To już moja 13 wizyta w Polsce od czasu wyjazdu do Irlandii. Mam nadzieje, że "13"-tka nie okaże się pechowa...
/Krakowskie gołębie - ich widok będzie mi towarzyszył przez najbliższe dni.../
Lot: tradycyjnie,
wieczorem Wizzair z Cork do Pyrzowic, następnie nocna jazda do Krakowa. Na lotnisku w Cork z niekłamanym podziwem obserwowałem naszych Rodaków - chodzi mi szczególnie o swego rodzaju
telepatyczną niemal umiejętność komunikacji. Znacie to: wszyscy siedzą spokojnie oczekując na spóźniony samolot i nagle - jakby tknięci jakimś tajemniczym impulsem -
błyskawicznie zrywają się na równe nogi formując ciżbę. Za każdym razem jestem pod wrażeniem ;-)
W trakcie lotu usiłowałem się zdrzemnąć, jak to mam w zwyczaju, ale - nie tym razem. Dwukrotnie z głębokiego już snu wyrywał mnie krzyk dziecka siedzącego wraz ze swoją mamą tuż za mną. Nie było to niemowlę, tylko dobrze wyrośnięty kilkulatek, więc i głosik miał donośny. Jakoś tak sobie kiedyś zakodowałem, że rodzice z małymi dziećmi są sadzani z przodu samolotu, więc ja zawsze przezornie staram się lokować z tyłu, no ale - coś się chyba zmieniło.
Lądujemy. Klaskanie. Z samolotu do hali odpraw przewiozły nas dwa autobusy pokonując trasę ok. 50 metrów. Po co to, nie wiem, ale dwóch kierowców dzięki temu ma pracę. Na halę wpuszczono nas z kolei przez jedne wąskie drzwi pilnowane przez uzbrojonego strażnika, więc trochę czasu zeszło, zanim wszyscy znaleźli się w środku. Zresztą, nie ma się po co śpieszyć, ponieważ odprawa paszportowa również, jak zwykle zresztą, trwa długo.
W Pyrzowicach czekał na mnie kolega, który przywiózł mnie pod dom. No, nie tak od razu. Wskutek zakrojonych na szeroką skalę prac drogowych (jakaś dotacja z UE przyszła, czy co?), pobłądziliśmy nieco. GPS nie dał rady. Tablic z zaznaczonymi objazdami jest niewiele, a te które są - w nocy są niemal niewidoczne. Jednak - udało się ;-)
W domu, po pobieżnym rozpakowaniu się i wypiciu herbaty - spróbowałem się zdrzemnąć, w końcu - w samolocie mi się nie udało. Ale jak komuś coś nie jest dane, to - próżny trud. Po niespełna godzinnej drzemce wyrwał mnie ze snu odgłos pracującej kosiarki do trawy. Pamiętacie scenę z "
Dnia Świra", kiedy to tytułowego bohatera
prześladował m.in. facet z kosiarką, hałasując mu pod oknem? No, to ja miałem dokładnie to samo. W dodatku mieszkam na parterze a z powodu upału - okna muszą być raczej uchylone. Oczywiście gdy już się kompletnie wybudziłem, poszedł kosić gdzie indziej...
Skoro już o spaniu nie było mowy, poszedłem zrobić zakupy w moim osiedlowym sklepie. Wybór minimalny, ceny maksymalne. To, że jest drożej niż w Irlandii, o której pisze się że ceny na Wyspie należą do jednych z najwyższych w Europie - pisałem już wielokrotnie, więc szkoda się powtarzać.
A poza tym - jest gorąco ;-) Dla jednych to wielka frajda, dla innych - mniej...