I już z powrotem na Zielonej Wyspie.
Ryanair, Kraków - Cork. Odprawa przeszła gładko, po odprawie oczekiwanie przed bramką nr 2 w obowiązkowym ścisku. Za małe to krakowskie lotnisko... Później bezsensowne przetrzymywanie a rozgrzanym autobusie, aby po kilkunastu minutach wypuścić wszystkich na mróz. I jak tu ma się człowiek wyleczyć?...
Lot jak lot, Ryanair - czyli nieustający bazarek z wózka na kółkach, lądowanie, odprawa, odbiór bagażu, taksówka - i w końcu w domu :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizyta w Polsce: 25. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizyta w Polsce: 25. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 stycznia 2013
poniedziałek, 14 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (8): Piła mechaniczna 3D
Kiedy zobaczyłem, że w kinach grają kolejną wariację na temat "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną", i to w dodatku w 3D, wiedziałem - że muszę to zobaczyć ;-)
Swego czasu obejrzałem oryginalną "Teksańską masakrę..." z 1974 r., jak i chyba wszystkie jej późniejsze klony. To jedna z niewielu serii horrorów, którą oglądam bez ziewania. Tym bardziej więc nastawiłem się na sporą dawkę emocji, bo nie dość, że piła mechaniczna w rękach wariata, to jeszcze w dodatku w 3D ;-)
Film zaczyna się przypomnieniem poprzednich wydarzeń, a jednocześnie toczy opowieść o dalszych losach rodziny kanibali, w tym oczywiście Leatherface'a, maniaka z piłą motorową. Główna bohaterka wraz z przyjaciółmi jedzie do małego miasteczka w Teksasie, żeby przejąc odziedziczony po babci, której do tej pory nie znała, spory dom. A w piwnicy tego domu, za pancernymi drzwiami, mieszka jej upiorny kuzyn...
Niestety, więcej sobie obiecywałem, niż dostałem. Nie było najgorzej, ale - szału nie ma. Obyło się bez ziewania, ale bardziej było do śmiechu, niż do strachu. Tylko dla miłośników gatunku...
Swego czasu obejrzałem oryginalną "Teksańską masakrę..." z 1974 r., jak i chyba wszystkie jej późniejsze klony. To jedna z niewielu serii horrorów, którą oglądam bez ziewania. Tym bardziej więc nastawiłem się na sporą dawkę emocji, bo nie dość, że piła mechaniczna w rękach wariata, to jeszcze w dodatku w 3D ;-) Film zaczyna się przypomnieniem poprzednich wydarzeń, a jednocześnie toczy opowieść o dalszych losach rodziny kanibali, w tym oczywiście Leatherface'a, maniaka z piłą motorową. Główna bohaterka wraz z przyjaciółmi jedzie do małego miasteczka w Teksasie, żeby przejąc odziedziczony po babci, której do tej pory nie znała, spory dom. A w piwnicy tego domu, za pancernymi drzwiami, mieszka jej upiorny kuzyn...
Niestety, więcej sobie obiecywałem, niż dostałem. Nie było najgorzej, ale - szału nie ma. Obyło się bez ziewania, ale bardziej było do śmiechu, niż do strachu. Tylko dla miłośników gatunku...
niedziela, 13 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (7): WOŚP w Krakowie
Po raz pierwszy od 7 lat w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jestem poza Cork, tak więc tym razem wrzuciłem datek do puszki nietypowego wolontariusza ;-) w krakowskim centrum handlowym Bonarka.
Nie ukrywam, że z powodu przeziębienia odpuściłem sobie wizytę na Rynku, etc, wolałem obejrzeć wośp-owe atrakcje "pod dachem". Szczególnie przypadła mi do gustu kapela "Recycling Band", nawet nie tyle muzycznie, co - technicznie, bowiem większość instrumentów muzycy wykonali sami - z odpadków.
