoich kalifikacji. I co z tego? Czy raczej - co komu do tego? Pomijam już fakt, że bardzo często jest odwrotnie i ja sam widziałem mnóstwo "awansów społecznych": ze sprzątaczki w Polsce na supervisora w Irlandii. Zresztą, o czym tu pisać: ja sam w 2004 r. szukając pracy w Krakowie dostałem tylko następujące oferty: roznoszenie ulotek, parkingowy i odśnieżanie terenu wokół dworca PKP. Czyli - typowe oferty "na zmywak". Ja wiem, że wtedy bezrobocie w Polsce sięgnęło dna, ale - jednak. Żadna praca podobno nie hańbi, ale wynagrodzenie - owszem, upokarzające być potrafi. Stąd nic dziwnego, że ludzie "zagłosowali nogami". Z drugiej strony: mało to różnych magistrów w Polsce siedzi na kasach w Tesco? Tym się zajmijcie, a nie emigrantami, którzy ze swojego zmywaka mogą realizować marzenia, których w Polsce nawet nie mieli...

Kolejne zarzuty: że Polacy za granicą swoim zachowaniem przynoszą wstyd Polsce. Co proszę? Wstydem jest przede wszystkim to, że z Polski musiało wyjechać tylu ludzi... Owszem, zawsze się paru matołów trafi - o czym ja sam na tym blogu nie raz pisałem. Ale większość negatywnych zachowań, których tak naprawdę był ledwie promil w porównaniu z ilością Polaków np. w Irlandii - miała miejsce w ciągu pierwszych 2 lat po otwarciu granic. Wtedy z Polski dało nogę m.in. sporo osób żyjących na "bakier" z prawem. Ale w ciągu kolejnych lat albo ich wyłapano (czy to w Irlandii - czy na lotniskach w Polsce), albo ci którzy mieli to i owo na sumieniu - wstąpili ponownie na drogę cnoty i żyją tutaj przykładnie, doceniając szansę jaką dostali i nie wychylają się, coby nie wrócić do Polski w "obrączkach". Ale, podkreślę, takich ludzi było ułamek procenta. Teraz sytuacja jest zupełnie odmienna. Popatrzcie np. na taką polska społeczność w Cork, drugim co do wielkości mieście w Irlandii: jest to duża, ale spokojna grupa, nie słychać tutaj o żadnych ekscesach z polskim udziałem, ludzie ciężko pracują, w wolnych chwilach udzielają się społecznie, podróżują, etc. Zresztą większość już ściągnęła lub założyła rodziny, tutaj urodziły im się dzieci, itp.

Ci, którzy mieszkają tutaj od kilku lat - w dużej części już tutaj zostaną. Informacje o rzekomych masowych powrotach do Polski, jak to przedstawiają polskie media - to bzdura. Nikt "masowo" nie wraca, a przynajmniej - są to powroty co najwyżej na takim samym poziomie jaki był w ciągu poprzednich lat. Ba, zaobserwowano już zjawisko "re-emigracji": ludzie wyjechali do Polski, zobaczyli jak jest, i spakowali się z powrotem. Względnie - wyjechali do kolejnego kraju. Natomiast niewykluczone, że mniej ludzi przyjeżdża np. do Irlandii, co jest zrozumiałe z racji nasycenia rynku, i - co tu kryć - kryzysu. Ale kryzys w Irlandii czy w Anglii a kryzys w Polsce - to są dwa zupełnie różne kryzysy...

Więc o co tak naprawdę chodzi? Skąd to niezdrowe podniecanie się niektórych Rodaków w Polsce - emigrantami z Polski? Tym bardziej, że np. Polacy w Irlandii jakoś niespecjalnie debatują o sytuacji w Polsce - a byłoby o czym - tylko zajmują się własnymi sprawami.

Nie ma sensu szukać źdźbła w cudzym oku, gdy we własnym tkwi belka...