poniedziałek, 30 stycznia 2006

Pierwsza polska prasa w Cork

W ubieglym tygodniu w Cork ukazal sie lokalna gazeta "The Local Weekly" - w ktorym to numerze po raz pierwszy ukazala sie jedna strona - calkowicie po polsku. Jest to bez watpienia historyczny moment w krotkiej historii Polonii w irlandzkim Cork.

Nie bez dumy chcialem tez dodac, ze na ww. stronie znalazl sie moj tekst "Dorozka po Killarney", ba - jest tam nawet moje zdjecie :-)

Ponizej - okladka historycznego juz wydania ww. 2-tygodnika:


Poniżej: mój tekst w ww. tytule:


Warto dodać, ze to czlonkowie "MyCork" swoimi staraniami doprowadzili m.in. do uruchomienia tego pierwszego w irlandzkim Cork polskojezycznego dodatku do lokalnej gazety. Po blizsze szczegoly odnosnie dzialanosci "MyCork" zapraszam na internetowa witryne Stowarzyszenia, tj: http://www.mycork.org

czwartek, 26 stycznia 2006

I Wizyta w Polsce

Wlot.

No i jestem w Polsce. W Krakowie. Przylecialem 12 b.m., wylece (mam nadzieje) - 25 b.m. Pierwsze wrazenia po poltora roku nieobecnosci w Kraju? Lekki szok... Nie tylko termiczny...

Wylatuje rano z Cork. Odprawa przebiega sprawnie, obok mnie kolejka Rodakow lecaca bezposrednim lotem z Cork do Warszawy. Ja lece z przesiadka: z Cork do Londynu i z Londynu do Krakowa. W zasadzie nie ma o czym pisac: w Londynie jestesmy po o.k. 40 minutach, zmieniam lotnisko, 2 godziny czekam, 2 godziny lotu do Krakowa.

Zaskoczeniem jest dla mnie prawie zupelny brak Rodakow w samolocie z Londynu do Krakowa (bo ze nie bylo ich z Cork - do Londynu, jest dla mnie zrozumiale, woleli leciec bezposrednio do stolicy) - za to leci sporo Brytyjczykow...

No ale: z wiecznie zielonej Irlandii lecimy sobie do cieplego i slonecznego Londynu, nastepnie lecimy sobie ponad chmurami - i w pewnym momencie - wchodzimy w chmury. No fajnie, ale... ciagle jestemy w chmurach. Po blizszej obserwacji z przykroscia stwierdzam, ze to nie chmury - to jakas sniezna zawierucha... Niebo gwaltownie pociemnialo... Jestesmy nad Polska...

Nastapila chwila zgrzytu, kiedy angielska stewardesa przed ladowaniem powitala nas w... Warszawie :-( Pomylka szybko sie wyjasnila. No coz, zapewne dla niej Warszawa czy Krakow - to w zasadzie niewielka roznica...

Dalej juz nie bylo tak zabawnie. Przynajmniej dla mnie.

Najpierw trafilismy do budynka lotniska w krakowskich Balicach. Dodam, ze w porownaniu z lotniskami w Londynie czy nawet malutkim lotniskiem w Cork - nasze krakowskie lotnisko robi (przynajmniej w nocy) przygnebiajace wrazenie. Jest wyraznie niedoswietlone - i jakies takie... szarobure. Ale - "najlepsze" bylo dopiero przede mna.

W Cork, miescie w wiecznie zielonej Irlandii witaly mnie - i zegnaly usmiechniete dziewczeta :-) Podobnie w slonecznym Londynie (pomijam juz fakt, ze nikt nie kontrolowal mnie po przylocie do Londynu - zrobiono to przeciez w Cork...). A w Polsce? Mojej Ojczyznie? W Polsce "przywitali" mnie uzbrojeni funkcjonariusze w zielonych mundurach. Dodam, ze przylatujac z kraju, w ktorym nawet funkcjonariusze policji chodza po ulicy bez broni (a nawet palek), widok czlowieka z bronia przy pasie budzi mieszane uczucia...

Skierowano nas w kolejki do kilku w pol oszklonych "wartowniczych" budek, gdzie wasaci funkcjonariusze z bronia przy boku skruptulatnie sprawdzali w komputerach dane kazdego przybysza.

Stojac w ogonku i czekajac na swoja kolej plulem sobie w brode, ze calkowicie odpuscilem sobie sprawdzanie wiesci z Polski. Polmrok, szarobure betonowe otoczenie i uzbrojeni wasaci funkcjonariusze - powodowaly w mojej wyobrazni najgorsze skojarzenia... Moze ponownie wprowadzono stan wojenny (zdarzylo sie raz, moglo zdarzyc sie i po raz wtory)? Moze byl przewrot i wladze objela wojskowa junta? Moze... W myslach robie rachunek sumienia...