A co do samego WOŚP, to myślę że w Irlandii /czy też w ogóle - za granicą/ i w Polsce wygląda to zupełnie inaczej. Za granicą sztaby same muszą zadbać o wszystko, łącznie z zezwoleniem na kwestowanie, i jest to wszystko jakoś znacznie bardziej autentyczne.
Tymczasem widzę że w Polsce jest to już tak zinstytucjonalizowane, ze tylko patrzeć jak posłowie przy uchwalaniu budżetu będą brać pod uwagę wpływy z WOŚP. Zaczyna mnie razić to "upaństwowienie" Orkiestry. W dodatku niedawna (nie)sławna wypowiedź p. Owsiaka o eutanazji - jest dla mnie nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Niemniej - do puszki /jeszcze/ wrzuciłem.
Generalnie dochodzę do wniosku, że WOŚP - tak, ale Owsiak - już nie. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. A i samą scenę mocno przebudować...
/Powyżej: wrzucam datek do WOŚP-owej puszki kwestującego w Bonarce robota/
Nie ukrywam, że z powodu przeziębienia odpuściłem sobie wizytę na Rynku, etc, wolałem obejrzeć wośp-owe atrakcje "pod dachem". Szczególnie przypadła mi do gustu kapela "Recycling Band", nawet nie tyle muzycznie, co - technicznie, bowiem większość instrumentów muzycy wykonali sami - z odpadków.
A co do samego WOŚP, to myślę że w Irlandii /czy też w ogóle - za granicą/ i w Polsce wygląda to zupełnie inaczej. Za granicą sztaby same muszą zadbać o wszystko, łącznie z zezwoleniem na kwestowanie, i jest to wszystko jakoś znacznie bardziej autentyczne.
Tymczasem widzę że w Polsce jest to już tak zinstytucjonalizowane, ze tylko patrzeć jak posłowie przy uchwalaniu budżetu będą brać pod uwagę wpływy z WOŚP. Zaczyna mnie razić to "upaństwowienie" Orkiestry. W dodatku niedawna (nie)sławna wypowiedź p. Owsiaka o eutanazji - jest dla mnie nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Niemniej - do puszki /jeszcze/ wrzuciłem.
Generalnie dochodzę do wniosku, że WOŚP - tak, ale Owsiak - już nie. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. A i samą scenę mocno przebudować...
sobota, 12 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (6): MOCAK 1
Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (ang.: Museum of Contemporary Art in Kraków - w skrócie MOCAK) to obowiązkowe miejsce dla wszystkich miłośników sztuki wykraczającej poza znane większości z nas kanony ;-) Wybrałem się tam dzisiaj.
Muzeum - położone tuż obok Muzeum Fabryka Emalia Oskara Schindlera - robi wrażenie! Obejrzałem stałe i czasowe wystawy, w tym w szczególności z pracami Jiríego Kolára i artystów sieci Fluxus.
Wiem na pewno - że to miejsce będę regularnie odwiedzał podczas każdego pobytu w Krakowie :-)
/Powyżej: przed MOCAK/
Muzeum - położone tuż obok Muzeum Fabryka Emalia Oskara Schindlera - robi wrażenie! Obejrzałem stałe i czasowe wystawy, w tym w szczególności z pracami Jiríego Kolára i artystów sieci Fluxus.
