Złotousty polski premier, Słońce Peru, obiecał że w naszym kRAJU będzie druga Irlandia. Niestety, Irlandii w Polsce ciągle nie ma, za to z Irlandii robi się druga Polska...
Z powodu banskterskiego kryzysu, pracodawcy mają pretekst żeby zamrozić, czy wręcz obniżyć płace. Samą pracę, przynajmniej tę dla najmniej wykwalifikowanych, coraz częściej dostaje się "po znajomości", stąd całe fabryki w Eire to obecnie "family business", biznes rodzinny gdzie pracują całe tabuny kuzynów, wujków i pociotków, że o bliższej rodzinie nie wspominając. Każdy o tym wie, nikt głośno nie mówi.
Mało tego, w co niektórych irlandzkich manufakturach, pomimo prestiżowego loga umieszczonego nad fabryczną halą, stosuje się metody rodem z kapitalizmu made in Poland lat 90-tych ub. wieku. Niedługo robotnikom przy irlandzkich fabrycznych taśmach każą pampersy zakładać, jak pewna portugalska firma polskim kasjerkom...
Ramię w ramię z pracodawcami idzie irlandzki rząd. Zresztą, nie wiadomo czy jest to ramię w ramię, czy bardziej pod dyktando, niemniej - coś jest na rzeczy, a przynajmniej wydaje się, ze irlandzcy politycy pobierali lekcje u swoich polskich kolegów. Weźmy choćby (nie)sławny program JobBridge, który miał umożliwić zdobycie kwalifikacji przez bezrobotnych żeby następnie zostać zatrudnionym u pracodawcy u którego odbyli ten staż. Problem w tym, że nikt nie był specjalnie zainteresowany bezrobotnymi bez kwalifikacji, za to chętnie przyjmowano tychże bezrobotnych z wiedzą i umiejętnościami często przekraczających to, co z przykościelnej szkółki powszechnej wyniósł ich szef. Ci przez kolejne 9 miesięcy w stachanowskim tempie za równowartość zasiłku dla bezrobotnych plus 50 euro tygodniowo extra odrobili zaległości, nadrobili to, co nadrobić można było, zrobili swoje i... mogli odejść. Ba, mogli - musieli. Zdecydowanej większości z nich nikt nie zaproponował stałej pracy. Po co, skoro można "zatrudnić" następnego "stażystę", który będzie robił dwa razy więcej niż etatowy pracownik, za to za połowę pensji?
Takie same numery znamy z przedunijnej Polski, tyle że w kRAJU tak zwani biznesmeni doszli do takiej perfekcji, że nie tylko nie płacili stażystom, ale nierzadko stażyści sami za staż byli gotowi zapłacić. Jak widać, irlandzcy "biznesmeni" mogą się od naszych rodzimych ludzi sukcesu jeszcze sporo nauczyć. Na razie zaczynają testować bezpłatne okresy próbne: przyjmują na dzień czy dwa "na próbę", zagonią do roboty, po czym stwierdzą że sorry, ale nie jest busy, ewentualnie inne dowolne kłamstewko, a już następnego dnia miejsce na zmywaku zajmuje kolejny "stażysta". O tempora, o mores...
Dla wielu irlandzkie Eldorado już się skończyło, a banksterzy zaczęli egzekwować zajęte już kilka lat temu hipoteki. Problem tym większy, że nadmuchana wcześniej do niebotycznych rozmiarów spekulacyjna bańka mieszkaniowa pękła, ceny spadły na łeb na szyję, często nawet o 70 i więcej procent, ale chętnych na zakup - nie ma. Młodzi Irlandczycy widząc co się święci oczywiście nie zasypują gruszek w popiele, i wzorem swoich ojców, dziadów i pradziadów - emigrują. Ale nie tak trywialnie jak my, ledwie do sąsiedniego kraju czy pierwszą napotkaną wyspę. Oni mają większy rozmach, Kanada, Australia i Bóg wie, gdzie jeszcze. Ale mają również większy rozmach jeżeli chodzi o zarobki: większość z nas jest zadowolonych jak dostanie obecnie 10 euro na godzinę, oni - liczą sobie po 5-6 razy więcej. Niemniej komornicy i emigracja - to rzeczy świetnie nam z Polski znane...
Miejsce irlandzkich emigrantów zajmują nasi Rodacy. Tyle tylko, że różnego sortu, bo Zieloną Wyspę upatrzyli sobie na spokojny i bezpieczny azyl również ci, którzy mają sporo za uszami w Polsce, i nie chodzi tutaj o jazdę na gapę bez ważnego biletu. Polskiej bandyterki w Irlandii wyraźnie przybywa, a przynajmniej - staje się coraz bardziej widoczna. Być może przez to, że ci "normalni" Polacy wtopili się już w irlandzką rzeczywistość. Coraz wyraźniej widać, że występuje tutaj nadreprezentacja osób, od których nie kupilibyśmy używanego samochodu. Nowego zresztą też nie.
Mam też wrażenie, że w polonijnym światku w Irlandii zaczynają się pojawiać polsko - polskie animozje, wcześniej niewidoczne, może za wyjątkiem "stolycy". Nie czas jeszcze by o tym pisać, ale obawiam się, że wkrótce będziemy świadkami przeróżnych dziwnych historii i skakania sobie do gardeł przez tę czy inną polonijną organizację, i to być może nie tylko w jednym mieście. W końcu podziały - to nasza polska specjalność, a określenie "polskiego piekiełka" nie wzięło się znikąd.
Za to rosną w siłę polskie biznesy, stając się coraz bardziej widoczne. Sklepy zwiększają metraż za to obniżają ceny, zaczynają zaglądać do nich, na razie nieśmiało, nawet autochtoni. Ba, niektórzy zwietrzyli w tym dobry interes i otwierają hurtownie z polskimi produktami. Tym samym polska obecność w Irlandii, choćby tylko w wymiarze bigosowo - pierogowym, coraz bardziej się utwierdza.
Z kolei druga, młoda Polska rozpycha się w Irlandii coraz bardziej, łokciami i kolanami. Rodzi się coraz więcej polskich dzieci, jeszcze Polaków a jednocześnie już Irlandczyków. Ci, obecnie z pieluchą pod pupą, za jakiś czas będzie zmieniać oblicze Zielonej wyspy. Na jakie? Jak dożyjemy, to zobaczymy...
Oczywiście, mimo wszystko, daj nam Panie Boże taki dobrobyt w Polsce, jaki mają Irlandczycy w czasie swojego kryzysu...