Nadeszla moja kolejka. Podaje paszport. Wasaty funkcjonariusz z bronia przy pasie spode lba spoglada mi w oczy. Zachowuje twarz pokerzysty... Spojrzenie na mnie, w paszport, w komputer i znowu na mnie. Ta chwila trwa wiecznosc. W koncu... paszport zostaje popchniety w moja strone. Moge isc.

Jestem w Ojczyznie...

Ceny

Polska jest juz w UE. Przynajmniej pod wzgledem cen. Natomiast pod wzgledem plac znacznie blizej nam np. do Ukrainy lub wrecz Bialorusi...

Tak jak wiekszosc przyjezdzajacych do Irlandii Polakow poczatkowo (a niekorzy - caly czas...) przelicza ceny na zlotowki (i wychodzi im - ze w Irlandii jest drogo), tak ja zaczalem przeliczac ceny w stosunku do przecietnych plac w Polsce, i ciagle mi wychodzi - ze to w naszym Kraju jest baaardzo drogo... Ceny wiekszosci produktow przemyslowych (a czesto takze i zywnosciowych) w Polsce praktycznie nie odbiegaja od cen w Irlandii. W niektorych przypadkach ceny w Irlandii sa nawet znaczaco nizsze (przy kilkakrotnie wyzszych zarobkach). Za przecietna stawke za godzine pracy w Irlandii mozna nabyc znacznie wiecej towarow i uslug niz za przecietna stawke godzinowa - w Polsce.

Czasami roznice te sa drastyczne. Ot, wezmy przyklad "pamiatek" z tych dwoch krajow. Wyjezdzajac z Irlandii, przywiozlem do Polski cala torbe pamiatek z Irlandii. Wracajac do Irlandii - mialem zamiar przywiezc z kolei sporo pamiatek z Polski do porozdawania wsrod znajomych Ajriszy. Ale patrzac na ceny poczulem sie naprawde dziwnie... Wezmy przyklad talii kart go gry z widokami najpiekniejszych miejsc w Irlandii. Kosztowala ona 2,5 euro - w specjalnym sklepie dla turystow (czyli jest tam raczej drogo). Za podobna talie kart - z widoczkami z Polski w krakowskich Sukiennicach (czyli - tez specjalnym "sklepie" dla turystow) zazyczono sobie... 28,0 zl. Reasumujac: irlandzka talia pamiatkowych kart do gry jest 3 razy tansza niz polska, przy jednoczesnie kilakokrotnie wiekszych przecietnych zarobkach. Za godzine pracy w Irlandii mozna sobie kupic 4 takie talie. Ile godzin trzeba przepracowac w Polsce - na 1 taka - polska - talie kart?

Jest to tylko przyklad pierwszy z brzegu. Nie chce Was zanudzac kolejnymi przeliczaniami cen upominkow tu - i tam, jednak aktualnie - ze wzgledu na wzgledy - jest to temat bardzo mi bliski.

Czy jest cos, co oplaca sie przywiezc z Polski? Na pewno, ale nie chodzi tu o "oplacalnosc" czysto finansowa. Np. ja na razie kupilem kolejny podrecznik z plytami cd do nauki angielskiego + kultowe polskie filmy na dvd (ale nie dlatego, ze np. filmy sa tu tansze, ale dlatego - ze tych filmow nie kupie w Irlandii). Sa jednak rzeczy zdecydowanie tansze w Polsce - niz w Irlandii. To alkohol i papierosy. Ale nie o to chyba chodzi...

Jak zyja ludzie w Polsce? Wg mnie - nie najlepiej... Wg informacji PAP-u, ktore cytowalo MPiPS, obecnie bezrobocie w Polsce wzrasta szybciej niz przewidywal to GUS. Nie pociesza fakt, ze bezrobocie jest mniejsze o 5% w stosunku do tego samego okresu roku ubieglego, bo wiemy - dlaczego tak sie stalo: z Polski wyjechalo, wylecialo lub wyplynelo co najmniej kilkaset tysiecy ludzi...

I zdecydowana wiekszosc z tej wielotysiecznej rzeszy regularnie wysyla swoim rodzinom w Polsce pieniadze, co pozwala im w miare normalnie zyc i odsunac widmo biedy. Ale to nie sa pieniadze wypracowane w Polsce! Spora rzeka pieniedzy plynaca w ten sposob do Polski nie pozostaje bez wplywu na kursy walut. Ale nie ma co liczyc, ze te pieniadza napedza koniunkture w Polsce. Sa one wydawane na biezaca konsumpcje - zreszta z reguly importowanych towarow (bo polskich odpowiednikow po prostu - nie ma, lub sa one znacznie drozsze).