/Powyżej: jestem niejako wewnątrz pracy Stanisława Dróżdża "Między" znajdującej się w MOCAK/
Wiem na pewno - że to miejsce będę regularnie odwiedzał podczas każdego pobytu w Krakowie :-)
piątek, 11 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (5): John Lloyd i John Mitchinson: "Księga wiedzy i niewiedzy"
Kiedy przylatuję do Polski w zimie, na mniej więcej 2-tygodnie, obowiązkowo jeden tydzień muszę odchorować. Nie inaczej jest i tym razem... Jedyny plus z tego taki, że kurując się - udało mi się interesującą książkę przeczytać ;-)
Co do mojego "polskiego chorowania", to rozwiązanie wydaje się proste: albo nie przylatywać w zimie, albo przylatywać na krócej. Organizm się rozleniwił irlandzkim klimatem, gdzie śnieg jest anomalią a nie normą, chociaż podobno na Wyspie w tym momencie też szaleje jakiś grypopodobny wirus. Tak czy owak, trzy dni z głowy, a jak z kolejnymi - się zobaczy, w każdym razie dzisiaj mam już w końcu zamiar wyjść "na miasto", chociaż samopoczucie ciągle takie sobie...
Kurując się, sięgnąłem po wspomnianą w tytule "Księgę wiedzy i niewiedzy". Po grafice na okładce wydawałoby się, że jest dedykowana głównie młodzieży, ale zapewniam, że czyta się ją jak świetną powieść sensacyjną, w dodatku podana jest z humorem ;-)
Świetna lektura z setkami odpowiedzi na, wydawałoby się, pozornie proste i znane pytania. Dowiedziałem się m.in., że człowiek ma cztery nozdrza, że największą żyjącą rzeczą jest pospolity grzyb, że szampana wynaleźli Anglicy, że po zdobyciu Bastylii uwolniono zaledwie siedmiu więźniów - którzy zresztą mieli tam cieplarniane wręcz warunki, że ratownicze psy bernardyny nigdy nie nosiły beczułek z brandy, że człowiek ma co najmniej dziewięć zmysłów, że obecnie znamy co najmniej piętnaście stanów skupienia materii, że Ziemia ma co najmniej siedem księżyców, że cesarze rzymscy skazywali gladiatorów na śmierć poprzez uniesienie kciuka w gorę (zresztą nawet nie znano gest "kciuk w dół", gdy chciano życie darować kciuk chowano w zamkniętej pięści), że wielbłądy pochodzą z Ameryki Północnej, że największym tworem ludzkich rąk na Ziemi jest wysypisko śmieci na Steten Island w Nowym Jorku, że szkolna kreda nie jest kredą - tylko gipsem, że najwięcej tlenu na Ziemi produkują glony, itd., itp., etc. przez prawie 250 stron.
To wprost niesamowite, ile rzeczy przyjęło się ot tak, "na wiarę" i utrwaliło przez powielane w książkach i filmach błędy.
Co do mojego "polskiego chorowania", to rozwiązanie wydaje się proste: albo nie przylatywać w zimie, albo przylatywać na krócej. Organizm się rozleniwił irlandzkim klimatem, gdzie śnieg jest anomalią a nie normą, chociaż podobno na Wyspie w tym momencie też szaleje jakiś grypopodobny wirus. Tak czy owak, trzy dni z głowy, a jak z kolejnymi - się zobaczy, w każdym razie dzisiaj mam już w końcu zamiar wyjść "na miasto", chociaż samopoczucie ciągle takie sobie...
Kurując się, sięgnąłem po wspomnianą w tytule "Księgę wiedzy i niewiedzy". Po grafice na okładce wydawałoby się, że jest dedykowana głównie młodzieży, ale zapewniam, że czyta się ją jak świetną powieść sensacyjną, w dodatku podana jest z humorem ;-)Świetna lektura z setkami odpowiedzi na, wydawałoby się, pozornie proste i znane pytania. Dowiedziałem się m.in., że człowiek ma cztery nozdrza, że największą żyjącą rzeczą jest pospolity grzyb, że szampana wynaleźli Anglicy, że po zdobyciu Bastylii uwolniono zaledwie siedmiu więźniów - którzy zresztą mieli tam cieplarniane wręcz warunki, że ratownicze psy bernardyny nigdy nie nosiły beczułek z brandy, że człowiek ma co najmniej dziewięć zmysłów, że obecnie znamy co najmniej piętnaście stanów skupienia materii, że Ziemia ma co najmniej siedem księżyców, że cesarze rzymscy skazywali gladiatorów na śmierć poprzez uniesienie kciuka w gorę (zresztą nawet nie znano gest "kciuk w dół", gdy chciano życie darować kciuk chowano w zamkniętej pięści), że wielbłądy pochodzą z Ameryki Północnej, że największym tworem ludzkich rąk na Ziemi jest wysypisko śmieci na Steten Island w Nowym Jorku, że szkolna kreda nie jest kredą - tylko gipsem, że najwięcej tlenu na Ziemi produkują glony, itd., itp., etc. przez prawie 250 stron.