Problem stosunku cen do plac w Polsce wymagalby znacznie obszerniejszego omowienia - niz taka notka w internetowym blogu pisana niejako "na kolanie".

Reasumujac: ceny w Polsce mamy europejskie. Czasami nawet bardziej - niz europejskie. Jednak przecietne place - to jakies nieporozumienie...

Pogoda

Wczoraj temperatura spadla do - 16. Dzisiaj siarczysty mroz odpuscil, za to od rana sypie gesty snieg.

Im blizej centrum miasta, tym bardziej snieg zmienia swa barwe z bialo - puchowej na szaro - blotnista breje rozjezdzana przez samochody i rozdeptywana przez przechodniow. Nie ukrywam, ze szaro - blotnisty krajobraz dziala na mnie przygnebiajaco... Przyjazd w zimie nie byl chyba dobrym pomyslem...

Humoru nie poprawia mi nawet wyprawa na Rynek Glowny, ktory obecnie przypomina bardziej plac budowy niz jeden z najwiekszych i napiekniejszych placow w Europie. Jego znaczna czesc, od strony Bazyliki Mariackiej, jest obecnie ogrodzona i prowadzone sa w tym miejscu "wykopy" archeologiczne.

Na zdjęciu powyżej: moja (nie)skromna osoba na krakowskim osiedlu Ruczaj. Jak widac, zima w pelni... Temperatury spadaly nawet do ponad - 20 stopni C. Juz ponad setka osob w Polsce zamarzla (z czego polowe to bezdomni)...

A Irlandia jest taka zielona...

Wylot.

Wczoraj pol godziny przed polnoca wrocilem do Cork :-)

W zasadzie bez wiekszych ekscesow :-) No, moze poza tym, ze na lotnisku w krakowskich Balicach do kontroli musialem sciagac buty i - pasek od spodni. Totez przez kontrolna bramke zostalem "puszczony w skarpetkach" i z opadajacymi spodniami :-( Jakby to powiedzial Wojciech Trojanowski, legendarny komentator radiowy: "Szkoda ze Panstwo tego nie widza..." Na szczescie nie bylem sam - takich "delikwentow" bylo wiecej :-)

Dalej juz bylo normalnie. Na odprawie w Londynie moje buty i pasek pozostaly na swoim miejscu :-)

niedziela, 8 stycznia 2006

Tonacy chwyci sie... brzytwy?

Przez sam srodek Cork plynie rzeka o wdziecznej nazwie Lee :-) Wzdluz nabrzezy co kilkadziesiat metrow sa rozmieszczone kola ratunkowe.

Kiedy je zobaczylem po raz pierwszy, od razu pomyslalem o Krakowie. I zastanowilem sie - jak dlugo wisialyby takie kola nad Wisla? Jedna noc? Moze dwie? No ale - zycie potoczylo sie dalej, mialem na glowie inne sprawy niz rzeke Lee wraz z jej ratunkowymi kolami :-)

Jednak - gdzies po 2 miesiacach pobytu na Zielonej Wyspie zostalem zaproszony na urodziny do jednego z nowo poznanych polskich znajomych. Co dostal w prezencie od swoich wspolokatorow? Kolo ratunkowe - chylkiem sciagniete znad rzeki Lee. O.k., pierwszy raz to moze i bylo zabawne...

Jednak niedawno bylem w domu u kolejnego znajomego Polaka. Jego wspolmieszkancy udekorowali sobie livingroom... tak, takim samym ratunkowym kolem.

Ba, nastepny moj znajomy wracajacy do Polski zapragnal przywiezc jakas niebanalna pamiatke z Cork. Na co padl jego wybor? Oczywiscie na wiszace na nabrzezu kolo ratunkowe... Z trudem udalo mi sie mu to wyperswadowac... Takich przypadkow jest z pewnoscia wiecej...

/Na zdjatku powyzej stoje przy jednym z opisywanych ratunkowych kol rozmieszczonych co kilkadziesiat metrow wzdluz rzeki Lee w irlandzkim Cork.../

Tak na marginesie: z drugiej strony, faktycznie trudno jest kupic oryginalna pamiatke z Cork. Sam po poltora roku wybieram sie do Kraju (juz w najblizszy czwartek - ale na 2 tygodnie tylko :-) i obszedlem wszystkie "pamiatkarskie" sklepy. I - klapa. W najlepszym razie: koszulki i czapeczki, ewentualnie cork-owskie flagi. Za to nie ma problemu z pamiatkami z Irlandii - jako takiej, totez mam tego cala torbe :-)

Wracajac do przerwanego watku :-): skad sie bierze u czesci naszych Rodakow taka niepohamowana sklonnosc do "wchodzenia w posiadanie droga zaboru" ratunkowych kol z Cork? Z glupoty - czy braku wyobrazni?

Na szczescie nad rzeka Wisla nie ma tego problemu, co nad rzeka Lee. Tam w ogole kol nie ma - i jest spokoj.

A wszyscy Polacy - to przeciez swietni plywacy :-)

środa, 4 stycznia 2006

Cork: Back in the USSR (1)

Niespelna miesiac temu powstal w irlandzkim Cork trzeci z kolei "ruski" sklep :-) o wdziecznej nazwie "Back in the USSR"- tyle ze nastawiony przede wszystkim na obsluge polskich klientow.

Ba, nawet na malym szyldzie zawieszonym zaraz przed szyldem "glownym" napisano wrecz: "Polski Sklep" (ten mniejszy szyld zaznaczylem na zdjeciu bialym kolkiem - niestety, jest on prawie nieczytelny).
No, polski to on jeszcze nie jest. Obsluga jest - podobnie jak w dwoch poprzednich - rosyjskojezyczna :-) ale - juz znaczna czesc towarow znajdujacym sie w nim jest importowana z Polski. Natomiast jest to pierwszy w Cork sklep, ktorego wlasciciele chcac przyciagnac sporo potencjalnych klientow - Polakow, posluzyli sie haslem: "Polski Sklep"...


/Na zdjęciu powyzej stoje przed kolejnym sklepikiem otwartym w Cork z mysla o polskich klientach :-) /

Sklep znajduje sie przy Academy Street, jednej z przecznic od Patrick Street - glownej ulicy w Cork.

niedziela, 1 stycznia 2006

Nowy Rok. 2006

No i mamy Nowy Rok :-) Przywitalem go w gronie znajomych. 

Na glownej ulicy w Cork miala byc jakas impreza, ale pogoda sie nagle zrobila baaardzo irlandzka (czyli spadl obfity deszcz) - i nic z tego nie wyszlo. Przemoczone grupki ludzi czekaly jedyni na sztuczne ognie, ktore pojawily sie - ale w bardzo skromnej ilosci.

Tak na marginesie: w Irlandii jest zakaz sprzedazy fajerwerkow. Piszac szczerze - podoba mi sie to. W Polsce mialem juz serdecznie dosc odglosow "eksplozji" wywolywanych na moim osiedlu przez kilkunastoletnich (choc nie tylko) mlodych ludzi. Pol biedy, gdyby te zabawy trwaly tylko w noc sylwestrowa, ale rozochocona mlodziez rozpoczynala je pare dni przed, a konczyla pare dni po tej dacie... Tutaj tego nie ma :-)

/Powyżej: wraz z przyjaciółmi witamy Nowy Rok ;-)/

środa, 28 grudnia 2005

Kafejki jak grzyby...

Kiedy prawie poltora roku temu wprowadzalem sie do mieszkania - w ktorym nadal mieszkam - na sasiedniej, dosc duzej ulicy byla raptem jedna, rachityczna kafejka internetowa... Bylo w niej pare komputerow, niewygodne siedzenia, kiepsko dzialajace telefony do rozmow za granice. Zreszta, czesto i internetu nawet nie bylo :-(

A teraz? Na tej samej ulicy sa trzy duze kafejki, w kazdej po 30 komputerow i tyle telefonow - ze przynajmniej na razie nie ma juz do nich kolejek. Skad ten kafejkowy boom? Co - lub kto - spowodowal, ze w irlandzkim Cork nowe internetowe kafejki wyrastaja jak przyslowiowe grzyby po deszczu? To my, Polacy :-)

Tak naprawde - te kafejki powstaly dla nas. To my stanowimy 90% ich klientow. Mlodsi - korzystaja glownie z "gadu-gadu" (ciekawe - czy jest jeszcze w jakiejkolwiek kafejce internetowej w Irlandii choc jeden komputer bez zainstalowanego standardowo tego komunikatora?), starsi - preferuja rozmowy telefoniczne z tanich kafejkowych telefonow. Jedni i drudzy sprawdzaja terminy lotow do - i z - Polski.

 A ja? No coz, w kafejkach pisze m.in. mojego bloga :-) Ale coraz powazniej mysle o kupnie laptopa i zalozeniu neta w mieszkaniu. Wczesniej tego nie rozwazalem, poniewaz ma slaba silna wole :-) - i prawdopodobnie spedzalbym cale noce na buszowaniu po necie, a rano - hm, kto za mnie pojdzie do pracy? Jednak teraz - postanowilem zaryzykowac... Dlaczego? Pozwole sobie zacytowac niezyjacego juz Tomasza Beksinskiego, ktory stwierdzil, ze mimo ze jest zapalonym kinomanem, to jednak filmy oglada glownie w zaciszu domowym, gdyz: "(...) chodzenie do kina oznacza bezposredni kontakt z hołota zraca popcorn."