To wprost niesamowite, ile rzeczy przyjęło się ot tak, "na wiarę" i utrwaliło przez powielane w książkach i filmach błędy.
niedziela, 6 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (4): Orszak Trzech Króli w Tomaszowie Lubelskim
Dzisiaj ulicami wielu miast w Polsce przeszły Orszaki Trzech Króli. Mieliśmy okazję obejrzeć taki orszak w Tomaszowie Lubelskim, który miał tutaj miejsce po raz pierwszy.
Akurat trafiliśmy na mszę, przed którą rozdawano papierowe korony oraz śpiewniki z informacjami o Orszaku. Po mszy - królowie na koniach wraz z całym tłumem uczestników orszaku przeszli ulicami Tomaszowa, niosąc dary Zbawicielowi, które następnie zostały złożone w betlejemskiej Szopce. Po drodze natknęliśmy się na Heroda, diabłów, pasterzy, itp., a cel podróży wskazywały nam tabliczki z napisem "Betlejem" :-)
Papież Benedykt XVI przesłał pozdrowienia dla uczestników Orszaków w całej Polsce.
/Powyżej: Orszak Trzech Króli w Tomaszowie Lubelskim/
sobota, 5 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (3): kolędy na zamojskim Rynku
W Zamościu wybrałem się na tutejszy Rynek, żeby posłuchać koncertu kolęd i pastorałek, który przygotował tamtejszy dom kultury.
Rynek w Zamościu należy do najpiękniejszych w Polsce. Trochę szpeci go rozstawione obecnie tuż przed ratuszem lodowisko, no ale - to tylko tymczasowo. Na Rynku jest Bożonarodzeniowa Szopka i spora choinka, można skosztować grzanego miodu i golasa roztoczańskiego ;-)
A koncert kolęd - był świetny :-)
/Powyżej: jestem na zamojskim Rynku/
Rynek w Zamościu należy do najpiękniejszych w Polsce. Trochę szpeci go rozstawione obecnie tuż przed ratuszem lodowisko, no ale - to tylko tymczasowo. Na Rynku jest Bożonarodzeniowa Szopka i spora choinka, można skosztować grzanego miodu i golasa roztoczańskiego ;-)
/Powyżej: koncert kolęd na zamojskim Rynku/
A koncert kolęd - był świetny :-)
piątek, 4 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (2): zakaz fotografowania
W coraz większej ilości miejsc w kRAJu widzę znaki zakazu fotografowania. Było ich sporo za komuny porozwieszanych na różnych pseudostrategicznych obiektach, teraz - pojawiają się znowu, w tym - w sklepach.
Trzeba oddać sprawiedliwość, że nie tylko sklepy w Polsce hołdują tej dziwnej modzie na wieszanie bezskutecznych zakazów, spotkałem się z tym praktycznie wszędzie gdzie do tej pory byłem. To jest takie kompletnie asymetryczne zachowanie: właściciel sklepu, budynku, etc. ma prawo za pomocą przemysłowej kamery robić zdjęcia swoim klientom, ale klienci nie mają prawa robić zdjęć sklepu - czy w sklepie.