 No niestety... Pomijam juz rozmowy przez rozne internetowe komunikatory "glosowe", gdzie chcac - niechcac musze byc swiadkiem ubarwianych opowiesci tego i innego mlodziana, ktory "rzucil Irlandie na kolana" (a prawda jest taka, ze aby "pokazac sie" rodzinie i znajomym w Polsce - on sam czesto zyje tutaj wlasnie "na kolanach") no to jeszcze... Hm... Napisze tylko - ze zachowania czesci naszych Rodakow sa czasami naprawde barwne :-( Co dziwne: nie zauwazalem tego w Polsce. Zapewne dlatego, ze naprawde za granica co niektorzy sie zmieniaja...

poniedziałek, 26 grudnia 2005

Pierwsza polska Pasterka w Cork

Przedwczoraj bylem na Pasterce. Pierwszej polskiej Pasterce w Cork.

Jak wiadomo, Pasterka - msza św. w noc Bożego Narodzenia tradycyjnie odbywa się o północy. Tym razem jednak - było inaczej, bowiem rozpoczęła się o 21.30. Ale poza tym - wszystko już było tradycyjnie. Oprócz mszy celebrowanej przez polskiego księdza, wyraźnym polskim akcentem była znajdująca się w Kościele - choinka. Została ona "ubrana" przez naszych Rodaków, którzy nie zapomnieli nawet o umieszczeniu na niej dwóch małych, biało - czerwonych flag :-)

Pierwsza polska procesja w Cork 29 maja 2005 roku (inaczej niż w Polsce) w Irlandii, a wiec i w Cork, obchodzono święto Bożego Ciała. Po raz pierwszy w Cork znalazła się także "polska grupa".

Dla przypomnienia: msze po polsku odbywają się co niedziele o godz. 18.00 w Kościele oo. Augustynów przy Washington Street w Cork.

/Na zdjęciu powyżej stoję przed opisywana "polska" choinka. Na wysokości mojej głowy znajdują się umieszczone na tej choince dwie bialo - czerwone flagi./

niedziela, 18 grudnia 2005

Swiateczna rzez indykow

Wczoraj spotkala nas mila niespodzianka: EMC zafundowala pracownikom bezplatny, swiateczny obiad.

Tak, ja wiem ze pojecie "bezplatnego obiadu"(podobnie jak sniadania czy kolacji) nie istnieje, bo w koncu tak czy owak ktos musi za niego zaplacic. Chodzi mi o to, ze to nie MY placilismy.

Na obiad podano tradycyjnego karp... nie, Prosze Panstwa, nie karpia. W Irlandii tradycyjnym wigilijnym daniem jest... indyk oczywiscie. Zanim sie zorientowalem, juz go mialem na talerzu :-( A przypominam, zem wegetarianin...

Indyka oczywiscie nie tknalem... Zadowolilem sie ziemniakami z marchewka :-)

Swoja droga, to nie ma znaczenia czy chodzi tu o karpia czy o indyka. Czy naprawde aby uczcic Dzien Narodzin Zbawiciela - musimy w tym celu wymordowac miliony czujacych strach i bol - istot?

środa, 14 grudnia 2005

Język, ktory zrozumiesz

Jakis niespelna miesiac temu wychodzac z kafejki internetowej doznalem lekkiego wstrzasu: uslyszalem bowiem w radiu sluchanym przez pania ta kafejke obslugujaca (zreszta - rodowita... Amerykanke :-) polski jezyk... Przez chwile stalem jak wryty, dopiero "are you o.k.?" - pytanie zatroskanej Amerykanki - otrzezwilo mnie na tyle by zrozumiec, ze to cos z radiem nie tak - a nie ze mna :-)

Jak sie okazalo - wszystko bylo w porzadku. Z radiem tez. Wszystkich Polakow mieszkajacych w Cork porazila juz ta nowina: oto lokalne Radio Red Fm rozpoczelo nadawanie czesci komunikatow - po polsku. Pojawily sie tez polskie reklamy.

W zasadzie - to bylo do przewidzenia. W koncu jestesmy tutaj druga - po Irlandczykach - grupa narodowa. Co bardziej przedsiebiorczy szefowie wiekszych i mniejszych irlandzkich firm widzac nasza niechec do uczenia sie jezykow obcych - a jednoczesnie zdajac sobie sprawe ze jestesmy grupa konsumentow z ktora glupota byloby sie nie liczyc - wzieli sprawy w swoje rece.

Ot, chocby taki Bank of Ireland (najwiekszy i najbardziej znany bank w Irlandii). Przechodze sobie raz kolo niego (specjalnie nim nie zainteresowany, bo konto mam w AIB - drugim irlandzkim banku, ale jak dla mnie - o wiele bardziej "przyjaznym" niz ten pierwszy), mysle - jak to sie mowi "o swoim" - ale, gdzies w podswiadomosci zaswieca sie jakas lampka. Wewnetrzny glos mi mowi: "dzieje sie cos dziwnego" :-)) Wiec przystaje. Rozgladam sie, szukam anomalii - i po chwili - mam... Duzy napis na plakacie wiszacym w oknie tegoz jak najbardziej irlandzkiego banku glosi: "Bank of Ireland: bankowosc ktora zrozumiesz bez trudu". Napis - oczywiscie po polsku...

/Powyzej: stoje przed oddzialem najwiekszego irlandzkiego banku, ktory jako pierwszy zacheca Polakow - po polsku - do korzystania z jego uslug . W dloni trzymam polsko-jezyczna ulotke tegoz banku./

Taaak... No coz, Bank of Ireland troche zasypal gruszek w popiele, co wykorzystal wlasnie AIB (Allied Irish Bank) przejmujac prowadzenie kont wiekszosci Polakow w Irlandii. Totez teraz probuje to odrobic, przyciagajac naszych Rodakow reklamami i informacjami w naszym narodowym jezyku.

To nie wszystko oczywiscie. Garda - irlandzka policja - planuje wcielic w swoje szeregi m.in. mlodych Polakow. Powod jest prozaiczny: coraz wiecej naszych Rodakow popelnia mniej lub bardziej powazne wykroczenia, a sciaganie za kazdym razem tlumacza jest czasochlonne. A tak - bedzie pod reka. Dodam, ze przy przyjeciach do irlandzkiej policji m.in. dla Polakow ma byc zniesiony obowiazek znajomosci jezyka irlandzkiego - pierwszego jezyka urzedowego w Irlandii. Czyli wkrotce nawet z policjantem w Irlandii bedziemy mogli rozmawiac - po polsku.
Idzmy dalej: niedawno rozpoczalem prace w EMC. Pierwszy dzien w nowej pracy spedzilem na szkoleniu i ogladaniu filmow instruktazowych. I - uwaga - w szczegolnie istotnych fragmentach czesci z tych filmow pojawialy sie napisy... po polsku - oczywiscie :-) Ale to nie wszystko. Niepoprawna skladnia tychze napisow pozwala sadzic, ze to nie Polak byl autorem tlumaczenia, ale - Irlandzyk wlasnie, ktory to biedak ze slownikiem polsko-angielskim w garsci mozolil sie nad tlumaczeniem poszczegolnych terminow... Nie od rzeczy bedzie dodac, ze w stolowce mojej firmy naleznosci za wybrany posilek kasuje m.in. polska kasjerka. Posilek - przygotowany m.in. przez polskiego kucharza...

Ale to nie wszystko: bez problemu znajdziemy polskojezyczna obsluge w kazdym wiekszym sklepie w Cork, oraz zamowimy posilek - po polsku - w niemal kazdym "fast-food"-ie. Jedna z lokalnych gazet planuje w najblizszym czasie dolaczac wkladke po polsku. Zreszta - polska prase - wydawana w Polsce - bez problemu kupimy takze w Cork... O takich drobnostkach, jak mozliwosci zamieszczenia ogloszen po polsku - juz nie wspomne. Ba, teraz nawet safe-pass mozna zrobic po polsku. I z lektury ogloszen wnioskuje, ze niemal wylacznie - po polsku...

Co jeszcze? Mamy w Cork coniedzielne msze po polsku, mamy polski pub, mamy tez dwie organizacje polonijne (Stowarzyszenie MyCork i Polskie Centrum w Cork).

No i nawet Cork Simon Community - organizacja pomagajaca bezdomnym (i nie tylko) przyjela w swoje szeregi polskich wolontariuszy... Przede wszystkim dlatego, ze coraz wiecej zglaszajacych sie - to Polacy, niestety...

O tym, ze na ulicach - przynajmniej w weekend - dominuje polski jezyk, juz pisalem :-) Jezeli dodamy do tego niemal masowy "import" z Polski dekoderow Cyfry + - dzieki ktorej mozna w Irlandii odbierac polska telewizje - to to mamy niemal pelny przekroj sytuacji.

Problem komunikacji werbalnej przy zakupie towarow i uslug dla czesci naszych wylacznie polsko-jezycznych Rodakow praktycznie przestal istniec...