Tak, znam tłumaczenia, że to ochrona przed kopiowaniem przez konkurencję wzorów tej czy innej bluzki lub spodni szytych gdzieś przez małe chińskie rączki za to z przylepionym firmowym znakiem, itp. Problem w tym, że konkurencja wzory posiada zanim towar trafi do masowej sprzedaży, a zresztą - w dzisiejszych czasach zdjęcie można zrobić byle długopisem czy breloczkiem.
Po co więc zakazy, których nie sposób wyegzekwować?
/Powyżej: zakaz fotografowania w podrzędnym sklepiku/
Trzeba oddać sprawiedliwość, że nie tylko sklepy w Polsce hołdują tej dziwnej modzie na wieszanie bezskutecznych zakazów, spotkałem się z tym praktycznie wszędzie gdzie do tej pory byłem. To jest takie kompletnie asymetryczne zachowanie: właściciel sklepu, budynku, etc. ma prawo za pomocą przemysłowej kamery robić zdjęcia swoim klientom, ale klienci nie mają prawa robić zdjęć sklepu - czy w sklepie.
Tak, znam tłumaczenia, że to ochrona przed kopiowaniem przez konkurencję wzorów tej czy innej bluzki lub spodni szytych gdzieś przez małe chińskie rączki za to z przylepionym firmowym znakiem, itp. Problem w tym, że konkurencja wzory posiada zanim towar trafi do masowej sprzedaży, a zresztą - w dzisiejszych czasach zdjęcie można zrobić byle długopisem czy breloczkiem.
Po co więc zakazy, których nie sposób wyegzekwować?
czwartek, 3 stycznia 2013
XXV wizyta w Polsce (1): z Cork do Krakowa
Najbliższe dwa tygodnie - w kRAJu ;-)
Ryanair wprowadził bezpośrednie połączenie Cork - Kraków, dzięki czemu odchodzą kombinacje typu: czy jechać do Dublina i lecieć do Cork, czy lecieć do Katowic i jechać do Krakowa. Kiedyś już takie bezpośrednie loty były, obsługiwał je polski Centralwings, ale najwidoczniej im się nie opłacało, chociaż był wtedy emigracyjny boom. No to teraz, po kilku zresztą latach, interes wyczuł irlandzki przewoźnik. Przy czym wtedy samolot był pełny, a teraz - pełny do połowy. Zobaczymy, jak z tym dalej będzie.
Na kilka godzin przed odlotem uświadomiłem sobie, że przecież przewożę analogowy aparat - z filmami. Czy prześwietlenie bagażu nie zaszkodzi filmom? Zacząłem sprawdzać w necie, zdania były podzielone. Generalnie: zdecydowana większość twierdziła, żeby absolutnie nie przewozić filmów w bagażu głównym, bo tam prześwietlanie jest znacznie mocniejsze, natomiast w bagażu podręcznym nie powinno im nic grozić /ale kilka osób pisało również o negatywnych doświadczeniach/. Radzono również, żeby prosić o osobiste sprawdzenie i ominięcie skanera, jednocześnie dodając, że rzadko to się udaje. Tak było i u mnie: pokazałem torbę z aparatem i filmami, powiedziałem o swoich obawach, ale pani przy maszynie stwierdziła że jest to bezpieczne - i jednak kazała przeskanować. Zobaczymy w praktyce, jak to wyjdzie.
Lot jak lot, mając sylwestrowo - noworoczne niedobory snu, zasnąłem zaraz po starcie i obudziłem się przed lądowaniem. Odprawa po polskiej stronie przeszła gładko, nawet bagaż, o dziwo, wyjechał jako jeden z pierwszych.
Przed lotnisko podjechał po mnie kolega. Wkładamy walizki do auta, gdy jak spod ziemi wyrastają ochroniarze i zaczynają nas straszyć policją... Tutaj nie wolno parkować! Wszystko jest nagrywane! Jak przyjedzie policja zapłacicie mandat! - krzyczą, jakbyśmy co najmniej zajęli miejsce przed Białym Domem. Faktycznie, jesteśmy dosłownie o 2 metry od miejsca przeznaczonego dla wsiadających/wysiadających. Porządek musi być - co mnie bardzo cieszy, bo mam nadzieję, że i z innymi rzeczami też zaprowadzono w kRAJu taki rygor. Zobaczymy.