I to tyle - co moglem zaobserwowac w moim niezbyt duzym (jak na polskie warunki, choc duzym - jak na Irlandie) - Cork...

W Dublinie jest podobno jeszcze ciekawiej :-)

Czy dobrze, ze jest jak jest? Nie mnie oceniac. Jest to zjawisko ktorego i tak sie nie da powstrzymac, wiec o czym tu debatowac? Chcialbym tylko podac przyklad pewnego Polaka z USA, ktory mimo ze mieszkal tam 30 lat - nie nauczyl sie j. angielskiego... Jak to mozliwe? A jednak - mozliwe. Mieszkal caly czas z Polakami, pracowal z Polakami, kupowal w polskich sklepach, czytal polskie gazety, itp.

Ale czy to o to chodzi?Co do mnie: polskich gazet wydawanych w Polsce - nie kupuje. Tym bardziej nie mam zamiaru zakladac polskiej tv. W koncu - wszystko ma swoje granice...

środa, 7 grudnia 2005

Dwa kamienie...

Wśród naszych Rodaków mieszkających tutaj często spotykam sie z opiniami, ze Irlandczycy to ludzie którzy inteligencja nie grzeszą. Zaraz podają przykłady, jak to jeden "Ajrisz" zrobił to, a drugi powiedział tamto, itp, itd. No cóż, jak wiadomo nie od dzisiaj, to my jesteśmy najmądrzejszym na świecie Narodem :-)) Szkoda, ze tylko w naszym mniemaniu. Reszta świata jakby nie podzielała naszego zdania...

Panie i Panowie: jest takie proste pytanie: "jeżeli jesteś taki mądry, to czemu jesteś taki biedny?" No, chyba - ze z ta nasza "mądrością" - to tak nie do końca..

Skąd wśród części naszych Rodaków w ogóle wzięła sie opinia o jakoby niskim stopniu inteligencji przeciętnego Irlandczyka? Po części zapewne stad, ze zdecydowana większość naszych Rodaków (na czele z piszącym te słowa) rozpoczęła swój pobyt na Wyspie od wykonywania prostych (chociaż jednocześnie - najcieższych) prac (typu: praca na budowie, przy zmywaniu naczyń w restauracjach, sprzątaniu, itp.) pracując wraz z Irlandczykami, którym do szkoły było wyraźnie pod górkę. Po prostu: wykształcony Irlandczyk nie będzie pracował jako robotnik na budowie. Proste. Nic więc dziwnego, ze jeżeli porównamy przeciętnego Polaka po maturze lub studiach z Irlandczykiem praktycznie bez żadnego wykształcenia, to porównanie to wypadnie niekorzystnie dla tegoż Irlandczyka...

Ale jeżeli porównamy podobnie wykształconych przedstawicieli tych dwóch narodów, to juz sprawa nie jest taka oczywista...

Nie zapominajmy, ze to my przyjeżdżamy do pracy do nich, a nie oni do nas. I zresztą nie tylko nie my. Również Hiszpanie, Włosi, Niemcy, itp. Irlandia błyskawicznie sie przekształca z biednego rolniczo - pasterskiego kraju lat 80-tych XX w. w nowoczesne państwo XXI wieku. A my? Stoimy w miejscu, czy sie cofamy? Nawet jeżeli stoimy - to i tak sie cofamy, bo wyprzedzają nas inni.

Nie potrafię zrozumieć tego, ze mimo ze tzw. "komuna" skończyła sie 16 lat temu, to tak naprawdę - zmieniło sie niewiele. Pustki w sklepach zamieniliśmy jedynie na pustki w portfelu. Z dwojga złego - nie wiem co gorsze... Jednak najgorsze - są pustki w głowach. Te są ciagle takie same...

Gdzie tkwi problem? W polityce? Ekonomii? W jednym i w drugim oczywiście - ale przede wszystkim: w mentalności. W naszej mentalności...

Ot, weźmy taki przykład: jakiś czas temu bylem w Blarney. Cóż to jest to Blarney? Tak naprawdę, to są zdewastowane ruiny zamku, w którym wg legendy znajduje sie magiczny kamień, którego pocałowanie umożliwia zdobycie daru wypowiedzi i konwersacji.

/Na zdjeciu obok: stoje przed zamkiem w Blarney/

Dzięki świetnemu marketingowi zamek (czy tez raczej: to co z niego zostało) jest oblegany przez turystów z całego świata
. Tłumy stoją w kolejce aby pocałować ten cudny kamień.. Oczywiście: wejście do tych ruin jest płatne

A u nas? Na wawelskim Zamku w Krakowie znajduje sie podobno czakram. Cóż to jest ten czakram? Jak podaje internetowa encyklopedia Wikipedia: " (...)Wśród hindusów panuje przekonanie, że w czakramy ziemskie emitują skumulowaną energią pochodzącą z ziemi i z kosmosu. Przy nich właśnie ludzkie życie rozwija się najlepiej. Główne czakry są rozmieszczone u podnóża piramid egipskich, w pasie gór między Eufratem i Tygrysem i innych miejscach. Jeden z nich jest umiejscowiony na Wawelu, a centrum miejsca mocy leży w kaplicy św. Gedeona."

Rewelacja - prawda? Pomińmy nawet wszystko to, co znajduje sie na Zamku, przecież pieniądze można zarabiać na samym czakramie! Sam pamiętam kolejkę osób które choć na chwile chciały dotknąć ściany ( przy krużganku wawelskiego dziedzińca przy zachodnim skrzydle zamku (zaraz na lewo, po przejściu przez bramę, prowadzącą na dziedziniec) z której podobno emanowało to promieniowanie czakramu. Ba, sam sie do tej ściany mocno "przylepiłem". Nic nie czułem, niestety - ale to pewnie dlatego, ze ja zawsze jestem do wszystkiego sceptycznie nastawiony :-( Bo pozostałe osoby podobno jakieś mrowienie czuły. Hm, może to przez moja gruboskórność?

Ale - wróćmy do wawelskiego czakramu. Niedługo przed moim wyjazdem ściana za którą rzekomo znajdował sie ten czakram została ogrodzona - żeby uniemożliwić turystom jej dotykanie i pojawił sie taki oto napis:
,,Dyrekcja Zamku Królewskiego na Wawelu i Zarząd Katedry Krakowskiej ostrzegają przed dawaniem wiary plotkom na temat istnienia na Wawelu cudownego kamienia (czakramu), nie opartym na jakichkolwiek przesłankach naukowych i religijnych.
Informujemy, że:
– na Wawelu nie działają żadne niezwykłe siły mogące mieć pozytywny wpływ na stan psychiczny i fizyczny człowieka;
– uprawianie praktyk okultystycznych nie licuje z godnością Wawelu, jako miejsca o najwyższych wartościach historycznych i religijnych;
– udział w tego rodzaju praktykach jest sprzeczny z zasadami wiary katolickiej.
Prosimy nie gromadzić się na krużganku, gdyż powoduje to tamowanie ruchu turystów i prowadzi do uszkodzeń zabytkowej ściany zamku”.

Taaak... No to teraz porównajmy tych "niezbyt rozgarniętych" Ajriszy, którzy "trzepią kase" nawet na ruinach jakiegoś zameczku w Blarney, wmawiając turystom ze znajduje sie tam jakiś magiczny kamień, i ci turyści ustawiają sie tam w kolejce (wcześniej płacąc za wstęp) by ten kamień pocałować, a potem nabyć rożne pamiątki z zamku w Blarney, zjeść tam obiad, itp. - dając z kolei prace wielu ludziom, i działania "Dyrekcji Zamku Królewskiego na Wawelu" - która podjęła wszelkie kroki, aby tych turystów odstraszyć (a wielu z nich przyjeżdzało na Wawel nie dla muzealnych zbiorów sie tam znajdujących - ale dla tegoż czakramu właśnie)...

Czy "Dyrekcja Zamku Królewskiego na Wawelu" nadal prowadzi swoje dywersyjne działania - nie wiem. Wyjechałem z Krakowa w czerwcu 2004 roku...

Takich przykładów można mnożyć. Podałem akurat ten, bo w Krakowie mieszkałem ostatnie 10 lat przed przyjazdem do Irlandii. No i Kraków to - wiadomo. Podobno ostoja polskiej inteligencji, nauki, kultury i sztuki. A tu taki... czakram :-(

Teraz juz rozumiesz Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku mojego skromnego bloga, co miałem na myśli pisząc o tym, ze nasz problem tkwi w mentalności...

Wg Tory Bóg prowadził Izraelitów 40 lat przez pustynie do Ziemi Obiecanej (mimo ze pewnie mógłby ich wszystkich teleportować :-) w ciągu 1 sekundy raptem) aż wymarło cale pokolenie które pamiętało czasy egipskiej niewoli. Do Ziemi Obiecanej dotarło juz nowe, odrodzone pokolenie... Może i tak musi być w naszej Ojczyźnie... Może dopiero pokolenie urodzone po 1989 r. doczeka czasów, kiedy to inne nacje (i to nie tylko ze Wschodu) będą przyjeżdzały pracowac do nas.

A na razie... nie pozostaje nic innego niż zanucic piosenkę Wojciecha Młynarskiego: "Róbmy swoje!". W końcu naprawdę: " niejedna jeszcze paranoje, przetrzymać przyjdzie - robiąc swoje!"...