Drobne zakupy w osiedlowym sklepie. Ani okruszka chleba, chyba piekarze przedłużyli sobie noworoczne świętowanie. Kupuję za to olbrzymie brokuły, ostatnio moje ulubione warzywa. Są naprawdę spore, nie wiem czy taki urodzaj, czy importowali je gdzieś spod Czarnobyla, ale smakują świetnie, jak zawsze zresztą ;-)
Dzisiaj - wyjazd na kilka dni w Zamojskie.
Ryanair wprowadził bezpośrednie połączenie Cork - Kraków, dzięki czemu odchodzą kombinacje typu: czy jechać do Dublina i lecieć do Cork, czy lecieć do Katowic i jechać do Krakowa. Kiedyś już takie bezpośrednie loty były, obsługiwał je polski Centralwings, ale najwidoczniej im się nie opłacało, chociaż był wtedy emigracyjny boom. No to teraz, po kilku zresztą latach, interes wyczuł irlandzki przewoźnik. Przy czym wtedy samolot był pełny, a teraz - pełny do połowy. Zobaczymy, jak z tym dalej będzie.
/Powyżej: na lotnisku w Cork/
Na kilka godzin przed odlotem uświadomiłem sobie, że przecież przewożę analogowy aparat - z filmami. Czy prześwietlenie bagażu nie zaszkodzi filmom? Zacząłem sprawdzać w necie, zdania były podzielone. Generalnie: zdecydowana większość twierdziła, żeby absolutnie nie przewozić filmów w bagażu głównym, bo tam prześwietlanie jest znacznie mocniejsze, natomiast w bagażu podręcznym nie powinno im nic grozić /ale kilka osób pisało również o negatywnych doświadczeniach/. Radzono również, żeby prosić o osobiste sprawdzenie i ominięcie skanera, jednocześnie dodając, że rzadko to się udaje. Tak było i u mnie: pokazałem torbę z aparatem i filmami, powiedziałem o swoich obawach, ale pani przy maszynie stwierdziła że jest to bezpieczne - i jednak kazała przeskanować. Zobaczymy w praktyce, jak to wyjdzie.
Lot jak lot, mając sylwestrowo - noworoczne niedobory snu, zasnąłem zaraz po starcie i obudziłem się przed lądowaniem. Odprawa po polskiej stronie przeszła gładko, nawet bagaż, o dziwo, wyjechał jako jeden z pierwszych.
Przed lotnisko podjechał po mnie kolega. Wkładamy walizki do auta, gdy jak spod ziemi wyrastają ochroniarze i zaczynają nas straszyć policją... Tutaj nie wolno parkować! Wszystko jest nagrywane! Jak przyjedzie policja zapłacicie mandat! - krzyczą, jakbyśmy co najmniej zajęli miejsce przed Białym Domem. Faktycznie, jesteśmy dosłownie o 2 metry od miejsca przeznaczonego dla wsiadających/wysiadających. Porządek musi być - co mnie bardzo cieszy, bo mam nadzieję, że i z innymi rzeczami też zaprowadzono w kRAJu taki rygor. Zobaczymy.
Drobne zakupy w osiedlowym sklepie. Ani okruszka chleba, chyba piekarze przedłużyli sobie noworoczne świętowanie. Kupuję za to olbrzymie brokuły, ostatnio moje ulubione warzywa. Są naprawdę spore, nie wiem czy taki urodzaj, czy importowali je gdzieś spod Czarnobyla, ale smakują świetnie, jak zawsze zresztą ;-)
Dzisiaj - wyjazd na kilka dni w Zamojskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




